REKLAMA
Anywhere logo

Aleksandra Budka

Mieczysław Szcześniak: Zawsze pomiędzy

2017-01-30
...
Na najnowszej płycie śpiewa, że „jest jeden świat”. Bez podziału na zło i dobro, sacrum i profanum, duchowość i cielesność. On był zawsze pomiędzy i nigdy nie pozwolił się zaszufladkować. Mietek Szcześniak opowiada o dwóch solidnych filarach swojego życia – wierze i muzyce. A także o księdzu Janie Twardowskim, którego wiersze tańczą w rytmie bossa novy.

Nadal jest pan „luźny jak podróżny i próżny za trzech podróżnych”?

Tak wiele lat temu na mojej debiutanckiej płycie widziała mnie autorka słów Justyna Holm. Tekst „Przed śniadaniem” pasował do wyobrażenia o mojej zewnętrzności. Wyglądałem na luźnego i próżnego, chociaż taki nie byłem.

Więc zupełnie nie na luzie wkrótce po swoim scenicznym debiucie rozpoczął pan studia na Wydziale Jazzu na Akademii Muzycznej w Katowicach.

Pierwsze podejście na uczelnię zakończyło się fiaskiem. Byłem nieźle rozczarowany. Pomyślałem, że skoro tacy specjaliści się na mnie nie poznali, to zostaje mi obowiązkowe wtedy wojsko, a zapewne orkiestra wojskowa. Zdałem jednak na pedagogikę na UAM, a już w następnym roku ze Sławomirem Kulpowiczem i zespołem Walk Away śpiewałem na festiwalu Jazz Jamboree. Ponownie zdawałem na Akademię i wtedy już się dostałem. W Katowicach wsiąknąłem w środowisko, które stało się moim domem – środowisko głównie jazzowe. Mimo że nie śpiewałem jazzu – muzykowania uczyłem się na jazzowych standardach. Myślę, że to świetna szkoła dla każdego muzyka – nieprzeciętność kompozycji, harmonii, rytmiki i improwizacji zmienia i uczy pokory. Na studiach znalazłem też przyjaciół.

szczesniak3

Mieszkał pan w akademiku?

Jasne.

I w każdym pokoju grał inny instrument?

Instrumenty grały głównie w ćwiczeniówkach, które ciągle były zajęte. W pokojach słychać było najnowsze płyty przywożone przez absolwentów ze statków – w Polsce absolutnie niedostępne, zresztą wszystkiego wtedy było mało. Dzięki byłym studentom, którzy w akademiku „Parnas” czuli się zawsze jak u siebie, słuchaliśmy wszystkiego, co w jazzie, soulu i funky było najlepsze i najnowsze na świecie.

Co robi student wydziału jazzu po godzinach?

To, co wszyscy – bawi się i „obmapuje” życie. (śmiech)

Zanim student został studentem objawił się przecież w Opolu.

W 1985 roku wygrałem Konkurs Debiutów w Opolu. To był kamień milowy, bo startowałem na festiwalu, gdzie – jak mnie uprzedzono – muzyka ma być lekka, łatwa i przyjemna, a ja śpiewałem kompozycję jazzową „Przyszli o zmroku” Krzesimira Dębskiego z zaangażowanym tekstem Jacka Cygana. Dostałem dobrą lekcję, że nie należy się podlizywać i chodzić na komercyjne skróty, ale szczerze przedstawić swoją opowieść, wrażliwość i muzykalność. Publiczność nagrodziła mnie brawami i bisem. Nauki tej trzymam się przez całe życie. Należy robić to, co zgodne z głową, sercem, własnym gustem i intuicją.

To były czasy boomu na muzykę rockową lub łatwy pop, ale Opole wygrywa Mietek Szcześniak z głosem jak amerykański soulowy wokalista.

Był to wobec mnie częsty zarzut. Mówiono, że udaję murzyna, że to nie na Polskę, choć przecież śpiewałem po polsku. Brnąłem w to dalej, bo pasja to coś, co porywa i nie każe oglądać się za siebie. Zawsze kierowałem się intuicją, w muzyce, w tekście czy w życiu.

Czuł pan absurd tamtych czasów?

Absurd pełen młodzieńczego buntu, bo za udział w manifestacjach wylądowałem nawet w kaliskim więzieniu. Przyjrzawszy się zajściom ludzkim nabyłem pewności, że artysta ma do powiedzenia ważniejsze rzeczy, niż polityka i inne przemijające porządki. Miałem do opowiedzenia własną historię i miałem ją komu opowiadać. Publiczność chciała tego słuchać, ludzie kupowali bilety na koncerty. Nie musiałem kwaśnieć, gorzknieć ani przesadnie ubolewać. Wiedziałem, że nie mogę zapuścić korzenia goryczy, bo wyrośnie z tego drzewo, które wyda gorzkie owoce i zabierze całe słońce. Pilnuję tego do dziś, bo czasy tylko pozornie się zmieniają.

Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu bardzo zmienił się przez te lata.

Opole było kiedyś listą obecności, którą co roku należało odhaczyć i powiedzieć: „Obecny”. Publiczność czekała na różnorodność, a artyści zawsze mogli ją zaprezentować. Z szacunku dla publicznych pieniędzy i ludzi, którzy odbierają kulturę muzyczną, powinna być przedstawiana cała oferta, niepodlegająca gustowi grup czy wpływowej jednostki w radiu czy telewizji. Konkurs w Opolu nadal posiada prestiż. Mimo że nie jest już tak popularny – wygrać Festiwal Polskiej Piosenki to jest coś. 

szczesniak1

Już debiutancki krążek „Niby nowy” był trudny do zdefiniowania. Wielu próbowało określić pana muzykę, która czerpała przecież z wielu gatunków. Był i pop, i jazz, i soul.

Jestem przede wszystkim śpiewakiem. Oprócz samego śpiewania interesuje mnie kompozycja, aranżacja, produkcja oraz penetrowanie stylów muzycznych. Do popu dodawałem zwykle inne elementy – trochę jazzu, hip-hopu, czasem muzykę źródeł, amerykański folk lub latynoski świdermajer i soul. (śmiech)

W Polsce nie wiadomo jednak, co ten soul oznacza.

Soul miałby się w Polsce dobrze, gdyby był lansowany. Można go było wypromować przy okazji hip-hopu, ale, jak to u nas, ważniejszy od muzyki był manifest. Tak jak z rockiem – nie najlepsze muzycznie, ale te najbardziej manifestujące kapele były najbardziej popularne. Był taki czas, kiedy chciałem wycofać się z tego zawodu. Kocham muzykę, ale zawód już nie bardzo. Nie lubię szeregu zależności, które za sobą niesie. W tej profesji pracuje się z ludźmi, którzy są egotyczni i przewrażliwieni na swoim punkcie, szczególnie w mass mediach. Często ma się do czynienia z ignorantami, którzy nie mają narzędzi, żeby coś rzetelnie ocenić, kierują się swoim gustem. Czasem więc mój zawód staje się niewdzięczny. Tylko publiczność to rekompensuje, bo nie ma lepszej nagrody dla artysty niż towarzyszące twórczej drodze głowy i serca. Jestem za to wdzięczny.

Bo może jazz czy soul są zbyt trudne dla masowej publiczności?

Nie mogę rezygnować z siebie, ponieważ gdzieś się nie mieszczę. Rzeczywiście od początku miałem ten problem, że byłem pomiędzy. Pomiędzy popem a jazzem. Kolegowałem się ze środowiskiem jazzowym i byłem w nim doceniany, a śpiewałem jednak popowe piosenki. Oscylowałem także pomiędzy starszym a młodszym pokoleniem – zawsze w środku. Tak samo z sacrum i profanum. Dla mnie zawsze było jasne, że człowiek ma ciało i duszę, należy więc opowiadać o potrzebach ciała i duszy. Natomiast ci, którzy preferowali ciało, mówili, że jestem za duchowy, a ci duchowi zarzucali, że jestem zbyt cielesny. I tak w kółko. Nigdy nie rozumiałem, o co ludziom chodzi, dlaczego trzeba lądować w szufladach i w ten sposób zadowalać. Trzeba i należy iść swoją drogą – mam jedno życie, nie może ono zależeć od sytuacji i mód. Można zapłacić tę cenę mniejszej popularności i przeciętnie zamożnego życia, ale być ze swoich wyborów zadowolonym.

MieczyslawSzczesniak4

Na okładce nowej płyty „Nierówni” czytamy pana słowa: „Moja rodzina była wieloreligijna, ale nie zostałem księdzem, rabinem, popem ani pastorem”. Dlaczego?

Bo zostałem śpiewakiem.

Jedno wyklucza drugie?

Może nie wyklucza, ale w moim przypadku to drugie było ważniejsze. Bycie śpiewakiem, zajmowanie się muzyką – a przecież komponuję, piszę teksty i współprodukuję moje płyty – to skomplikowana praca, pochłaniająca sporo energii i czasu. Trzeba się jej poświęcić, żeby były dobre efekty.

Czy przed marzeniem o zostaniu śpiewakiem pojawiło się jednak to o byciu księdzem?

Nigdy nie miałem problemów z Bogiem. Miałem problemy z ludźmi, którzy tego Boga nazywali po swojemu i dla nich sprawa religii stawała się sprawą racji. Doszedłem do wniosku, że przecież nie muszę wybierać. Dopóki myślałem, że muszę, była we mnie walka. Zawsze z wielkim szacunkiem patrzyłem na te pojedyncze pogmatwane drogi ludzi, którzy chcą zająć się duszami innych. To jest i piękne, i bardzo trudne.

Dalej pojawia się także określenie „bom zlepek różnych wyznań i kultur”.

Pochodzę z Kalisza, niedaleko którego kończyła się granica zaboru. Jak każde takie miasto, Kalisz był skupiskiem różnych narodowości. Obok Polaków żyli tam Niemcy, Rosjanie i Żydzi. W mojej małej rodzinie funkcjonowały wszystkie nacje. Jestem typowym przedstawicielem przedwojennego Kalisza i przedwojennej Polski, która była wielokulturowa i wieloreligijna. W moim otoczeniu, oprócz ludzi wierzących, byli też ateiści – niewojujący, ale jasno wyrażający swoje zdanie. Nauczyłem się szanować każdego, kto jest porządnym człowiekiem.

Jaka była babka Zofia?

Babka Zofia to była poezja. W dobrym i złym sensie. (śmiech) Ona nauczyła mnie śpiewać w harmonii, nie pamiętam nawet, od kiedy śpiewałem z nią na dwa głosy. To stało się naturalnie. Śpiewała pięknie i nauczyła mnie radości śpiewania. Zamykała oczy i z lubością śpiewała przedwojenne refreny, które były oznaką dobrego gustu i dobrego samopoczucia. Byłem nią zachwycony. Wszyscy w mojej rodzinie mieli słuch muzyczny. Sprawdziłem to do trzeciego pokolenia wstecz. (śmiech) Jako dziecię zamierzałem być naukowcem, potem malarzem – zresztą nadal maluję, a oglądanie wystaw wkręca mnie bardziej niż koncerty – ale muzykowanie i śpiewanie było dla mnie naturalne. Poszedłem za tym, co było najsilniejsze.

Pomysł na płytę z poezją Jana Twardowskiego zrodził się już kilka lat temu. Dlaczego właśnie ta postać?

W 2000 roku miałem wydać płytę i właśnie wtedy znalazłem „Wiersz z banałem w środku” księdza Twardowskiego. Powstała z tego piosenka „Spoza nas”, a Paulinho Garcia, z którym teraz pracowałem nad albumem „Nierówni”, wtedy ją nagrał. Ta moja pierwsza przygoda z tekstami Twardowskiego spotkała się z dużą aprobatą publiczności. Zawsze chciałem zrobić coś większego, nagrać całą płytę z poezją księdza Jana, ale wiersze mi się nie poddawały. Czekałem, aż same zechcą być piosenkami. Stało się to po kilkunastu latach. Zadzwoniłem do Paulinha i powiedziałem, że mam więcej piosenek, jak ta sprzed lat. Spotkałem się z nim w Chicago i nagraliśmy płytę z jego brazylijskimi kolegami. A potem pojechałem do mojej stałej bazy w Stanach, do Los Angeles i Wendy Waldman i tam nagrywałem wokale. Czyli płyta powstała w Stanach, z Brazylijczykami i polskim wokalistą, który skomponował samby i bossa novy do wierszy polskiego poety-księdza.

Poezja księdza Jana Twardowskiego sprawia, że człowiek zaczyna wierzyć w swoje dobro, nawet, gdy uważa się za grzesznika.

Bo w nas mieszka dobro-zło i zło-dobro. A ksiądz Twardowski jest człowiekiem, który akceptuje naszą biedną ludzką naturę. I który trudnym chwilom daje pogodny impuls – czasem trąci kuksańcem humoru, czasem zastanowi się ironicznie, jak się mądrujemy, a jak jest. Wybrałem te wiersze nie dlatego, że był księdzem, ale ze względu na to, że był dobrym poetą i dobrym człowiekiem. To źródło mojego wyboru. Jak to dobra poezja – esencję podaje w najprostszych słowach. Twardowski był mistrzem lekkości. Myślę, że tę treść ubrałem w dobrą formę. „Nierówni” to owoc czterech lat pracy.

To nie są teksty nawracające.

To są teksty akceptujące i wybaczające.

Czym jest wiara?

Posłużę się cytatem z mądrzejszych ode mnie: „Wiara to jest pewność tego, czego się spodziewamy”.

A jaką wiarą pan wierzy?

Taką, jaką mam na dany czas. Taką, która jest mi pomocna i dla mnie zrozumiała. Mam wielki szacunek dla każdego, kto sięga poza siebie. Nie mam kłopotu z korzystaniem z cudzych porządków, cudzej wiary. Idę tam, gdzie się posilam. Respektuję Biblię.

Podobno kto śpiewa, dwa razy się modli.

Tego nie wiem. (śmiech) Ale muzyka wprowadza w niezwykły stan, czasem bywa się poza czasem i rzeczywistością. Ktoś powiedział, że muzyka jest jedną z największych abstrakcji, bo łączy matematykę i emocje. Skraca drogę z serca do głowy i odwrotnie, jednoczy ludzi, inspiruje, daje przyjemność i pobudza emocje. Może służyć i złym, i dobrym celom, wzbudzać agresję i koić. Dużo może...

Więc i modli się pan, i śpiewa. Także dla dzieci z fundacji.

Miałem szczęście, bo trzeba to nazwać szczęściem, że jako nastoletni chłopak jeździłem na obozy z niepełnosprawnymi. Naszym zadaniem była opieka nad nimi, pilnowanie codziennych spraw. A oni opowiadali nam o swoim życiu. Przyglądaliśmy się sobie. To była nieoceniona lekcja. Gdybym tego nie doświadczył, nikt by mi tego nie wytłumaczył. Nie wiedziałbym, że naprawdę „jest jeden świat”. Nie ma dwóch światów, podział na fizycznie czy psychicznie zdrowych i chorych jest umowny, każdemu z nas czegoś brakuje. Sacrum i profanum, mistyka i codzienność – a poeta mówi, że ,,niebo chodzi po ziemi, ziemia chodzi po niebie”. Kiedy tworzyłem tę piosenkę, pomyślałem, że kapitalnie będzie ją zaśpiewać z laureatami „Zaczarowanej Piosenki”. Odczarować możemy się wszyscy, pełno- i niepełnosprawni. Każda z tych grup ma stereotypy, trzeba je przełamywać. Jeżeli mogę się do tego przydać, robię to z chęcią. Podobnie z dzieciakami z Fundacji „Na Ratunek”, które czekają na przeszczep szpiku kostnego. Trzeba dużo środków, żeby pomoc zadziałała. Ja robię „lalala”, ale też mogę się przydać.

szczesniak2

Ten uśmiech na okładce albumu także może leczyć.

Ludzie pozują, chcą być przystojniejsi, straszliwsi, ciekawsi. Ja ambicji gwiazdorskich nie miałem nigdy, zawsze chciałem, aby głównym bohaterem mojej pracy były piosenki, opowieści. To zdjęcie w zamierzeniu jest antygwiazdorskie. Jest spokojną rebelią.

Gdzie jest teraz ksiądz Twardowski?

Ja tego nie wiem, a pani?

Także nie wiem.

Myślę, że w jakimś fajnym miejscu. Nikt tego nie wie, nie będę się mądrował. Wyobrażam sobie, że jest tam, gdzie jest fajnie i potrzebnie. Tylko tyle.

fot.: Monika Szałek

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA