REKLAMA
Anywhere logo

TWARZE #1: Andrzej Wajda

2017-02-03
...
Andrzej Wajda zawsze był z nami. Jego kino. Słowa. Obrazy. To jedna z nielicznych postaci, której nieobecność jest dla mnie niepojęta. Bo czy ktoś wyobraża sobie polską kulturę, a nawet i samą myśl bez wielkiego mistrza? Kto to teraz pociągnie? Na całe szczęście pozostaje jego kino, które było wielokrotnie prekursorskie. 13 stycznia do kin trafił ostatni jego film – „Powidoki”.

„Tatarskie ziele ma dwa zapachy. Jeżeli się potrze w palcach zieloną jego wstążkę, miejscami przymarszczoną, poczuje się zapach, łagodną woń wierzbami ocienionej wody, jak mówi Słowacki, trochę tylko zatrącającą wschodnim nardem. Ale kiedy się takie pasmo tataraku rozetrze, kiedy się włoży nos w bruzdę, wyłożoną jak gdyby watą, czuje się obok kadzidlanej woni zapach błotnistego iłu, gnijących rybich łusek, po prostu błota. Zapach ten na początku mojego życia skojarzył się z obrazem gwałtownej śmierci.” Tak rozpoczyna się opowiadanie „Tatarak” Jarosława Iwaszkiewicza sfilmowane przez Andrzeja Wajdę kilka lat temu, z wybitną rolą Krystyny Jandy. Opowiadanie prorocze, naznaczone przez mistrza. Mistrza, który stworzył polską szkołę filmową. Który pomógł odbudować w ludziach świadomość tego kraju. Był kimś na miarę Mickiewicza czy Słowackiego. To określenie ostatnio pada dość często. W tym wypadku nie boję się użyć tak wielkich słów. 

Każdy jego film był namiastką tego, co w życiu przeżył, co zaobserwował. Przy okazji odbierania nagrody w Kioto powiedział, że wychowali go rodzice z wojskowymi tradycjami honoru i obowiązku, gimnazjum klasyczne oraz prawo boskie. Później przełożył to na doświadczenie, z którym musiał się zmierzyć w 1939 roku. Wówczas zobaczył, że nie musi wypowiadać się wojny, bo zaskoczenie przeciwnika jest skuteczniejsze, a więc kłamstwo wygrywa, poza tym zwycięzców nikt nie broni, a słabi muszą zginąć. W tej samej wypowiedzi dodał, że jedyną sztuką zwycięzcy mogą być marsze wojskowe i propagandowe malarstwo. Z tym wszystkim walczył przez całe swoje życie.

Swoją wielkość i tragiczne przeżycia Andrzej Wajda przelał na samym początku, kręcąc w 1956 roku „Kanał” pierwszy polski, powojenny film poruszający tematykę powstania warszawskiego. Ale nie tylko z tego względu był to obraz przełomowy. Jak opisał to w wywiadzie dla „Res Publica” rosyjski reżyser Andriej Tarkowski, był to „koniec kina z tektury”. Kina, które porzuciło atelier i obraz zbudowany z papieru na rzecz czystej natury, gdzie przeważało zrujnowane miasto i błoto. Po prostu czysty tragizm i realizm. Szczególnie mocno podkreśliły to świetnie prowadzone zdjęcia, które w wykonaniu Jerzego Lipmana i Jerzego Wójcika nadały rangi polskiej szkole filmowej. Później było jeszcze lepiej. Kolejne filmy Wajdy takie jak chociażby „Niewinni czarodzieje” czy „Popiół i diament” umocniły jego pozycje w filmie. Szczególnie ten ostatni, napisany na motywach powieści Jerzego Andrzejewskiego, którym niemal sześćdziesiąt lat temu zachwycił się cały świat, łącznie z Marleną Dietrich.

Ale zawsze tyle, ile zachwytu nad filmami Wajdy, tyle też kontrowersji. Tak było przy wspomnianym „Kanale”, po którym czytelnik tygodnika „Film” zarzucił reżyserowi, iż pokazuje obraz powstańców jako złajdaczonych oficerków i rozamorowanych panienek. Te ataki musiał odbierać także poza naszymi granicami. Szczególnie wtedy, kiedy poleciał do Stanów Zjednoczonych promować, nominowany wówczas do Oscara, film „Ziemia Obiecana”. Spotkał się tam z całą falą krytyki i oskarżeń ze strony izraelskich dziennikarzy, którzy zarzucali mu antysemicką prowokację. W ostateczności przegrał z japońskim mistrzem kinematografii Akira Kurosawą, który podobno skomentował wygraną dość zaskakująco, iż to nie jemu się należy ta nagroda, a Andrzejowi Wajdzie. Takich sytuacji wraz z narastającym buntem w kraju było coraz więcej, szczególnie przy „Człowieku z żelaza”. Urząd Kinematografii wystosował do reżysera całą listę poprawek przed wypuszczeniem filmu w obieg. Później wiele kłamliwych komentarzy spowodowało, że i tym razem Wajda nie otrzymał największego lauru w dziedzinie filmu. Stało się to dopiero dwie dekady później, w wolnej Polsce, gdzie za sprawą wielu amerykańskich filmowców Andrzej Wajda został uhonorowany Oscarem za całokształt twórczości. 

Kiedy odchodził od polityki, szukał ukojenia najczęściej w opowiadaniach Jarosława Iwaszkiewicza. Tak było chociażby zPannami z Wilka”, gdzie życie toczy się powoli, w ciszy oraz z dala od zgiełku. Jak sam przyznał, to było dla niego najtrudniejsze. Przy filmach politycznych, które robił wcześniej, nie musiał czekać na wybuch akcji. To działo się samo. W tym wypadku było gorzej, zupełnie nie wiedział, jak zmierzyć się z tym spokojem na planie, gdzie główne bohaterki tylko snują się i marzą, całymi dniami popijając herbatę i smażąc konfitury. Wtedy scenarzysta filmu podszedł do reżysera i powiedział, że konfitur szybko nie da się usmażyć, do tego trzeba czasu. To Wajdę przekonało. Przeczekał spokojnie tę ciszę i nakręcił jeden ze swoich najpiękniejszych i najbardziej wysublimowanych filmów ze scenografią autorstwa Alana Starskiego. 

Nie lubił powtarzać, jak inni reżyserzy: „mój film”. Wyznawał zasadę, że już w trakcie realizacji na planie filmowym należy podkreślać, że to „nasz film”. To cementowało później pracę wszystkich twórców, zachęcało do wspólnego wysiłku i odpowiedzialności na planie. Zresztą na całą twórczość Andrzeja Wajdy złożyła się niezliczona ilość nazwisk. W środowisku filmowym krąży nawet takie powiedzenie: „aktor, który nie zagrał u Wajdy choćby najmniejszego epizodu, nie jest dobrym aktorem”. U Wajdy, czy w filmie, czy teatrze, grali wszyscy najwięksi, a na telefon od mistrza czekała cała reszta. Warto także dodać, że często z propozycją roli wychodził poza nasze granice. To u Wajdy w filmie „Sprawa Dantona” obok Wojciecha Pszoniaka zagrał Gérard Depardieu, a w „Biesach” Isabelle Huppert. 

Aktorzy dla Andrzeja Wajdy byli podstawą, wiedział, że bez nich nic nie zdziała. Dlatego uważał, że aktorom już od pierwszego spotkania powinno się bezgranicznie ufać. Po drugie nie powinno się ich na siłę reżyserować, tylko dawać im swobodę oraz obserwować. Ta przestrzeń na poszukiwanie postaci okazała się strzałem w dziesiątkę. Często wspominał, że przechodzi go dreszcz na myśl o tym, że mógłby narzucić Zbyszkowi Cybulskiemu ruchy i gesty na planie „Popiołu i diamentu”. W efekcie dostaliśmy postać Maćka Chełmickiego stworzoną z autentyczności. Postać uchodzącą za pierwszą w historii polskiego kina, która oddzielała teatralne granie od filmowego.

Teatr był dla mistrza również szalenie ważny. Często pytano go, dlaczego właściwie zajmuje się teatrem, skoro to przeżycie ulotne, często zapomniane, szczególnie w momencie ściągnięcia z afisza. Wajda zawsze odpowiadał, że w teatrze przyciąga go właśnie ta ulotność i nietrwałość. Debiutował w 1959 roku w gdyńskim Teatrze Dramatycznym inscenizacją „Kapelusza pełnego deszczu” Michaela Vincente’a Gazzo. Później związany był m.in. z Teatrem Starym w Krakowie czy warszawskimi teatrami Ateneum i Powszechnym. Zawsze starał się szukać nowego języka w zapisanym już przez autora tekście. A tekst był dla niego najistotniejszy. Poszukiwania i chęć zrozumienia tekstu nie wiązały się nigdy z rewolucją. Reżyser nie przerabiał sztuk, nie ulepszał, nie zmieniał scen czy dialogów. Przyjmował szlachetną zasadę, że to, co zostało napisane przez największych, takim powinno zostać. Co innego forma - tutaj stawiał odważne kroki, jak choćby w pamiętnym „Hamlecie”, gdzie tytułową rolę powierzył kobiecie -aktorce Teresie Budzisz Krzyżanowskiej czy w „Nastazji” według Dostojewskiego z główną rolą japońskiego aktora Tamasaburo Bando. Nie stronił też od polityki. Podobnie jak w filmie, w jego spektaklach bardzo często zawieszona była gdzieś między słowami, jak w „Antygonie” Sofoklesa, którą przeniósł w czasy stanu wojennego. 

Zupełnie inną kartą historii były jego niezrealizowane filmy, których było prawie dwieście. Wśród tych filmów cała lista pomysłów i scenariuszy, które chował do swojej szuflady, między innymi przygotowana przez Marcela Łozińskiego adaptacja „Cesarza” Ryszarda Kapuścińskiego, scenariusz Agnieszki Osieckiej o „Piwnicy Pod Baranami”, amerykański debiut reżysera o życiu Heleny Modrzejewskiej, ekranizacja trzeciej części „Dziadów” Adama Mickiewicza czy „Królowej śniegu” Andersena. Gotowy był także scenariusz do obrazu „Bołdyn” o samotność Stalina, film o Chopinie, a także japońska wersja „Zemsty” Aleksandra Fredry czy afrykańska „Kordiana” według Słowackiego. W planach miał też zekranizowanie „Jądra ciemności” Josepha Conrada, którego bohater miał odnajdywać swego przyjaciela jako komendanta hitlerowskiego obozu w Oświęcimiu. Były też pomysły przeniesienia na ekran „Jeżycjady”, cyklu powieści dla młodzieży napisanych przez Małgorzatę Musierowicz, futurystyczne opowiadanie „Kongres futurologów” według Stanisława Lema czy „Kartoteki” Stanisława Różewicza, która miała rozgrywać się na skrzyżowaniu ulic Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. Jednym słowem - był twórcą nieograniczonym.

Tym, co starało się go ograniczać, była polityka, a ściślej cenzura. Nie walczył z nią, zwyczajnie szukał na nią sposobu. Powtarzał, że nie można iść na łatwiznę, że trzeba kręcić tak odważne i oryginalne filmy, żeby cenzorów zablokować. Za taki film uważał wspomniany obraz „Człowiek z marmuru”, który swoją niecenzuralnością wymykał się spod ręki cenzorów. Podobnie było w ostatnim okresie, gdy był przez władze notorycznie poniewierany i obrażany. Jego komentarzem do blokowania artystów przez polityków był ostatni jego film „Powidoki”. To komentarz antykomunistyczny, opowiadający o walce z systemem, jaką musiał przejść malarz Władysław Strzemiński, ale także ostrzeżenie przed interwencją państwa w sztukę.

W swojej książce „Powtórka z całości” napisał, że dzień premiery uważa za smutną chwilę w życiu reżysera. Bo po triumfie trudno jest rozstać się z twórcami - tymi, którzy odpowiadają za wielki sukces filmu. Po jego klęsce zaczynamy za to dostrzegać błędy i czuć rozgoryczenie. Jednak zawsze powtarzał, że nie patrząc na efekt końcowy, trzeba wydać bankiet dla wszystkich, tylko wraz z większym niepowodzeniem filmu zamówić odpowiednią ilość wódki. Uwielbiał żartować i miał do siebie ogromny dystans. Z drugiej strony swoją pracę traktował szalenie poważenie. Po smutnym dniu, jakim była dla niego premiera, zaczynał myśleć już o kolejnym filmie. 

Każdy jego film był odrębną historią. Nową. Niepowtarzalną. Szukającą nowych środków przekazu, języka filmowego. Przecież nawet pod koniec twórczości reżyser przekraczał w kinie granice. Wspominany „Tatarak” na festiwalu filmowym w Berlinie otrzymał nagrodę im. Alfreda Bauera dla twórców szukających nowych wyrazów w kinie. Chciał tworzyć do końca. Nieprzerwanie. Jeszcze we wrześniu Andrzej Wajda zaprezentował wspomniane „Powidoki” na festiwalu w Toronto czy później w Gdyni. Podobno w krótkim czasie po premierze filmu rozmawiał z reżyserem Radosławem Piwowarskim o kolejnym filmie. Szukał scenariusza. Wyznał, że chciałby temat, który będzie jego połączeniem z nowym, młodym pokoleniem, w którym widział odbiorców dzisiejszego kina.

Ostatni klaps na planie jednak nie padł. Andrzej Wajda zmarł 9 października ubiegłego roku. Pozostawiając tym samym wielki dobrobyt w historii polskiej kinematografii. Coś, czego nie jesteśmy w stanie nazwać. To także bardzo znaczące nazwisko w świecie. Steven Spielberg, Meryl Streep czy Martin Scorsesee – dla nich Wajda był jednym z największych twórców filmu. Ten ostatni wielokrotnie wygłaszał swój zachwyt nie tylko dla twórczości Wajdy, ale i polskiego kina. Kino bez Andrzeja Wajdy nie istnieje i czy komuś do jego twórczości bliżej, czy dalej, z pewnością przyzna, że drugiej takiej potęgi w polskiej kulturze nie ma. A wszystko, co dookoła, tworzy się mniej lub bardziej świadomie z wpływów, jakie reżyser na nas przelał. Jarosław Iwaszkiewicz pod koniec lutego w 1979 roku zaraz po premierze filmu „Panny z Wilka” napisał do Wajdy list, rozpoczynając takimi słowami: „Drogi bezcenny Andrzeju, jestem wciąż pod wrażeniem Twego filmu”. Ja również, bezcenny mistrzu. I jestem przekonany, że to wrażenie nigdy nie minie.

Tekst: Jacek Górecki

REKLAMA
REKLAMA