REKLAMA
Anywhere logo

Tomasz Sobierajski

Grzegorz Małecki: A jak aktor

2017-02-06
...
Gdyby ktoś obudził mnie w środku nocy i kazał wymienić nazwisko aktora, bez chwili wahania odpowiedziałbym: Małecki. Grzegorz Małecki. Aktor myślący. Aktor świadomy. Aktor wnikliwy. Aktor przez duże A. Ceniony, nagradzany, hołubiony. Niby w teatralnym mainstreamie, a jednak osobny. Dziś spotykamy się oko w oko, żeby porozmawiać o profesjonalizmie, aktorskim rzemiośle, najważniejszych życiowych pytaniach i… potrzebie dystansu.

W spektaklu „W mrocznym, mrocznym domu”, który jest jednym z moich ulubionych, grasz bardzo trudną rolę. Terry to postać niezwykle złożona. Powoli oswajasz publiczność z jego wewnętrznymi strachami, żeby na końcu odpalić prawdziwą petardę. Widzowie wychodzą z tego spektaklu kompletnie oszołomieni. Mnie też to nie ominęło. I kiedy stałem przed teatrem, właśnie po tej sztuce, a w mojej głowie kłębiło się tysiące myśli, zobaczyłem ciebie, jak wychodzisz z bocznego wyjścia dla aktorów, wsiadasz na rower i jak gdyby nigdy nic odjeżdżasz w… lato. Popatrzyłem za tobą i pomyślałem: „O rany! Co to za aktor! Po takiej roli po prostu wsiada na rower i odjeżdża”. A potem zdałem sobie sprawę z tego, że być może ten rower, ten wiatr, ta letnia, wieczorna przejażdżka, to jest twój sposób na odreagowanie trudnej roli?

Jedną z najważniejszych rzeczy w aktorstwie jest umiejętność szybkiego wchodzenia i wychodzenia z roli. Na tym polega ta praca. Samo tworzenie postaci to proces, który jest podzielony na etapy: próby, premiera, spektakle repertuarowe. I rzeczywiście, podczas prób praca przy spektaklu „W mrocznym, mrocznym domu”, była bardzo trudna. W ciągu dwóch czy trzech miesięcy musiałem zrewidować swoje myślenie na temat świata, ludzi. I faktycznie na tym etapie postać Terry’ego przenosiła się na moje zachowanie. Wynikało to z tego, że nieustannie zadawałem sobie pytanie – jak ta postać, którą będę grał, będzie się zachowywać, albo jak zachowywałaby się w tej sytuacji, w której na przykład ja jestem w tej chwili: w tramwaju, w metrze, w samochodzie, na ulicy. Wyobrażałem sobie co robi, co myśli. To był duży wkręt. To najlepsza droga do tego, żeby stworzyć kreację. Nie w sensie wybitnej, wielkiej roli, ale stworzenia postaci, w którą uwierzy widz.

GrzegorzMalecki_2

Śmiem twierdzić, że akurat ta rola była kreacją w obu przywołanych przez ciebie znaczeniach. Ale wróćmy do tego momentu wychodzenia z roli.

W uprawianiu tego zawodu poczytuję sobie za profesjonalizm to, że szybko potrafię wejść w rolę i dość szybko z niej wyjść. Znam wielu aktorów, którzy opowiadają o tym, że tygodniami nie mogą wyjść z roli po filmie i wiele godzin zajmuje im wyjście z postaci po spektaklu. Wydaje mi się to dość pretensjonalne. Celują w tym aktorzy amerykańscy, którzy po skończeniu filmu muszą pół roku wychodzić z roli na Hawajach. Ale i tak ich kochamy z tymi ich problemami. Ja kończę pracę w momencie, kiedy gasną światła w teatrze. Zdejmuję kostium, zakładam swoje ubranie i wracam do siebie. Gdybym w dalszym ciągu miał być Terrym z „Mrocznego, mrocznego domu”, który ma bardzo poważne problemy natury seksualnej, psychicznej, rodzinnej i każdej innej, to po prostu byłbym facetem nieznośnym do życia. Niedawno rozmawiałem na podobny temat z Januszem Gajosem, z którym mam szczęście grać w Narodowym, m.in. w „Kotce na gorącym, blaszanym dachu”. Powiedział, że nie wyobraża sobie sytuacji, w której po spektaklu jeszcze godzinami rozpamiętuje i przeżywa to, co działo się na scenie, w sztuce. To jest po prostu nasza praca. A z perspektywy czasu – bo pracuję w Teatrze Narodowym już 18 lat – mogę powiedzieć, że to wchodzenie i wychodzenie z roli przychodzi mi teraz dużo łatwiej. Pamiętam, że kiedy zaczynałem pracę, to potrzebowałem co najmniej godziny na to, żeby skupić się przed spektaklem. Chodziłem po scenie, powtarzałem kwestie, ruchy, gesty. W tej chwili wydaje mi się czasami, że mógłbym wejść na scenę w zasadzie z ulicy. Potrzebuję kilku sekund w kulisie i jestem gotowy zagrać daną postać. Ktoś może to nazwać rutyną, ale dla mnie to jednak oznaka profesjonalizmu w moim fachu.

Zatem moje pierwsze odczucia w opowieści z rowerem, czyli to, że jesteś wspaniałym, profesjonalnym aktorem, który potrafi zostawić rolę za sobą, w teatrze i spokojnie na rowerze wrócić do normalnego życia, były słuszne?

Tak. Bo po spektaklu często spotykam się z przyjaciółmi, dziewczyną, znajomymi, rodziną. Wydaje mi się nieeleganckie to, że zawracałbym im głowę przeżyciami mojego bohatera, którego grałem przed kilkudziesięcioma minutami.

A oni, umawiając się z tobą, zastanawialiby się nad tym, z kim się dzisiaj spotkają: z Gustawem-Konradem z „Dziadów”, z Albinem ze „Ślubów panieńskich”, czy może z Edkiem z „Tanga”? Tym bardziej, że w teatrze w ciągu tygodnia grasz nierzadko trzy skrajnie różne role.

Nie tylko w ciągu tygodnia. Niejednokrotnie w ciągu dnia gram kilka różnych postaci, bo rano mam na przykład zdjęcia do serialu, potem pędzę na nagranie do radia, a potem jeszcze mam jakąś scenę w filmie, żeby na koniec dnia zagrać wspomnianego przez ciebie Gustawa-Konrada w „Dziadach” w Narodowym, czy Rolanda w „Konstelacjach” w Teatrze Polonia. I gdybym tak strasznie przeżywał każdą z tych postaci, to skończyłbym prawdopodobnie w szpitalu dla obłąkanych.

Jako widz lubię przychodzić do teatru na sztuki, w których grasz, ponieważ czuję się… bezpiecznie. Wiem, że nie będzie blamażu, a co najważniejsze, bije od ciebie na scenie taka siła i taka moc, która sprawia, że mam pewność po co jesteś na scenie. I zastanawiam się czy zdarza ci się grać to, że wiesz, po co jesteś na scenie, czy rzeczywiście zawsze to wiesz? Pytam o to, bo wiem, jak wiele zależy od reżysera. I są tacy reżyserzy, którzy nie potrafią dać aktorom tej pewności.

W mojej pracy, niestety spotykam – i myślę, że będę w dalszym ciągu spotykał – reżyserów, którzy nie mają wiele do powiedzenia. To jest pięta achillesowa polskiego teatru. Filmu i telewizji zresztą też.

I co w takich sytuacjach robi aktor? Co robi aktor taki jak ty?

Ja w ogóle uważam, że reżyser to wróg. Niezależnie od tego czy jest zdolny czy nie. A aktor powinien przede wszystkim myśleć. Czasem się kłócić. Mieć własną wizję postaci i ograniczone zaufanie do reżysera. I pracować, a nie czekać aż reżyser rozwiąże za niego wszystkie sceniczne problemy. Mam świadomość tego, że nie odwalam fuszerki na scenie przede wszystkim dlatego, że jestem naprawdę pracowitą osobą. Ale odpowiadając na twoje pytanie: tak, wiem po co wchodzę na scenę, a to dlatego, że mam ogromny szacunek dla widza. Spaliłbym się ze wstydu, wychodząc na scenę i wykonując coś nieprzygotowanego... Wracając do reżyserów – ważne jest, żeby byli otwarci, niekoniecznie się upierali i przede wszystkim pomagali aktorowi w pracy. Reżyser powinien być trochę psychoterapeutą. Jeśli jest czuły i mądrze prowadzi tę terapię to aktor zagra mu absolutnie wszystko.

A jeśli zdarzy się taki reżyser, który przeszkadza?

To zmuszony jestem do podwójnej aktywności i czujności. Jestem znany z tego – myślę, że potwierdzą to moi koledzy z teatru – że jeśli coś idzie na próbach nie tak, że reżyser nie współpracuje z nami, to obdzwaniam wszystkich i organizuję spotkanie aktorów poza próbami. Czasem siedzimy po nocach, kombinujemy, próbujemy, tworzymy coś, co będzie warte tego, żeby widz nie żałował wydanych pieniędzy na bilet, żeby nie czuł się oszukany i rozczarowany.

Masz niesamowity dar, który posiada tylko kilku aktorów i aktorek w tym kraju, polegający na tym, że wychodzisz na scenę i łapiesz – jak ja to nazywam – widownię za twarz. I przez cały spektakl ciągniesz ją przy pomocy niewidzialnych sznureczków za sobą i robisz z nią to, co chcesz. Przyznam ci, że to są momenty, które sprawiają, że chciałbym być na twoim miejscu na scenie i tak samo robić z ludźmi. Wydaje mi się, że ta twoja umiejętność, wpisana w wyższy poziom aktorskiego rzemiosła, jest związana z tym, że ty nieustannie zadajesz sobie pytania i próbujesz na nie znaleźć odpowiedzi.

Uświadomiłem sobie niedawno, że właściwie jest jedno pytanie, które sobie zadaję bez przerwy. I dotyczy ono zarówno życia jak i pracy.

GrzegorzMalecki_3

Jakie to pytanie?

Po co?

Po co życie? Po co praca?

I jedno, i drugie. Jeżeli chodzi o pracę, to zawsze zadaję sobie pytanie: „Po co wychodzę na scenę?”. Po co? O jakiej postaci chcę widzom opowiedzieć? Jeżeli chodzi o życie, to jest już oczywiście głębiej. Nie chciałbym żebyśmy teraz w to brnęli, bo nie jestem filozofem i to pytanie zadaję sobie na własny użytek: „Po co ja tutaj właściwie jestem?”. Oczywiście na to pytanie odpowiedzi nie ma. Gdybyśmy tę odpowiedź znali, to właściwie padłaby religia, filozofia i sztuka. Ale lubię je sobie zadawać. Bo permanentnie myślę o śmierci. I to też gdzieś mi się przekłada na pracę. Po co? To chyba dobre pytanie. Proste. I krótkie.

Czy to fundamentalne dla ciebie pytanie „Po co?” zbiega się z jakimś szczególnym momentem w twojej karierze zawodowej? Może z momentem podsumowań? Pytam o to nie bez przyczyny. Grasz na dużej scenie Teatru Narodowego ikoniczną dla literatury i dramatu polskiego rolę Gustawa-Konrada. Bardzo lubię tę wykreowaną przez ciebie postać. Uważam, że jest fenomenalnie zagrana. Momentami poruszasz się w niej na cienkiej, czerwonej linii, ale nigdy jej nie przekraczasz. Nie dajesz publiczności jasnych, mesjańskich odpowiedzi. Czy czujesz, że po zagraniu tej roli wskoczyłeś na inny poziom?

Ta rola była ogromnym wyzwaniem, pod wieloma względami chyba najważniejszym w moim życiu. Począwszy od tego, że mówiąc Gustaw-Konrad, „Dziady”, Teatr Narodowy, mamy wyłącznie jedno skojarzenie. Czyli rok 1968, Dejmek, Holoubek, wydarzenia marcowe i wszystko, co za tym idzie. Jest wiele osób, które pamiętają jeszcze tamtą inscenizację i zdawałem sobie sprawę, że te osoby pojawią się na spektaklu i będą mnie – nawet mimowolnie – porównywać z Gustawem Holoubkiem. Ta rola to legenda. Niemalże zawsze wystawieniu „Dziadów” towarzyszyły mniejsze lub większe awantury historyczne. Biorąc pod uwagę to wszystko, odczuwałem gigantyczny stres jeszcze zanim zaczęły się próby. Ale w pewnym momencie zdecydowałem się odrzucić ten bagaż, bo inaczej nigdy nie skończyłbym tej roboty. Poza tym w tej pracy nie wolno się porównywać.

To był pewnie ten moment, kiedy miałeś szczególnie dużo pytań w głowie?

Oddałem się w ręce litewskiego reżysera – Eimuntasa Nekrošiusa, który robi, jak sam wiesz, autorski, pojechany teatr, nie dla wszystkich zrozumiały. Nieraz niezrozumiały również dla aktorów. Potraktowałem tę rolę jako kolejne wyzwanie, ustawiłem ją w szeregu innych moich ról na jednym poziomie.

Niemniej to wspaniała rola…

Dziękuję. Mam świadomość, że jest to rola, o której marzy czy też marzyło wielu innych aktorów od pierwszego roku szkoły teatralnej. Zdaję sobie też sprawę, że niezależnie od jej oceny i od oceny spektaklu oraz odczuć poszczególnych widzów zapisałem się nią jakoś w historii polskiego teatru. Chociaż powiem szczerze, że do przedstawienia mam sporo zastrzeżeń. Umiem być krytyczny w stosunku do siebie. Z wiekiem mi to przyszło.

Jesteś wdzięczny za tę rolę?

Tak i wiem, że na nią ciężko zapracowałem. Ale nie wykluczam również, że ta rola należała się i innym. Jednocześnie czuję potrzebę odpoczynku od teatru. Marzy mi się film…

A propos filmu, jako młodzieniec miałeś ponoć wrażenie, że praca aktora to bardzo prosta rzecz i najtrudniejsze w niej jest przygotowanie mowy na ceremonię Oscarów. Załóżmy, że dostajesz Oscara. Co mówisz? Komu dziękujesz?

No jak to co? Dobrze wiesz, co się mówi. (śmiech)

Łkasz, jesteś wzruszony...

Oczywiście, najpierw trzeba się popłakać. Na początku dziękuje się rodzicom, dzieciom, reżyserowi, a potem występuje się w obronie demokracji i opowiada się przeciwko wojnie. Jak wiadomo, wojny dzięki tym przemówieniom natychmiast ustają.

GrzegorzMalecki_1

A jeszcze wcześniej jest ten żenujący moment, w którym ten, który wygrał dziękuje tym, którzy przegrali. A oni uśmiechają się tak, jakby…

…właściwie o niczym innym nie marzyli, tylko żeby on dostał tę nagrodę. Poważnie kiedyś pomyślałem sobie, że przy takiej okazji wygłosiłbym bardzo długi speech, w którym zawarłbym te wszystkie ikoniczne, amerykańskie teksty z wątkami dotyczącymi pokoju, klimatu, ratowania delfinów i tym podobne. Z pół godziny bym nawijał aż ochrona by mnie zniosła ze sceny.

Sprawiasz wrażenie człowieka, który nie czeka na rzeczy, tylko po nie sięga. Dlatego nie pytam na co czekasz, tylko co chcesz teraz sięgnąć? Oprócz roli w filmie, o której przed chwilą wspomniałeś, co kołacze ci w głowie Grzegorzu M.?

Jestem w takim momencie życia, w którym czuję lekkie zmęczenie aktorstwem. Ta subordynacja i zależność od kogoś lub czegoś. Aktor jest cały czas czymś uwiązany. Mówi mu się, żeby stanął tam albo tam, mówił ciszej lub głośniej. Od kilkunastu lat nieustannie mówię cudzym tekstem. Wieczór w wieczór. Właściwie to od rana do wieczora kradnę komuś słowa. Słowa, które autor pisał w chwilach uniesień i emocjonalnego szaleństwa. A czasem może i po pijaku. To daje aktorowi złudne poczucie przynależenia do tego tekstu, co sprawia, że wielu aktorom myśli się rzeczywistość z tym, co grają. W związku z tym czują, że mogą zbawiać świat i wypowiadają się na różne tematy, pouczając innych co można, a czego nie można, jak należy się zachować, a jak nie należy. Zaczynają wierzyć, że są tymi postaciami, które grają, albo że są tak inteligentni, jak te postacie.

Że jak grają Gustawa-Konrada…

...to mogą rozmawiać już tylko z Bogiem. Mówiąc o ułudzie tego fachu, chcę powiedzieć, że niejednokrotnie tych najinteligentniejszych profesorów, królów, książąt grają aktorzy, którzy wcale szalenie inteligentni nie są. Oni są po prostu bardzo dobrymi, zdolnymi aktorami.

Wróćmy do ciebie i do tego, czego teraz chcesz.

Być może będzie to reżyseria, być może coś napiszę. Chciałbym wreszcie zacząć nazywać świat własnymi słowami, opisywać go własnym językiem. Ale nikogo nie będę pouczał. Obiecuję. Po prostu mam potrzebę raz ułożyć słowa we własnym szyku.

fot.: Monika Szałek

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA