REKLAMA
Anywhere logo

Aleksandra Budka

Ania Karwan: Śpiew w wielkim mieście

2017-02-09
...
Podczas wykonywania w programie telewizyjnym utworu „Purple Rain” nieżyjącego już Prince’a, ona narodziła się na nowo. Na scenie muzycznej funkcjonuje kilkanaście lat, jednak dopiero teraz zdecydowała się zrobić krok do przodu i wykrzyczeć głośno: „Ania Karwan, obecna!”. W pamiętniku zapisała kiedyś pragnienie o byciu matką. Bo tylko wtedy stanie się artystką. Teraz jest matką, wokalistką oraz monopolistką na rok 2017 – bo ten będzie należał do niej. Wywiad video

Na początek pytanie od fanki do fanki: „Seks w wielkim mieście” – serial czy film?

Na co dzień, dla rozluźnienia, zdecydowanie serial. Przy różnych sytuacjach życiowych, tych bardziej wesołych i tych smutniejszych - film.

Stety lub niestety, spotkały się dwie miłośniczki „Seksu w wielkim mieście”, i myślę, że o Carrie Bradshaw mogłybyśmy rozmawiać godzinami. W której z bohaterek serialu widziałaś siebie?

Gdy znasz już wszystkie bohaterki swojego ulubionego serialu, to każda z tych postaci robi wrażenie w innej dziedzinie. Zaczynając od głównej bohaterki - Carrie Bradshaw - jej infantylna część osobowości bardzo mnie drażni, ale jest to serial amerykański, więc po prostu przymykam na to oko. Natomiast bardzo podobają mi się jej dewizy odnośnie miłości. Jej przygody z mężczyznami często były absurdalne, ale zawsze wierzyła w to, że miłość jest najważniejsza. Pamiętasz, gdy pod koniec szóstego sezonu, rzucając się na swojego Rosjanina, powiedziała: „Potrzebuję miłości, która mną szarpie, która mną rzuca na boki, która jest i bolesna i wspaniała, bo tylko wtedy ta miłość jest mocna i prawdziwa”? No i Mr. Big był po prostu spełnieniem jej marzeń.

Ale to Miranda i Charlotte były w serialu mamami. Ty też mamą jesteś.

Tak, jestem mamą.

Co oznacza macierzyństwo pod nazwą „Matka Karwan”?

Matka Karwan to matka-opiekunka grupy parentingowej funkcjonującej na portalu społecznościowym. Pod moimi skrzydłami jest prawie 900 kobiet z całej Polski, które zaglądają tam, aby dowiedzieć się, jak radzić sobie z codziennymi rzeczami - nawet kupno wózka jest rozpatrywane wspólnie. Dzięki temu, że dziewczyny znały dobrych lekarzy, udało nam się uratować dwójkę dzieci.

A jaką matką jest sama matka Karwan?

Moim marzeniem było zostać cieplutką mamusią, która bawi się ze swoją córeczką i razem chodzą w spódniczkach. Okazuje się, że jestem dużo silniejszą, twardszą osobą, na co moja córka reaguje ostatnio alergicznie. Cały czas wydaje mi się, że jednak takie mocne podejście do życia będzie lepsze. I codziennie muszę sobie przypominać o tym, że mamy się przytulać, całować. Oczywiście, jestem mamą ciepłą, ale czuję wielką odpowiedzialność za to, żeby ona miała wysokie poczucie własnej wartości, czuła się sama ze sobą bezpiecznie, żeby była odważna wobec świata i nie bała się tego, że jest piękna i mądra. Gdy próbuję jej to powiedzieć, mam wrażenie, że mój tembr głosu wskazuje na żołnierskie podejście, takie w stylu: „Masz być piękna!”. Macierzyństwa uczę się codziennie. To już prawie cztery lata intuicyjnej pracy. Chciałabym, żeby moja córka postrzegała mnie jako osobę stabilną emocjonalnie, ale bardzo ciepłą, do której zawsze może się zwrócić. Nie matkę wariatkę, nie koleżankę, tylko przyjaciółkę, która jest autorytetem, ale cały czas pozostaje uśmiechnięta, szczęśliwa i spełniona. Tych warunków jest tak dużo. Mam nadzieję, że uda mi się je spełnić.

Macierzyństwo to moment ważnego debiutu. Po narodzinach dziecka człowiek debiutuje przecież właściwie codziennie – równolegle ze swoim dzieckiem. Czy pamiętasz taki szczególny debiut razem ze swoją córką?

Celebruję z nią każdy dzień i cały czas narzekam, że tego czasu jest zbyt mało. Podobno każdy rodzic tak mówi, więc daję sobie trochę oddechu i myślę, że może jednak nie ma co siebie tak strasznie ganić. Ostatnie miesiące z moją córką były niezwykle ważne, bo zaczęła mówić o bardzo poważnych sprawach z naszego życia. I nie ma takiego jednego, szczególnego momentu, bo dla matki ważny jest każdy pierwszy raz – gdy dziecko się uśmiechnie, gdy zaśnie w spokoju na twoich rękach – to chwile, kiedy czujesz, że dajesz komuś spokój w życiu.

Karwan_1

Czy na scenie także czujesz się debiutantką? Jak byś siebie nazwała – w końcu masz za sobą już kilkanaście lat obecności na rynku muzycznym - ale czy tą debiutantką zostałaś ponownie?

Każdy koncert, każdy występ telewizyjny to jest debiut. Nie jest to sztucznie napędzane, ja faktycznie bardzo przejmuję się każdym występem. Stres sprawia – choć ciągle pracuję nad tym, aby było inaczej - że często nie jestem sympatyczna, a to przekłada się na ludzi, z którymi pracuję. Oni już mnie znają i wiedzą, że to nie jest personalne. Że to oznacza „nie krzyczę na ciebie, tylko obok, nie denerwuję się na ciebie, tylko obok”. Bardzo przeżywam każdy występ i jeśli coś nie idzie, to muszę to z siebie wywalić, bo inaczej głowa mi po prostu eksploduje. Dobrałam sobie takich partnerów, którzy to rozumieją. A jak już wyjdę na scenę, to z kolei otwiera się ta kolorowa czara, która zalewa wszystkich ludzi dobrocią, miłością i akceptacją wszystkiego. Tam jestem sobą w stu procentach.

A czy bycie matką nauczyło cię jak być artystką?

Tak. Powiedziałam kiedyś, że nie wydam pierwszej płyty przed urodzeniem dziecka. Ja nawet nie wiedziałam, czy to dziecko będę kiedykolwiek miała. Czekałam na nie 6 lat. Ale czekałam z różnych powodów. Nawet dlatego, że nie byłam wówczas w związku z żadnym mężczyzną, z którym mogłabym stworzyć rodzinę. Jest jedna myśl, którą powtarzam i którą mam zapisaną w pamiętniku – „Nie byłabym dobrą wokalistką, gdybym nie była matką i nie byłabym dobrą matką, gdybym nie była wokalistką.” Wcześniej w żaden sposób nie byłam gotowa na sukces medialny, muzyczny, zawodowy, nie wspominając o aktorstwie, które się teraz pojawia. Nie udźwignęłabym tego, a w efekcie uderzyłaby mi do głowy woda sodowa. Stałabym się jedną z tych napompowanych lal, które emanują głównie paznokciami, a nie głosem czy osiągnięciami i nie przekazują wartości, na których mi tak bardzo zależało. Dopiero teraz złapałam mózg, serce, ciało, ducha, ulepiłam to w całość i jestem.

I może to cię właśnie przed czymś uchroni? Może to oznacza, że lepiej poradzisz sobie z sukcesami i ewentualnymi porażkami?

Tak. Oliwia jest dla mnie równoważnią. Pomimo tego, że ma charakter i temperament bardzo podobne do moich - czyli możesz się tylko domyślać, że cały nasz dom huczy. Jeśli podejmuję jakieś decyzje, to właśnie ze względu na nią muszę przewidywać tego konsekwencje. Muszę uważnie patrzeć nawet na to, czy nie mam za krótkich spodenek. Na to, gdzie gram koncert. Kocham swoich fanów i będę do nich jeździć do końca swoich dni, ale jeżeli wiązałoby się to z kilkudniowym opuszczaniem domu, to w pierwszej kwestii muszę ustalić wszystkie warunki dotyczące opieki nad moją córką. Jeżeli tego nie dopnę, to nie pojadę.

Czy Oliwia ma talent wokalny?


Ma i nawet nie muszę jej uczyć. To jest niezwykłe, że ona po prostu staje, śpiewa i jest. Ostatnio dorwała moją wypożyczoną gitarę i zaczęła na niej grać. Zaczynam więc rozumieć moją mamę, która się rozklejała, ilekroć widziała, że ja cokolwiek robię. Czy to tańczyłam,
czy podejmowałam pierwsze aktorskie próby, czy próbowałam swoich sił w akrobatyce. Moją mamę rozklejała każda sytuacja, w której pokazywałam, że sobie radzę. I to jest super, bo ja dopiero teraz, mając 31 lat, zaczynam siebie doceniać. Tę dużą Anię, ale też tę małą Anię, która cały czas jest we mnie.

Jaka jest ta mała Ania?

Jest buntownikiem. Jest pełna radości. Skacze na trampolinie, huśta się na huśtawce. Czasem krzyczy. Woła do świata, kiedy czuje się bezsilna. Nauczyła się mówić o tym, że jeżeli nie daje rady, to nie daje rady, nie próbuje być siłaczką i mówi o słabościach. Po trzydziestu latach życia okazuje się, że nie trzeba wszystkiemu dawać rady, że można się pomylić i że to jest fajne, bo nagle się okazuje, że człowiek jest nareszcie człowiekiem. I tego mnie nauczyła mała Ania.

A ta duża Ania stoi nad małą z parasolem?

Jestem w trakcie pracy nad tą relacją, choć może to bardzo dziwnie zabrzmieć, że można mieć relację z samym sobą. Ale podobno po trzydziestym roku życia już absolutnie nie ma szans na schizofrenię. (śmiech) To relacja, nad którą trzeba pracować każdego dnia. Wszystko po to, żeby w chwili, kiedy ty jesteś sama ze sobą szczęśliwa dać szczęście drugiej osobie. Niezależnie, czy jest to twój partner życiowy, twoje dziecko, czy osoba, z którą bezpośrednio pracujesz. To jest trudne. Naprawdę trudne.

Nie będzie przesadą, gdy powiem, że w „Voice of Poland” byłaś pewniakiem – pewniakiem dla produkcji, bo obycie ze sceną to kwestia doświadczenia, a ty takowe masz.

Doświadczenie mam, ale nigdy nie czułam się pewniakiem. Ale faktem jest, że czułam ogromną sympatię ze strony produkcji. To był taki prawdziwy, amerykański sen. Nie dam złego słowa powiedzieć na temat programu i tego, jaka tam panuje atmosfera, jak się pracuje z ekipami, czy to związanymi z dźwiękiem, z obrazem, czy montażem. Kilkanaście do kilkudziesięciu godzin pracy dziennie nad tym programem powoduje wręcz rozchwianie ze zmęczenia. Ale jeśli chce się zrobić karierę, należy być na to przygotowanym. To są godziny czekania na planie i bardzo mi przykro, gdy słyszę od ludzi, że ktokolwiek w takich programach jest wyzyskiwany. To nie jest tak, że tylko ja jestem zmęczona. Wszyscy, którzy trzymają mikrofony, obsługują kamery, oni wszyscy stoją 12 godzin, nie czują nóg. Poznałam więc stan, w którym po tylu godzinach pracy ciężko jest wyjść na scenę i zaśpiewać. W jednym z odcinków śpiewałam „Jestem kamieniem”, czekałam na tę możliwość 20 lat i nie zaśpiewałam tego tak, jak chciałam. Załamał mi się głos ze wzruszenia, ale też ze zmęczenia, bo czułam, że ten głos tracę. Postanowiłam przekuć kryzys w sukces na tyle, na ile tylko dało się to zrobić. Każdy z odcinków „Voice of Poland” był dla mnie szansą na to, żeby ludzie zobaczyli, kim jestem. Nie byłam żadnym pewniakiem. Ja po prostu dostałam szansę przedstawić się nie tylko od strony wokalnej, ja nareszcie mogłam pokazać, jakim jestem człowiekiem, jakie ja mam wartości, co mam do zaproponowania i o czym chcę opowiadać, pisząc swoje piosenki i wykonując je na scenie.

Czy podobał ci się ten obrazek w telewizji?

Pytasz, czy podobało mi się, jak zostałam pokazana w programie? Tak. Jestem wdzięczna za każdy wywiad, za możliwość opowiadania o energii, o duchowości, o macierzyństwie. Jestem wdzięczna za szacunek do mojej osoby i zadbanie o warstwę muzyczną, także pod względem doboru piosenek. Mam nadzieję, że jest to już jasne, że piosenki dostajemy, nikt ich sobie samodzielnie nie wybiera. Jest za to odpowiedzialny sztab ludzi, którzy wiedzą, co robią.

Dostałeś jednak wymarzoną piosenkę, więc jakiś wpływ musiałaś mieć.

Nie. Ona została przeze mnie wymarzona w chwili jej śpiewania. Bardzo się ucieszyłam, że ją dostałam, bo na początku wybrano dla mnie inny utwór. Gdybym zareagowała histerycznie na piosenkę, którą każe mi się śpiewać, to co by mi pozostało? Zbuntować się i zrobić to źle. To była lekcja numer jeden. Jeśli nie potrafisz nawet z byle jakiej piosenki czegoś wykrzesać, to nie jest to dla ciebie ani program, ani miejsce. Po prostu idź do domu pisać swoje piosenki, bo to jest show, w którym śpiewa się covery. To samo wydarzyło się podczas „przesłuchań w ciemno”. Wykonując „Purple Rain” poczułam oczyszczenie. Przez ostatnich 15 lat bardzo bałam się tego utworu, mimo że wiele osób namawiało mnie do tego, żeby się tej piosenki nauczyć. A ja zawsze mówiłam: „Absolutnie nie. Wszystkie piosenki świata, tylko nie <>”. Moje wykonanie ma dziś 2,5 miliona odsłon w Internecie.

Prince jednak czuwał.

Czuwa cały czas.

Czy to był kulminacyjny moment w twojej karierze? Program albo koniec ze śpiewaniem?

Koniec ze śpiewaniem - nie, ale ja i moja menedżerka miałyśmy dwie drogi. Jedna to skupić się na rzemieślniczej pracy, wykonywaniu koncertów na zlecenie, które tworzą oprawę muzyczną jakiegoś wydarzenia, ale nie oznaczają tworzenia sztuki na żywo. Dałyśmy sobie szansę obie na rozwój tej sytuacji. I dzięki temu, że wróciłam do pierwotnego założenia, to się udało pójść tą drugą drogą. A pierwotnym założeniem jest to, żebyś sobie przypomniała, po co w ogóle śpiewasz. Bo jeśli kilkanaście lat śpiewasz z największymi gwiazdami w tym kraju, nagrałaś wszystkie najważniejsze piosenki do najważniejszych filmów, zaśpiewałaś we wszystkich reklamach, we wszystkich czołówkach seriali... Nie było takiego pola w moim życiu zawodowym, na którym bym nie stanęła, bo spełniałam w ten sposób swoje marzenia i jednocześnie zarabiałam na tym pieniądze. W każdej z tych pozycji czułam się sobą i czułam, że jestem na odpowiednim miejscu. Ciężko jest oczywiście występować w chórkach, kiedy wyrywa cię do przodu, ale uczy to pokory. Obserwujesz gwiazdę, która spełnia swoje marzenia i uczysz się wycofania swojego ego, bo masz sytuację życiową taką, że musisz zarabiać pieniądze. Nie możesz tego odstawić i pójść do domu pisać piosenki z gitarą i czekać na natchnienie. W którymś z wywiadów powiedziałam, że w pewnym momencie stałam się jak Polopiryna, czyli tabletka na wszystko. A jak jesteś na wszystko, to jesteś do niczego. Wtedy pojawił się największy dół, jakiego doznałam w moim życiu zawodowym. Bardzo długo siedziałam wtedy na swoim balkonie, z papierosem w ręku i po prostu sobie wspominałam to, co zrobiłam, z taką zerową nadzieją na coś więcej. Kiedy pojawił się pomysł pójścia do „Voice of Poland”, powiedziałam, że pójdę do tego programu tylko, jeśli poczuję, po co ja tam idę. Nie dla kariery i pierwszych stron gazet... Ja sobie musiałam przypomnieć o tym, że chcę śpiewać i dlaczego śpiewać zaczęłam. I podczas śpiewania „Purple Rain” przypomniałam sobie, jaką mam radochę ze śpiewania, więc te męczące, jak to wszyscy nazywali, warunki pracy w ogóle nie były męczące, rozumiesz? Nie miałam nigdy żadnych pretensji, żadnego focha, bo zeszła ze mnie frustracja. Nie byłam przecież w tym programie jakoś specjalnie jako artystka spełniona, bo to były cudze piosenki.

Przez co w „Voice of Poland” nie mogłaś się już zbyt wiele nauczyć.

Nieprawda. Bo myślisz sobie - ona się bardziej śpiewać nie nauczy. A to jest nieprawda. Pierwszy raz w życiu śpiewałam pod okiem trenerki, Kasi Rościńskiej, która na 30 sekund przed wejściem na antenę potrafiła jednym zdaniem otworzyć mój głos tak bardzo, że sama siebie zaskakiwałam. Jeżeli nie mogę się niczego więcej nauczyć, czy to jest program, czy sesja, czy wywiad, to ja mogę kończyć karierę, bo to nie ma sensu. Uczymy się każdego dnia, jeśli tylko wypracujemy w sobie postawę ucznia. Wtedy ta pokora momentalnie wylewa się na całe ciało i umysł.


Dlaczego na nauczycielkę wybrałaś właśnie Natalię Kukulską?

W czasie „przesłuchań w ciemno”, po zaśpiewaniu „Purple Rain”, Natalia skierowała do mnie dużo właściwych słów. Tak jak Andrzej Piaseczny, ale to Natalia do mnie wyszła i zaśpiewała ze mną piosenkę. Nie wybrałam jej jeszcze w tamtym momencie. O tym zdecydowałam wtedy, gdy mnie przytuliła. Nie masz pojęcia, jak szybko biło jej serce.

Karwan_3

Tam były nawet dwa serca.

Tam były dwa serca, jej córunia szalała wtedy w brzuchu. Natalia jest pięknym człowiekiem. Była w programie po raz pierwszy jako juror, jej po prostu na tym bardzo zależało. Wiem, że innym jurorom również zależy na tym, żeby prowadzić swoich uczestników, ale to bicie serc mnie przekonało.

Czy Natalia została „Matką Karwan”?


„Matką Kukulską”, już po raz trzeci. Jest w moim kręgu.

Co cenisz w innych wokalistkach? Co chciałabyś od nich wziąć dla siebie?

Pełen profesjonalizm na scenie i zero prywaty. Jeśli wiesz o tym, jak energia funkcjonuje w kosmosie, to funkcjonuje w taki sposób, że to, co dajesz, też dostajesz. I jeśli dajesz za dużo, to zostaje to rozgrabione. Jeśli rozmieniasz siebie na drobne i próbujesz na siłę komuś pomóc, to z ciebie ta energia po prostu uchodzi. Od doświadczonych wokalistek, które podziwiam, chcę się uczyć wstrzemięźliwości, profesjonalizmu, pracy z ciałem na scenie, pamiętania o tym, że nie krzyk na scenie powoduje emocje, nie płacz powoduje wzruszenie. Z polskich wokalistek to Kayah na zawsze będzie moją boginią - jest moim autorytetem pod względem wokalnym, kompozytorskim, tekściarskim.

Najlepszym słowem, które teraz cię opisuje, jest słowo „świadomość”.

Myślałam, że powiesz światło, ale to moje słowo. Twoim niech będzie „świadomość” – bardzo ładne.

Czego świadomość masz największą na obecnym etapie?

Mam świadomość upływającego czasu i tego, że nic nie trwa wiecznie. Codziennie dostaję wiadomości od ludzi, którzy po naszych koncertach zaczynają się na nowo modlić, medytować, zaczynają wychodzić ze stanów emocjonalnych, które gnębiły ich kilka lat. To mi uświadamia, jak wielką siłą jest przekazywanie ludziom tego, co czujesz. I moją ogromną świadomością jest to, że czuwa nad nami Bóg, który jest jeden. Żaden podział religijny, żaden podział polityczny nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Światło od Boga jest najważniejsze. Modlitwa powoduje, że jesteś w stanie pokonać wszystko. Ale na pewno nie pokonasz przy tym siebie, w ten negatywny sposób. Możesz każdego dnia dostać to, czego chcesz. Tylko to trzeba zauważyć. Chociaż raz uwierzyć, a ta wiara zostaje na zawsze.

W prezencie od Natalii Kukulskiej otrzymałaś metaforyczny kopniak na szczęście w postaci singla, pod tytułem - nomen omen - „W prezencie”. Czy ten utwór znajdzie się na płycie?

Tak, znajdzie się na płycie, bo to utwór, którym rozpoczynamy muzyczną karierę Ani Karwan. Ten utwór będzie zapisany w mojej głowie jako debiut. Jestem bardzo dumna z tego, że ktoś poświęcił mi tyle uwagi i zaangażowania. Natalia ze swoim mężem zrobili to w najgorętszym okresie swojego życia, kiedy za chwilę miało przyjść na świat ich dziecko, a oni pracowali, nagrywali i pisali.

Czy matka Karwan siedzi już w studiu i nagrywa solowy album?

Siedzę w domu, piszę piosenki. Piszę je albo sama, albo z jednym z muzyków z mojego zespołu. Rozmawiamy z producentami, którzy mieliby swoim sznytem okrasić brzmienie tej płyty. Coraz częściej przekonuję się, że muszę bardzo dużo zrobić sama. Muszę wiedzieć wszystko, co i jak jest robione, ale jednocześnie cały czas staram się docenić wszystkich, którzy są koło mnie i przekazać za to ogromną wdzięczność. A mam takich ludzi wokół siebie, że bardzo ci życzę, żebyś miała dookoła takich samych. Bo nie wszyscy zawsze dostają za to pieniądze. Po prostu ludzie chcą to dla ciebie zrobić i to jest piękne. Ale uwierz w to, że robisz coś dobrze, bo skoro znajdują się ludzie, którzy mają radość z tego, że z tobą pracują, no to chyba coś w tym musi być. I za to jestem wdzięczna.

Teraz na tobie spoczywa odpowiedzialność – już za swoje, nie czyjeś, nazwisko. Może ta świadomość odpowiedzialności odciągała cię od solowej kariery?

Odpowiedzialność jest ogromna. Właśnie sobie zdałam sprawę z tego, że mam na sobie odpowiedzialność za ludzi, z którymi pracuję, ale też tych, którzy tego słuchają. Teraz wiem, że nie wstydzę się też swoich tekstów piosenek, bo jak piszesz, boisz się, że to jest infantylne, że za proste. „On odszedł, a ty znowu płaczesz”, wiesz.


Każda z nas napisała kiedyś taki wiersz.

Ale ja codziennie piszę takie rzeczy. (śmiech) Jestem jak Carrie Bradshaw. Cały czas piszę o miłości.

Karwan – matka, Karwan – wokalistka, Karwan – odrodzona niczym feniks, Karwan – objawienie. O czymś zapomniałam?

Wow! To ładne. Myślę, że wymieniłaś wszystko. Karwan matka, wokalistka, kobieta. Jestem w trakcie pisania książki właśnie o tych trzech moich życiowych rolach.

Karwan_4

Jest jeszcze Karwan aktorka i to nie życzenie, a fakt.

Tak jak do tej pory nie potrafiłam za bardzo powiedzieć, że będę kiedyś artystką, tak powiedzenie, że jestem aktorką, to dużo za dużo. (śmiech) Dostałam rolę w serialu i jest to powrót do moich dziecięcych marzeń, ponieważ jako nastolatka bardzo mocno angażowałam się w teatralne sztuki. Marzyłam o tym wiele lat i nawet wybrałam liceum ze względu na klasę artystyczną. Zabrakło mi w tym determinacji, więc przez przypadek zaczęłam śpiewać. Aktorstwo powróciło jak bumerang. Od zawsze nałogowo oglądam „Przyjaciół”, a moją ukochaną postacią jest Rachel, grana przez Jennifer Aniston. A ja po drugim dniu zdjęciowym usłyszałam, że mogę pretendować na polską Jennifer Aniston. (śmiech) To określenie, o którym można marzyć całe życie. Postać, którą gram, czyli Ula, miała być taką prostą, uśmiechniętą, bardzo duchową, ale jednak skromną dziewczyną, a ja stwierdziłam – wzorując się na Rachel, bo ona taka była – że przebojowość jest najważniejsza. Przecież jeśli chcesz zrobić karierę, to musisz być przebojowa. Oczywiście skromnie, oczywiście z pokorą i w moralnym porządku. Ula twardo stąpa po ziemi, zarabia pieniądze. Ja miałam identyczną sytuację - gdy miałam 17 lat, byłam kelnerką w Cafe Kulturalna w Pałacu Kultury, a wieczorami grywałam.

Czyli Matka Karwan jest też wszechstronna.

Mam nadzieję.

Dokończmy sprawy formalne – kiedy umówimy się na rozmowę, podczas której będę już trzymać w dłoni twoją płytę?

Umówmy się na 2017 rok, a dokładny miesiąc dogadamy przez telefon.

 

Ania Karwan – finalistka VII edycji „Voice of Poland”. Wkrótce ukaże się jej pierwszy singiel „W prezencie”, który będzie promowany przez wokalistkę podczas planowanej trasy koncertowej. Wiosną widzowie zobaczą ją w nowej roli w serialu „Barwy szczęścia” na antenie TVP.

Zdjęcia: Tomasz Sagan

Dziękujemy Weles Bar (Warszawa, ul. Nowogrodzka 11) za udostępnienie wnętrza na potrzeby sesji zdjęciowej.

Galeria zdjęć


REKLAMA