REKLAMA
Anywhere logo

Kamerun – jak mądrze pomagać Afryce?

2017-02-13
...
Afryka większości ludzi kojarzy się z pustynią lub safari, egzotycznymi zwierzętami, żyrafą, słoniem czy lwem. Jest spełnieniem marzeń o obcowaniu z naturą, kulturą tubylców, muzyką. Czarny ląd kusi podróżników. Mówi się, że albo się go kocha, albo nienawidzi.

Są jednak takie kraje w Afryce, dla których nie znajdziesz przewodnika na półkach księgarni. I nie dlatego, że został wykupiony, ale dlatego, że nie da się napisać przewodnika o kraju, w którym nie ma nic godnego uwagi turystów. Takim krajem jest Kamerun, państwo w Afryce Środkowej. Największe dobro naturalne, czyli drzewa hebanowe są nagminnie wycinane, gdyż zachód upodobał sobie meble z tego surowca. Ciężarówki o długości kilkudziesięciu metrów wiozą dobro naturalne nieoświetlonymi drogami, których prawie nie ma. Zwierzęta w Kamerunie również wyginęły. Pozostały niewielkie objęte ochroną rezerwaty na północy kraju. Miasta wyglądają najlepiej z daleka. Ulice stolicy Juande są zakorkowane przez trzydziestoletnie Toyoty. Spaliny przekikają się z gorącym afrykańskim powietrzem i kurzem. Mieszanka wybuchowa. Toczące się na ulicy życie miasta, handel, spotkania, to zapadający w pamięć obraz ludzi noszących praktycznie wszystko na własnej głowie. We wspomnieniach pozostaje też brud pobocza ulicy, domy w piaskowym kolorze i stosy beczek na wodę. Na prowincjach – plantacje bananów, mango, ananasów, orzeszków, do tego przydrożne stragany sprzedawców niezdrowego oleju palmowego i wszelkich dóbr urodzajnej ziemi. Obrazu dopełniają suszące się na krzakach pranie i przydomowe nagrobki zmarłych członków rodziny. 

kamerun2

Ale jest coś, dlaczego warto pojechać do Kamerunu i nie jako turysta. Jest to pragnienie czynienia dobra, pomagania innym, przeżywania życia intensywniej. Odpowiedzią na to pragnienie jest wolontariat, zaangażowanie się w akcje humanitarne. Ale nie takie, które są po prostu czyimś biznesem, tylko takie, które są konkretnie nastawione na namacalną pomoc. Świat zmaga się z drugim obliczem akcji humanitarnych w Afryce. Na szczęście jest coraz więcej akcji MONGO. Słowo pochodzi od My Own NGO (moja własna organizacja pozarządowa). Dzięki temu spełniło się moje wielkie marzenie z dzieciństwa: pojechałam do Afryki, do tej prawdziwej, może nie budować studnie, ale pomóc zwykłemu człowiekowi.

Grupa składająca się z lekarzy chirurgów, anestezjologów, dermatologa i okulisty wyruszyła do Kamerunu, by nieść pomoc najbardziej potrzebującym. Nieść pomoc celowaną, nie pieniężną, a taką, której potrzebuje praktycznie każdy Kameruńczyk. Kameruńczycy są biedni, ale nawet ci, których stać na lekarza często po prostu nie mają do niego dostępu. Kolorowe od afrykańskich kobiecych strojów poczekalnie wypełnione są ludźmi z nadzieją na lepsze życie, ludzi, którzy potrafili iść dwa dni z oddalonych wiosek, żeby dostać szansę na wyleczenie. Ich cierpliwość, wytrwałość, pokora, nadzieja była godna podziwu. Taki człowiek często tylko raz w życiu ma szansę na to, żeby poddać się operacji. Żeby zrozumieć skalę problemu wystarczy dodać, że na obszar trzech polskich województw przypada jeden szpital, w którym pracuje jeden chirurg. Coś, co dla nas jest tak oczywiste i dostępne, mimo wszystkich problemów, z którymi zmaga się nasz system opieki zdrowotnej, jest marzeniem tej części Afryki. Podczas naszej misji wielu Kameruńczyków pierwszy raz zetknęło się z lekarzem. Pomimo wszystkich trudów pracy w afrykańskim szpitalu, takich jak brak wody, prądu i klimatyzacji, uśmiech pacjenta jest najcenniejszą nagrodą za trud włożony w pracę. 

kamerun_3

W Kamerunie dużym problemem są wady wzroku i małe szanse na okulary. Są jednak programy organizowane przez polskie fundacje, jak „Okulary dla Afryki”. W jej ramach każdy Polak mógł oddać swoje stare oprawki, które następnie lądowały w jednej z 33 waliz, które zabraliśmy ze sobą do na misję. Te oprawki dalej służą pacjentom. Kto widział tańczącą i śpiewającą kobietę opuszczającą gabinet okulisty, z okularami na nosie? Tam dopiero widać na własne oczy, na czym polega pomoc drugiemu człowiekowi. Widać, jak proste dla nas rozwiązania podnoszą komfort jego życia. Dzięki ludziom dobrej woli, ta kobieta mogła zobaczyć na własne oczy wnuka. Bezcenne. A chłopak, który nie miał szansy poznać dziewczyny, bo tak wstydził się swojego guza na szyi? Uczyniliśmy go zdrowym i atrakcyjnym na nowo. W ciągu tygodnia wykonaliśmy prawie 100 operacji, ponad 900 konsultacji. Liczby mówią za siebie. To właśnie jest celowana pomoc.

Zaskakujące jest, że w czasach tak wielkiej konsumpcji, nastawienia na siebie, koncentracji na swoich potrzebach i biznesach wciąż istnieje cała rzesza firm i ludzi chcących pomagać innym. To bardzo budujące. Dzięki nim nasza akcja dotarła również do najbiedniejszych, górskich obszarów, do małej, wiejskiej szkoły w Bahan. I znowu – nie wielki przemysł, a konkretna pomoc uczniowi, trzy walizki pełne przyborów szkolnych. Dla nas takie nic, a dla nich tak wiele. Warto walczyć z komarami, brudem, brakiem wody i innymi trudami podróży do Afryki Środkowej dla czystej radości w oczach tych dzieci.

Udział w tej akcji sprawił, że inaczej patrzę teraz na działalność humanitarną, społeczną, charytatywną. Zrozumiałam, że pomagać trzeba, ale mądrze, tak by faktycznie beneficjentami byli ludzie, którzy tej pomocy potrzebują. I wielka dumna mnie rozpiera, że w naszym kraju również umiemy pomagać sobie nawzajem mądrze, choćby takimi akcjami jak Szlachetna Paczka czy WOŚP. 

A Afryka, ze wszystkimi jej problemami, jest mimo wszystko zachwycająca. I kto raz poczuł jej słodko-gorzki smak, na pewno będzie do niej wracał.

 

tekst i zdjęcia: Mirka Misiewicz

Galeria zdjęć


REKLAMA