REKLAMA
Anywhere logo

Spotkania z obcymi to spotkania ze sobą

2017-02-16
...

Widziałem kiedyś film, w którym do głównego bohatera odzywa się znajoma sprzed lat. Kobieta pyta go, czy pojedzie z nią gdzieś daleko. Podobnie było ze mną. Z Zofią nie widziałem się dobre półtora roku. Co z tego? Miesiąc przed Wigilią wychodziliśmy z lotniska w Lizbonie, czując jak inaczej pachnie powietrze, zdejmując kurtki przy piętnastu stopniach, patrząc na palmy rosnące przed lotniskiem. 

Gdy myślę o relacjach z podróży, w głowie mam nudnawe biadolenie o najlepszym jedzeniu w mieście, flagowych zabytkach, galeriach, muzeach czy lokalnych tradycjach, bez wiedzy o których wstyd opuszczać miasto. Nie wiem, co mnie do tego przyzwyczaiło – blogosfera, wycieczki szkolne, reklamy? Poznawanie świata według klucza paradoksalnie zamyka wiele drzwi. Dlatego nie opowiem wam o tym co zjadłem, w jakim muzeum umierałem z nudów (było takie), ani gdzie dorobek kulturowy Portugalii osiąga wyżyny. Lizbona przez niecały tydzień pozwoliła mi doznać wrażeń znacznie więcej niż smaków i historycznej wiedzy.

lizbona3

Na wstępie zawsze towarzyszy mi to wrażenie, które nawet przy najbardziej nieudanych wycieczkach jest warte poświęconego czasu. To myśl, że oto wszystko wokół jest inne. Podróż to wejście w każde ze zdjęć, które dotąd tylko oglądałeś. To kompletnie inna architektura, język słyszany na ulicy, witryny sklepowe, rejestracje aut, uroda kobiet. Gdy wspinaliśmy się po setkach schodów w wąskich uliczkach dzielnicy Bairro Alto, zadyszka i zachwyt kipiały w piersiach. Zaznawanie nowego jest odurzające. Wtedy nie było inaczej. Już od pierwszych kroków pozwoliliśmy zniknąć wszystkiemu, co wiemy, aby zrobić miejsce na to, co nieznane.

Moglibyśmy stanąć gdziekolwiek, aby po prostu obserwować jak upływa czas. To mogło nam zupełnie wystarczyć. Dlatego już pierwszego wieczoru szukaliśmy swoich miejsc, nie wiedząc nawet, jakie miałyby być.

W labiryncie uliczek dogonił nas obfity deszcz. Czekaliśmy na poprawę pogody na parterze piętrowego parkingu. „Zofia... czy myślisz, że można wejść na dach?” – zapytałem. Moja towarzyszka nie miała pojęcia, ale była gotowa to sprawdzić. Gdy deszcz spłukiwał ślady kroków z drobno brukowanych ulic, my człapaliśmy, piętro za piętrem, ustępując przejeżdżającym autom. Imponujący widok na most Vasco da Gamy był pierwszą, ale nie ostatnią nagrodą za poszukiwania dachu. Gdy skończyliśmy studiować panoramę miasta, na tym samym dachu znaleźliśmy otwarty bar. Uliczki na dole błyszczały od spływającej wody, a my tańczyliśmy do muzyki z winyli z tuzinem miejscowych. Na miejsce wytańczonej radości mogliśmy zbierać nowe wrażenia. Tych w kolejce ustawiło się mnóstwo.

Bynajmniej nie mam na myśli konkretnej sytuacji. Bardziej chodzi mi o smaczki. Okna i balkony, tak nisko i szeroko osadzone, że niejednokrotnie mogliśmy zajrzeć lokatorom do ich domów. Sklepy z pamiątkami obecne co krok, właściwie w każdym była osobna półka na porto. Pranie rozwieszane na sznurkach przed oknami, czasem tak nisko, że mógłbym spokojnie komuś pogubić skarpety. Z jakiegoś powodu Portugalczycy nie mają takich obaw.

Natura miasta pełnego wzniesień, spadów, schodów i wąskich chodników wymusza na jego bywalcach określony rytm funkcjonowania. Miejscowi sterczą na każdym rogu, sprawiając wrażenie jakby na kogoś czekali. W uliczkach Bairro Alto witają się serdecznym wołaniem z trzydziestu metrów, prowadzą rozmowę nie zmieniając wzajemnej odległości. Chyba też bym tak potrafił, gdybym wiedział, że w każdej chwili mogę stanąć nad oceanem i pogapić się na wodę. Nie musiałbym nawet wiedzieć, dlaczego to sprawia, że czuję się lepiej.

lizbona2

Woda koi, lecz także przyprawia o głód. Na knajpy trafialiśmy według dziwnego kryterium. Łypaliśmy na wnętrza i ludzi. Jeśli pierwsze i drugie nam się podobało – zajmowaliśmy miejsca. Jeśli jednak przy barze stali sami panowie o pustych oczach, a kołysząca się jarzeniowa lampa mrugała złowieszczo, odpuszczaliśmy ucztowanie. Tak też wytypowaliśmy nasze dwa ulubione miejsca z jedzeniem i piciem, gdzie spędziliśmy większość przerw na obiady i porto. Bar O Trevo przy Praca De Camoes w dzielnicy Chiado wystrojem przypominał krzyżówkę szpitala i baru mlecznego. Z jakiegoś powodu przyciągał tłumy. Wpadnijcie tam po surowy folklor, a wyjdziecie z wypiekami na twarzy. Drugim faworytem okazała się klubokawiarnia Tasca do Mastai przy Ruada Rosa. To tam za trzy euro dostałem od wydziaranej rówieśniczki mojej mamy Negroni w szklance wielkości wiadra. Kupiłem też włoski komiks i podziwiałem, jak ludzie zajmują krawężnik przed wejściem, nie mogąc usiąść w środku. Znad półlitrowego drinka podejrzanie łatwo można wczuć się w miejscowych.

Czas w Lizbonie był materiałem wykorzystanym w pełni. Niemniej parę odwiedzonych przez nas miejsc było zamkniętych o tych samych porach w różne dni. Zrozumienie względnego poczucia czasu Portugalczyków to lekcja, którą wciąż muszę przyjąć. To również kolejny powód, aby tam wrócić.

Grafitti i street art w Lizbonie pojawiały się w najmniej oczekiwanych momentach. To tylko pomagało im zaskakiwać. Parokrotnie obiecywałem sobie, że zrobię zdjęcia paru pracom mijając je w drodze powrotnej. Właściwie żadnej z nich nie minąłem ponownie, gubiąc się w uliczkach albo obierając sobie nowe cele włóczęgi. Gdybyśmy mogli narysować zmiany wysokości naszych wypraw, efekt wyglądałby jak EKG młodego Wertera.

Przemierzanie Lizbony w jej niższych partiach jest przyjemnością. Podczas gdy w Polsce malują wieżowce na budzące litość pastelowe kolory, architektura w stolicy Portugalii mieni się wdzięcznymi barwami, nie przekraczając kilku pięter. Ściany budynków zdobione są kaflami. Nie opowiem wam, skąd upodobanie Portugalczyków do kafli, ale zapewnię – są wszędzie. Jeśli jakimś cudem kamienica z drewnianymi okiennicami nie została upstrzona we wzorzyste kwadraty, to ma choć jeden parapet sąsiadujący z pikselową estetyką. To sprawia, że miasto jest pełne szczegółów. Gdy spoglądasz na nie z dowolnego wzgórza, masz wrażenie, że morze czerwonych dachówek właśnie przed tobą zastygło. Gdy schodzisz do poziomu ulic, docierasz do głębin pełnych wspomnianych kafli, barw, faktur, kolorowych drzwi i schnącego prania. Nie przeszkadza to mieszkańcom zmieścić tam kina, teatrów albo przestrzennych knajp.

lizbona

Wizyta w tym magicznym mieście musiała mieć kilku bohaterów chwil. Pierwszoplanowym bohaterem wielu z nich był Fernando Pessoa. Zmarły już pisarz spacerował z nami, ilekroć w plecak braliśmy „Księgę niepokoju” i czytaliśmy ją sobie na wyrywki. Obserwował nas z pomników, pamiątek, obrazów czy antykwariatów. Te ostatnie były dobrym przykładem piękna, które wprawia w zakłopotanie. Półki były pełne książek, po które ręka sięgała sama. Niemniej, wszystkie były po portugalsku.

Żywi bohaterowie? Proszę bardzo. Była na przykład dziewczyna, która pracowała w sklepie z płytami winylowymi. Gdy we wtorek, chwilę po piątej zajrzałem tam, aby ubrudzić palce w kurzu papierowych okładek, właśnie go zamykała. „Przepraszam cię, ale muszę lecieć do mojej drugiej pracy. Przyjdź pojutrze, między 15 a 19” – rzuciła w moją stronę nieprzejęta nowym gościem. Inną postacią był pracownik kawiarni, do której trafiliśmy ostatniego dnia. Mijaliśmy ją codziennie, ale dopiero w czwartek była otwarta. Lizbońskie poczucie czasu. Swoje pierwsze „nieprzeparzone” espresso dostałem właśnie tam. Podał mi je młody chłopak z Ukrainy. Opowiadał, że w Lizbonie jest od pół roku i póki co nie planuje wracać do siebie. Słuchałem go, myśląc o dostrzeżonych przedświątecznych spotkaniach we wspomnianym O Trevo.

Po dwóch popołudniach dezorientacji w dzielnicy handlowej byliśmy więcej niż chętni, aby pojechać na Alfamę. To tam dwa razy w tygodniu funkcjonuje pchli targ, znany też jako targ złodziei. Dla zainteresowanych: można dojechać tam tramwajem nr 28 ze wspomnianego Chiado. Jeśli nie przyjeżdża zbyt długo, wywołajcie go papierosem. Jeśli się zbliża – zawołajcie go autostopowym kciukiem. Na dym z ust nie reaguje.

Powiem banał – na pchlim targu jest wszystko. A pchle wszystko na takich targach jest jak wszechświat. To znaczy, jego pojemność jest względna i raczej rośnie. Od rękodzieła, biżuterii, starych fotografii, pocztówek, zabawek, przez manekiny, używane świerszczyki i wibratory (!), stare Nokie, aż po zepsutą broń palną. Były też żarówki wypełnione wodą, przez które świat widziało się oczyma złotej rybki po kwasie. Części rzeczy nawet nie śmiecie tam tknąć, w innych zaszperacie się do nieprzytomności. Niezależnie od upodobań, zabierzcie ze sobą nawilżane chusteczki. Przedmioty z historią są super, ale ludzie z chorobami już mniej. 

Nie zabrałem z Lizbony przygody swojego życia. Poza włoskim komiksem przywiozłem płytę Roya Ayersa, to wszystko. Cała reszta to niuanse, detale, egzotyczne przyprawy z chwil. Małe powodzie endorfin. Bo słońce, bo ocean. Bo uliczki, bo nowe. Nieznane. Oprócz tego największą zdobyczą (poza wytrzymaniem z Zofią sześciu dni bez przerwy) było uczucie wszechobecnej inności. Na blisko tydzień zmianie uległo absolutnie wszystko. Zawiodło mnie to do punktu, gdzie to, co wiem o swoim świecie, przestało mieć znaczenie. Zniknęły przyzwyczajenia i przekonania. Z tak rozbrojonym sobą mogłem zrobić tylko jedno. Otworzyć się.

 

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA