REKLAMA
Anywhere logo

Odkrywać!

2017-02-17
...

Od 74 dni żegluję w rejsie dookoła świata. W wirtualnym rejsie. Średnio trzy razy dziennie otwieram na moim smartfonie aplikację Virtual Regatta, by sprawdzić moją pozycję, wybrać optymalny kurs, zmienić i ustawić żagle, sprawdzić gdzie są przeciwnicy. A jest ich sporo. W sumie ponad 460 tysięcy osób z całego świata. 

Podchodzę do tej zabawy poważnie. Traktuję to jako cenne doświadczenie, ponieważ coraz poważniej myślę o żeglarstwie morskim. Sprawdzam zachowania prądów i wiatrów na morzach i oceanach – na sucho, nie mam niestety okazji poczuć na własnej skórze trudu i wyzwań, jakim trzeba stawić żeglując w rzeczywistości dookoła świata. Słyszałem wielokrotnie opowieści kolegów, którzy tego doświadczyli. Sztormy, brak snu, góry lodowe, upały równikowe, porwane żagle... Długo by opowiadać.

Jedna historia szczególnie zapadła mi w pamięci. Roy Heiner – Holender, który w Atlancie w 1996 roku zdobył brązowy medal, a 10 lat później był skipperem jachtu w etapowych regatach dookoła świata – powiedział mi kiedyś, że by poczuć na własnej skórze warunki, jakie panują na jachcie po 50 dniach żeglugi w okolicach równika, należy zamknąć się w małej toalecie i włączyć w niej farelkę. Toaleta powinna mieć zepsutą spłuczkę. Jedzenie, telefon, książka, nawet muzyka – dozwolone. Po dwóch dniach można poczuć na własnej skórze warunki, jakie panują na jachcie. Nieludzkie, ciężkie warunki. A pamiętajmy, że do tego dochodzi jeszcze rywalizacja. Wyścigi dookoła świata to przecież nie tylko próby zwycięstwa w regatach, ale też próby bicia rekordów.

Jest to zupełnie inny świat w porównaniu do żeglarstwa olimpijskiego. Też trudnego, ale nie tak ekstremalnego. Ciągnie mnie w tym nowym, nieodkrytym kierunku. Kiedyś, mam nadzieję, wrócę z takiego rejsu i opowiem Wam własną historię. 

REKLAMA