REKLAMA
Anywhere logo

Winię Marysię Biesiadną

2017-02-20
...

Mam problem z tym, co polski pop robi z polskim folkiem. Z każdą nową płytą, z każdym nowym wykwitem jakiegoś nieznanego zespołu, który momentalnie robi się super popularny, mam wrażenie, że polski muzyczny mainstream sprzedał jej właśnie kolejny policzek. Zamiast inspirować się nią, wsłuchiwać i wyszukiwać, a następnie przekazywać w lżejszej formie, gros wykonawców wykorzystuje muzykę folkową jako narzędzie sprzedaży. Pokażmy przaśność, pokażmy, jakie to wszystko miałkie, zaśpiewajmy o kwaśnicy, o czerwonych koralach, pokażmy ubijanie masła, zagrajmy proste melodyjki na cztery, byleby na skrzypcach albo akordeonie – sprzeda się. Radia oszaleją, redakcje oszaleją, rodzime festiwale oszaleją, ludzie nie będą mieli wyjścia i też oszaleją.

Kojarzycie te internetowe memy o tym, że animacje Disneya są odpowiedzialne za nasze nierealne wyobrażenia co do naszych drugich połówek? To jest właśnie esencja mojego problemu z tym popowym folkiem. Ktoś mi na początku drogi te oczekiwania zawyżył, ktoś na dzień dobry postawił poprzeczkę tak wysoko, że niewielu było w stanie dosięgnąć. Winię za to wszystko Marylę Rodowicz.

Dla ikony i polskiej estrady ostatnie lata nie były chyba kolorowe. Generalnie nie wiem, co tam sobie robi na co dzień, zapewne występuje tu i tam i oby jak najdłużej. Ale z mediów wiem tylko tyle, że podczas Sylwestra 2013, transmitowanego w jednej ze stacji telewizyjnych, przypomniała o sobie dając się wepchnąć w jakiś plastikowy gorset imitujący nagie ciało, a podczas ostatniej sylwestrowej imprezy wystąpiła w duecie z Zenkiem Martyniukiem z Akcentu. Ale w 1995 roku to Maryla Rodowicz jak nikt inny podała kilkuletniemu mnie zestaw znakomicie zaaranżowanych i zaśpiewanych klasyków polskiej muzyki folkowej. Kasetę z napisem „Marysia Biesiadna” i portretem smutnej Rodowicz w pokaźnym wianku moi rodzice odpalali na starym magnotofonie jamniku. Potem odziedziczyła ją moja siostra, trzymając w swojej szafce gdzieś między kasetami Celine Dion, Roxette i Rynkowskiego. Aż w końcu w 2016 roku przypomniałem sobie o niej ja.

Przypomniałem sobie, jaką znakomitą ekipę muzyków zebrała Maryla Rodowicz na „Marysi Biesiadnej”. Niech wspomnę tylko o Jose Torresie, Marku Radulim, Tadeuszu Leśniaku, Wojciechu Zielińskim, Jacku Wąsowskim, Mariuszu Mielczarku. Przypomniałem sobie jednak nade wszystko o tym, co moje małoletnie serducho na „Marysi Biesiadnej” poruszało. O tym, jak groźnie zaczynał się „Idzie dysc”, po czym wybuchał nagle gitarowym zgiełkiem niczym burza, co przyszła po ciszy. O tym, jak „Głęboka studzienka” zamieniała się w rozpędzony bluesowy hit, do którego nie sposób ustać w miejscu, jak porywająco rozpędzał się „Czerwony pas”, jakie country Maryla i jej ekipa zrobili z „Miała baba koguta”, w końcu o tym, jak pięknie i delikatnie śpiewała sama Rodowicz w „Zachodźże słoneczko”. Znane wszystkim banały nagle stały się wciągające i atrakcyjne. Tak naprawdę „Marysia Biesiadna” to siedemnaście aranżacyjnych i wykonawczych majstersztyków, popis muzycznej wyobraźni, luzu, porozumiewawczych mrugnięć do słuchacza, a jednocześnie szacunku do materiału źródłowego.

Zapragnąłem zatem stać się kolejnym w mojej rodzinie posiadaczem kasety „Marysia Biesiadna”. W rodzinnym domu przeszukałem każdy zakątek, każdą szafkę i szufladę, od piwnicy po strych. I nic. „Marysia Biesiadna” przepadła. Najwyraźniej nie chciało się jej czekać 20 lat na to, żeby ją ktoś docenił. Ciebie, czytelniku, namawiam, żebyś spróbował naprawić mój błąd. Jeśli podejrzewasz, że gdzieś w odmętach szafek i szuflad leży jeszcze jakiś egzemplarz „Marysi Biesiadnej”, wyciągnij go na światło dzienne, zdmuchnij kurz, włącz i zachwyć się tym, jak kiedyś traktowało się folk.

REKLAMA