REKLAMA
Anywhere logo

Nieskończona podróż

2017-02-24
...
W życiu bym się nie spodziewał, że moją listą najlepszych płyt 2016 roku na samym jego końcu zatrzęsie niepozorny raper w moim wieku, podczas kiedy w kategorii „hip-hop” rządzą na niej zazwyczaj dobiegający do 40-tki weterani polskiej sceny. Tymczasem Vixen wparował na nią i rozsiadł się na tronie, jakby był tam od zawsze. Wiedziałem, że chcę z nim pogadać o wykraczaniu poza ramy jednego gatunku, co tak świetnie udało mu się na ostatnim krążku „Vixtoria”.

Zaintrygowało mnie to, co napisałeś wewnątrz opakowania płyty. Piszesz o zmianach, o docieraniu do celu. Ty sam czujesz się innym raperem i producentem niż w czasach debiutanckiej oficjalnej płyty „New-Ton” z 2009 roku?

Na pewno wiele się zmieniło, choćby przez to, że minęło trochę czasu. Zdecydowanie się rozwinąłem. Jestem gościem, który robi muzę cały czas. Chcąc nie chcąc, robiąc coś na okrągło, człowiek się rozwija czy to warsztatowo, czy pod względem pomysłów.

A polski rap, całe środowisko zmieniło się od czasu twojego debiutu?

Pewnie, że tak. Dużo większe jest przyzwolenie na pewne eksperymenty. Jeszcze w 2008 roku takiego przyzwolenia raczej nie było, środowisko hip-hopowe było hermetyczne. Przez to wielu nie postrzegało hip-hopu jako muzykę. Teraz, przez to że środowisko się otworzyło na inne gatunki, nikogo nie dziwi nazwanie hip-hopu mianem muzyki. Nawet Fryderyki przyznawane są w kategorii „Hip-hop/rap”.

Vixen

Pytam o zmiany, bo mam wrażenie, że wraz z nową płytą „Vixtoria” zacząłeś wyrastać z hip-hopowej szufladki. Jak paru innych raperów przed Tobą, wyszedłeś poza ramy hip-hopu. Czy taki był twój zamiar, żeby zrobić coś bardziej totalnego?
Tak, był taki zamysł. Chciałem muzycznie wyjść poza hip-hop. Od dłuższego czasu miałem takie ciągotki, ale albo brakowało mi odwagi, albo czułem, że powinienem rozwinąć jeszcze swój warsztat. Ale przyszedł moment, w którym stwierdziłem: „kurczę, kiedy, jak nie teraz?”. Postanowiłem robić muzykę taką, jaką ja chcę, a nie taką, do jakiej przyzwyczaiłem swoich słuchaczy. Wydaje mi się, że to była dobra decyzja. Chciałbym iść w tę stronę i rozlewać się jeszcze bardziej.

Masz taki komfort, że trzymasz wszystko w swoich rękach – piszesz, rapujesz, produkujesz, śpiewasz, filozofujesz w tekstach. Nie boisz się, że w tym wszystkim staniesz się jakiś eklektyczny i niezrozumiały dla osób trzecich?

Zastanawiałem się oczywiście, jak mogę być zrozumiany. Kiedy płyta była gotowa, to pisałem sobie w głowie scenariusze o tym, jak może się potoczyć jej odbiór. Ale czy będę eklektyczny? Nie wiem. Nawet gdyby, to nie przywiązywałem do tego wagi, bo ciężko to przewidzieć. Starałem się robić muzykę taką, żeby była jak najbliżej mnie. Na tym się skupiałem. Odbiór to druga sprawa. Nie można się na nim skupiać, bo on jest i tak niepewny. To tak jak ze sztuką w teatrze – można napisać śmieszną sztukę, a ludzie nie będą się z niej śmiać. Zawsze jest weryfikacja – można sobie coś zaplanować, ale ludzie zweryfikują to sami. 

Rozmawiałem z kilkoma twoimi starszymi kolegami po fachu, raperami, którzy wyrośli poza sam hip-hop. Mówili mi, że kiedy ze swoją muzyką odeszli z ulicy i zaczęli zajmować się innymi inspiracjami, zorientowali się, że wylądowali pomiędzy. Ludzie nie wiedzieli, jak ich sklasyfikować, czy pasują do tej szufladki, czy do innej, czy wciąż są częścią tego środowiska, czy już nie. Nie boisz się, że wylądujesz pomiędzy i publiczność nie będzie wiedziała, co z twoją muzyką zrobić?

Nie boję się tego, bo nie uważam, żeby wylądowanie pomiędzy było czymś złym. Podobno prawda jest zawsze pomiędzy. Bardzo dużo zawdzięczam perkusiście, z którym jakiś czas temu grałem koncerty. Wywodził się ze środowiska rockowego i alternatywnego. Jego spojrzenie dużo mi pokazało. Nasze rozmowy o muzyce dużo mnie nauczyły. Miałem możliwość spojrzenia na muzykę z jego perspektywy. Dzięki temu, że dużo graliśmy i rozmawialiśmy nauczyłem się, że nie warto zamykać się na inne gatunki.

Vixen2

Ale ta twoja otwartość była już widoczna na poprzednich płytach. „Vixtoria” to z kolei płyta pełna numerów, które możesz spokojnie puszczać w radio i każdy osobno ma szansę być hitem. Tymczasem twoje muzyczne CV też jest ciekawe, bo przecież pierwsze albumy nagrywałeś na przykład w wytwórni Pei. Czy przez to wszystko – nagrywanie dla Pei, kontakty z muzykami z innych środowisk – wypracowałeś sobie metodę na tworzenie dobrych, chwytliwych utworów?

Recepty na pewno nie wypracowałem, bo żaden z moich numerów prawdziwym hitem się nie stał.

Myślę, że to kwestia możliwości promocyjnych, niż jakości muzyki.

Mimo wszystko recepty nie mam. Żaden numer nie stał się hitem. Gdyby jakiś się stał, to raczej też nie miałbym wciąż recepty, bo byłby to jednorazowy wystrzał. O jakichś receptach w ogóle być może będę w stanie porozmawiać za jakiś czas. Teraz nie czuję się kompetentny.

Spójrzmy na to inaczej: załóżmy, że nagrałeś nowy numer – napisałeś go, stworzyłeś podkład, napisałeś tekst, nagrałeś siebie, zaprosiłeś gościa i zarejestrowałeś jego ścieżki. Teraz odsłuchujesz jego finalną wersję po raz pierwszy. Co sprawia, że wydaje ci się, że to dobry utwór?

To najprostsza rzecz: on musi fajnie lecieć. Kiedy wchodzi refren, to piosenka ma wzlatywać, chyba że jest inne założenie. Numer ma mieć fajny vibe, ma mieć fajny groove. Ma zmusić cię, żebyś kiwał sobie głową. To wszystko sprawia, że ten numer może się podobać. Czy będzie się podobał – nie wiem, to inna kwestia. Mnie zależy na tym, żeby dać mu te cechy.

Nie czujesz się trochę niedoceniony?

Trochę się może czuję...? Ale z drugiej strony nie czuję jeszcze, żebym powiedział ostatnie słowo. 

Popatrz: „Vixtoria” to która twoja płyta?

Przestałem liczyć. 

Vixen3

Właśnie. Masz już parę lat w biznesie, w środowisku jesteś rozpoznawalny, nie jesteś debiutantem. W recenzjach twoich płyt autorzy zwracają uwagę na to, że swobodnie i naturalnie robisz rzeczy, z którymi męczą się ludzie, którzy mają na scenie status gwiazd. Sugerują tym samym, że te gwiazdy przerastasz.

Fajnie czytać takie recenzje, to jest miłe. Fajnie też byłoby, gdyby przekładało się to na ogólną sprzedaż płyt. Ale tak, jak powiedziałem, nie czuję, żebym powiedział ostatnie słowo. Będę robił to dotąd, aż dobrze pyknie i załapię. Nie chcę ukrywać się ze swoją muzyką, wiadomo, że zależy mi, żeby docierała do jak najszerszego grona ludzi. Pracuję nad tym, żeby to wcześniej czy później się stało i wiem, że to się faktycznie stanie. Ale potrzebuję czasu. To, że powstało czternaście płyt i nadal nie ma rozgłosu, którego się oczekiwało, czy fakt, że nadal nie mogę utrzymywać się z muzyki, to tylko bodziec, żeby następna płyta była lepsza i żeby się przebić przez szklany sufit, który gdzieś tam wisi. 

Patrzysz na ten biznes w sposób zadaniowy.

Rzeczywiście może tak być.

W ten sposób niełatwo cię będzie od muzyki odwieść.

Jakiś czas temu zadałem sobie pytanie: „czy robiłbym dalej muzykę, gdybym na niej kompletnie nic nie zarabiał?”. Odpowiedziałem sobie, że tak, bo lubię to robić. Skoro i tak bym to robił, gdybym nie zarabiał, to dlaczego nie miałbym jej robić i starać się na niej zarabiać? 

Wróćmy na chwilę do przekraczania granic hip-hopu. Gdzie twoje muzyczne poszukiwania mogą cię doprowadzić w najbliższym czasie? Może już teraz pracujesz nad czymś, co jest zupełnie inne niż twoje poprzednie nagrania?

Nie wiem, gdzie mogą mnie doprowadzić, ale nawet nie chcę wiedzieć. Chcę się sam zaskakiwać. Często łapię się na tym, że kiedy już czuję jakiś ogólny kierunek, w którym coś idzie, to specjalnie go łamię, żeby rozwijać się w innym. To jest dla mnie fajne – nie ma sprecyzowanego, konkretnego muzycznie kierunku. Chcę zaskakiwać siebie. Wydaje mi się, że jeśli będę w stanie to robić, to słuchacze będą zadowoleni. A może nie będą, ale ja będę zadowolony?

Nie lubisz iść na łatwiznę, co?

Niekoniecznie. Czasem lubię, ale niekoniecznie w muzyce. Ale w sumie to trudne pytanie, bo nie lubię też za bardzo komplikować. Zatem: i tak, i nie. 

Vixen4

Na „Vixtorii” rapujesz o determinacji, dążeniu do celu, pokonywaniu przeszkód. Przed chwilą też o tym rozmawialiśmy. Nie chce mi się wierzyć, że nie masz chwil zwątpienia, kiedy stwierdzasz, że najchętniej rzuciłbyś wszystko i wyjechał w Bieszczady albo na Islandię.

Kurczę, takie chwile zdarzają się średnio raz na miesiąc. Na tym to wszystko jednak polega, żeby próbować z tych opresji jakoś wychodzić. Wątpliwości jak najbardziej mam i to dość często.

Czyli jednak jesteś człowiekiem.

Dlatego też robię tyle numerów, które traktują o tej motywacji, dążeniu do celu, pokonywaniu lenia, bo sam czuję to u siebie. Często muszę najpierw pokonać lenia, żeby się za coś zabrać. Dlatego często o tym piszę.

Twoje piosenki są dla ciebie formą terapii tego lenia?

Myślę, że tak. Wydaje mi się, że większość muzyków, którzy robią coś w takiej tematyce, mówi o sobie, ich utwory są oparte na ich własnych doświadczeniach. U mnie też tak jest. Nawet jeśli numer jest nawinięty w trzeciej osobie, to jednak jest o mnie.

Cały czas mówisz o dążeniu do celu. Jaki jest zatem ten cel na samej mecie?

Nie ma. Po prostu go nie ma. Celem jest droga. To, że mogę robić muzykę, to dla mnie coś zajebistego. Dawanie samemu sobie możliwości robienia czegoś, co się lubi – to może być celem. Fizycznego celu raczej nie mam. Czy chciałbym się utrzymywać z muzyki? Tak. Czy chciałbym dalej robić muzykę? Jasne. Czy chciałbym grać koncerty? Jak najbardziej. Czy chciałbym, żeby one były coraz lepsze? Chciałbym. Ale nie wiem, czy jest jakiś finalny punkt, do którego zmierzam. Zagrać dla na przykład 60 tysięcy ludzi? Fajnie by było, zajebiście, ale czy to końcowy cel? Czy chciałbym platynę? Chciałbym, ale czy to ostateczny cel? Nie wiem. 

Każde osiągnięcie wyznacza kolejne.

Dokładnie. To jest nieskończona podróż. Po prostu schodki, które nie mają końca.

fot.: Magdalena Salbert

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA