REKLAMA
Anywhere logo

IST. Istambuł Rachatłukum

2017-02-27
...

Koczowałem na lotnisku w Stambule już trzecią godzinę. Lot z Berlina opóźnił się na tyle drastycznie, że nie zdążyłem na ostatni samolot do Ankary. Musiałem czekać do rana. Wprawdzie zaproponowano mi hotel, ale był na tyle daleko od lotniska, że zdążyłbym w nim tylko na chwilę zamknąć oczy i już po chwili musiałbym wracać. Kto zna Stambuł, wie o czym mówię. W tym utkanym z marzeń mieście nie gubią się chyba tylko sprzedawcy precli. Nawet taksówkarze dojeżdżając do dzielnicy, w której sami nie mieszkają, pytają przechodniów o drogę i możliwość dojazdu pod wskazany przez pasażera adres. Zrezygnowałem więc z hotelowego łóżka i poszedłem na herbatę do jedynej, czynnej w nocy, kantyny na odlotach krajowych. Usiadłem przy małym plastikowym stoliku, licząc na to, że jakoś dotrwam do rana. Myślałem o tym, co przyniesie nowy dzień. Zaraz po wylądowaniu w Ankarze czekała mnie seria wykładów, odczyt na cześć, spotkanie w ambasadzie, wizyta w teatrze, a na koniec przyjęcie zorganizowane specjalnie dla mnie. Policzyłem, że tak na oko nie będę spał jakieś 40 godzin. Może mnie uratować tylko adrenalina, którą dają mi publiczne występy, bo innych dopalaczy nie uznaję. I kiedy tak utyskiwałem nad swoim losem nomady, usłyszałem pytanie: czy był pan kiedyś tak naprawdę zakochany? 

Nie zareagowałem od razu, bo granica pomiędzy jawą a snem dawno już mi się zatarła. Podniosłem głowę. Przy moim stoliku, naprzeciwko mnie, siedział mężczyzna, około sześćdziesięcioletni, w słomkowym (choć był styczeń) kapeluszu, z długą siwą brodą, jaką miewają często tureccy intelektualiści. Musiałem mieć nieprzytomny wzrok, bo zapytał przechylając głowę w lewo: – Słyszy mnie pan? Zamrugałem szybko oczami i odpowiedziałem: – Tak, słyszę… Jegomość wyprostował się na krześle i uśmiechnął lekko szelmowsko: – To czy był pan kiedyś tak naprawdę zakochany? „O Boże czy Allahu!” – myślałem szybko – „Jest prawie trzecia w nocy, siedzę w jakimś zapyziałym barze na lotnisku, pijąc herbatę, która nijak nie przypomina mojego ulubionego tureckiego czaju, za mną kilka godzin spędzonych na szarej wykładzinie lotniska w Berlinie, przede mną cały dzień czarowania ludzi i uścisków rąk, a jakiemuś obcemu kolesiowi zebrało się na egzystencjalne pytania! Niech mnie ktoś ratuje!”. – Nie wiem. Chyba tak… – bąknąłem półprzytomnie. – To znaczy, że pan nie był – powiedział z przekąsem. Po czym poprawił kapelusz na głowie, ni to w geście pozdrowienia, ni to lekceważenia, wstał od stolika i odszedł. – Zaczyna się – pomyślałem i zapadłem w letarg.

REKLAMA
REKLAMA