REKLAMA
Anywhere logo

Aleksandra Budka

Kuba Badach: Porządny talent

2017-02-27
...
Ma ukończone 40 lat i pierwszy autorski album przed sobą. Mimo to należy do plejady najlepszych wokalistów w kraju. W zespole The Globetrotters uczył się warsztatu wokalnego i obycia ze sceną, a doświadczenie to wykorzystał później budując fenomen Poluzjantów. W codzienności ceni ład i porządek, na scenie zaś pozwala sobie na improwizację. Pracuje nad nową płytą, na której da z siebie wszystko. Ale czy będzie zadowolony? O trudnej sztuce osiągania życiowej i muzycznej perfekcji – Kuba Badach.

Twoja przygoda z muzyką zaczęła się od wagarów. Urwałeś się ze szkoły, zagrałeś Beatlesów i…?
Właściwie to wtedy nie wagarowałem. Miałem po prostu przerwę w lekcjach, a na tablicy ogłoszeń w szkole muzycznej w Zamościu znalazłem małą karteczkę mniej więcej takiej treści: „Dnia tego i tego, w godzinach takich i takich, w Klubie Jazzowym „Kosz” odbędą się przesłuchania do międzynarodowego musicalu. Wyróżnieni pojadą do USA”. I tyle. Bardzo mnie to zainspirowało.

Stany czy musical?
Oczywiście Stany. Pomyślałem, że ja znajdę się wśród tych wyróżnionych. Pobiegłem szybko do mamy i zapytałem, czy mogę pójść na te przesłuchania. Miałem 12 lat - musiałem spytać. Mama się zgodziła, więc poszedłem do klubu. W środku było ciemno, gdzieś w kącie stał brązowy fortepian, chyba Bechstein. Nikogo nie było, więc siadłem sobie do tego fortepianu i zacząłem grać właśnie Beatlesów, bo wtedy Beatlesów uwielbiałem. Dosiadł się do mnie jakiś facet, zaczął ze mną grać i śpiewać. Potem się dowiedziałem, że to był Wiesiek Pieregorólka. Jeszcze później okazało się, że dostałem angaż w tym międzynarodowym musicalu i byłem wyróżniony, ale do USA nie pojechałem.

Oszukali cię.
Oszukali mnie. (śmiech) Zagraliśmy jednak piękną trasę po kraju. Trasę, która była przerywana falą strajków. To był rok 1989, więc byliśmy taką bandą dzieciaków ze Stanów, Litwy i Zamojszczyzny, która podróżowała kilkoma autobusami i co chwilę dowiadywała się, po dojechaniu na miejsce, że koncertu jednak dzisiaj nie ma, bo się nie da. No więc jechaliśmy w drugie miejsce i tam koncert się odbywał. Piękna przygoda.

A pamiętasz pewien szczególny koncert z roku 1989? Na scenie Roman Polański i Michaił Barysznikow zapowiadają dwunastoletniego Kubę Badacha.
To był koncert „Artyści dla Rzeczypospolitej". Ale w roku 1989 musiałem mieć już 13 lat. I okulary jak Wojciech Reszczyński z „Teleexpressu”. Później nastąpiła faza czerwonych oprawek. Udało mi się takie znaleźć w sklepie optycznym w Chełmie. Były bardzo tanie, ale i wytrzymałe - jak dostawałem piłką w głowę, to one się lekko odkształcały. Potem trzeba było podgrzać tylko suszarką do włosów, wymodelować i z powrotem działały.

Kuba-Badach-3

Grałeś w piłkę w okularach?
No a jak? Gdy zdejmowałem okulary, to nie widziałem piłki, więc musiałem grać w okularach.

A byłeś z tych grających w piłkę?
Bez szału. Byłem z tych, którzy biegali po dworze bardzo dużo, ale boisko omijałem. To jest moja skaza, że do nogi mnie nie ciągnie, zawsze ciągnęło mnie bardziej do koszykówki. Na wspomnianym koncercie znalazłem się dzięki Ewie Sokołowskiej. To była moja ówczesna pani menedżer, która zawiadywała też sprawami Big Bandu Wiesława Pieregorólki i to ona namówiła organizatorów koncertu do tego, żeby wzięli do zaśpiewania takiego gnojka jak ja. Oni nie wiedzieli, kim jestem, więc spotkaliśmy się w nieistniejącym już klubie „Akwarium” na Emilii Plater i usiadłem tam do fortepianu. Trzy dni wcześniej dowiedziałem się, że mam przygotować utwór „Lubię zimowe ptaki” z tekstem Jacka Cygana. Ściągnąłem go sobie „na ucho”, a panowie powiedzieli po prostu: „Bierzemy go”. Parę dni później była już Filharmonia Narodowa, wspomniany wcześniej koncert „Artyści dla Rzeczypospolitej”, a ja podczas próby zobaczyłem tych wszystkich artystów - Grzegorza Ciechowskiego, Czesława Niemena, Michała Urbaniaka, Ulę Dudziak. Pamiętam, że gdy zespół Walk Away obok mnie przechodził, to brakowało mi tchu. Banda rockmanów - skórzane spodnie, kowbojki. I grali po prostu jak wściekli, więc to robiło na mnie ogromne wrażenie. Byłem też bardzo podekscytowany, że mogłem zagrać na koncertowym Steinwayu – fortepianie, który na drugą część koncertu został wyciągnięty z podziemi specjalnie dla pana Adama Makowicza, który grał po mnie.

Spodobało ci się to wówczas? Ta wielka scena i wspaniali artyści wokół ciebie?
Na pewno jakaś część mnie była tym zafascynowana. W wieku 12 lat znalazłem się raptem w zupełnie innej bajce muzycznej. Byłem dzieciakiem, dla którego The Beatles i muzyka popularna była dosyć abstrakcyjną odskocznią od rzemiosła muzycznego. W szkole muzycznej wychowywano mnie w klasycznym trybie edukacyjnym, więc traktowałem te rzeczy jako takie troszeczkę młodzieńcze wariactwa. Zawód muzyka to było jednak czytanie klasyki i ćwiczenia na fortepianie, które przychodziły mi oczywiście z oporem, bo wolałem ganiać po dworze, niż spędzać godziny przy instrumencie. Jednak wtedy, właśnie w 1989 roku, raptem znalazłem się w rzeczywistości, która okazała się realnym światem. Takim, w którym można grać inną muzykę. Muzykę, która zawiera fajne akordy, fajne melodie. Muzykę, na której się wychowywałem, słuchając Programu Trzeciego Polskiego Radia. Tej przygodzie towarzyszył jednak spory stres i strach, związany z powrotem do nastoletniej codzienności. Bo jednego dnia znajdowałem się w Warszawie wśród dorosłych ludzi i było fajnie, po czym wracałem do Krasnegostawu, szedłem do szkoły i nie wszystkim podobało się to, że wystąpiłem w telewizji. No więc potem była jakaś jedna czy druga bitka.

Biłeś się za muzykę.
Nie, nie biłem się za muzykę. Dostawałem po prostu za muzykę w mordę. Za to, jak wyglądam, za to, co robię, więc nie było to super przyjemne. Bardzo szybko zorientowałem się, że żyję w świecie, w którym należy być przeciętnym, a robienie czegokolwiek ponad wiąże się już z dużym ryzykiem. No i ja płaciłem tę cenę.

Spełniłeś później to marzenie o Stanach?
Wyjechałem tam na rok w czasach licealnych. Otarłem się o Berklee College of Music w Bostonie i miałem możliwość podpatrzenia, jak tam wygląda system edukacji muzycznej. Kilkakrotnie pojechałem na dni otwarte tej uczelni. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie, gdy wszedłem na jakieś trzecie czy czwarte piętro budynku akademickiego, i w jednym rzędzie znajdowały się obok siebie 123 ćwiczeniówki. Każda wyposażona w idealnie strojące pianino. Kilka lat później, na studiach w Katowicach, ciężko było w ogóle znaleźć miejsce do ćwiczenia. Trzeba było wstawać o świcie, zapisywać się, bo było kilka klas z fortepianem czy pianinem, a tam 123 po prostu na jednym piętrze. Ale to były lata dziewięćdziesiąte. Gdy kończyłem liceum, nie miałem jeszcze matury ze szkoły muzycznej. Bez niej można było zdawać tylko na wydział wokalny. Więc pojechałem zobaczyć, jak wyglądają egzaminy, no i udało się. Zacząłem studia na kultowym V wydziale, Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Katowicach.

Ciągnęło cię do muzyki, a do ciebie ciągnęło Roberta Jansona. Jak zareagowałeś na propozycję współpracy, z którą pewnego dnia przyszedł?

Gdy wchodziłem do studia, nie wiedziałem, że „Małe szczęścia” okażą się wielkim przebojem. Dostałem telefon, że jestem zaproszony na przesłuchanie, że jest nagrywana płyta. Do teraz traktuję swoją działalność artystyczną usługowo. Wykonuję pewien rodzaj zlecenia i jeżeli mieści się to w moich ramach albo fajnej przygody, albo dobrego smaku, to w to wchodzę. Wówczas uznałem, że to kawał dobrze napisanej piosenki. Robert ma wielki talent do pisania naprawdę świetnych, wpadających w ucho melodii. Jak to się mówi kolokwialnie w naszej branży - ma do tego łapę. 

Czy w tym chłopaku w naciągniętej na oczy czapce rodziły się wtedy marzenia o karierze muzycznej?
Wręcz przeciwnie. To, co się działo wokół tego utworu, szybko mnie wystraszyło i stwierdziłem, że to absolutnie nie jest ścieżka dla mnie. Bo faktycznie ten utwór dosyć szybko stał się dużym przebojem i zorientowałem się, że na przykład dzieciaki rozpoznają mnie na ulicy i to było dla mnie tak niekomfortowe, że natychmiast zacząłem odrzucać kolejne propozycje. Przypieczętowaniem mojej decyzji był fakt, że Bernard Maseli - mój profesor, ten, który grał właśnie w zespole Walk Away, a który był moim wykładowcą w Katowicach - zaproponował mi współpracę z zespołem Globetrotters. I zawiązaliśmy skład, którym na początku było dosyć dziwne trio. Wibrafon elektryczny, saksofony obsługiwane przez Jerzego Główczewskiego, również mojego profesora, no i ja, ich student. Wykonywaliśmy autorską muzykę Maselego, zagraliśmy ponad 600 koncertów w kraju i za granicą. Była to ta droga, która mnie interesowała. To był najlepszy uniwersytet muzyczny, do którego uczęszczałem.

I tak jest chyba z tobą do dziś, bo w czasach, kiedy celebryci znani są z tego, że są znani, ty jesteś znany z tego, że jesteś nieznany.

Mam problem z nazwą celebryci oraz jej funkcjonowaniem w Polsce. Często znam historię z drugiej strony i wiem, że bardzo niesprawiedliwe jest to, jak człowiek potrafi być przedstawiony w danym medium. Szczególnie Internet jest „piękną” platformą do tego, żeby gdzieś przedstawić kompletnie wymyśloną historię, sprzedać kilka kłamstw i to natychmiast jest powielane. I człowiek bardzo szybko dostaje jakąś łatę, która nie ma żadnego związku z prawdą, a odplątanie tego staje się niemożliwe. Ja więc stawiam dosyć wyraźną granicę między życiem prywatnym, a życiem zawodowym, więc jestem znany na tyle, na ile potrzebuję.


Kiedy rozmawiałam o tobie z ludźmi ze środowiska muzycznego, podkreślali jedno - Kuba Badach jest wybitnym wokalistą.
O, to bardzo ciekawe. (śmiech)

Jak się do tej wybitności dochodzi?
Pracą, niestety. (śmiech) Bo ja nie mam jakichś świetnych warunków wokalnych. Mam problem z tak zwanym rezonatorem głowowym – a to oznacza przewlekłe zapalenie zatok, więc ta góra jest cały czas przytkana. Zresztą bardzo znany w branży realizator dźwięku, Tadeusz Mieczkowski, z którym wielokrotnie się spotykaliśmy, pewnego razu, po którymś tam podejściu do utworu, przerwał nagrania i zapytał: „Czy mógłbyś kiedyś przyjść do studia zdrowy?”. Ja mu na to: „Tadziu, ale ja tak brzmię”. „Brzmisz jak chory człowiek” – odpowiedział. Kiedyś, szczerze mówiąc, wokalistyka w ogóle mnie nie interesowała. I nawet wtedy, gdy dostałem się na studia do Katowic, to nadal nie byłem zainteresowany śpiewaniem. Traktowałem to po prostu jako coś bardzo naturalnego, co albo się ma, albo się nie ma i nie trzeba ćwiczyć. Po prostu wychodzi się i śpiewa. Spotkanie z zespołem Globetrotters było zetknięciem z dnem, z ziemią, z betonem i był to upadek naprawdę z wysoka. Pierwsza trasa Globetrottersów liczyła 26 albo 27 koncertów, bez ani jednego dnia przerwy. Codziennie wychodziłem na scenę na 3 godziny improwizowanego śpiewania i po kilku koncertach byłem kompletnie zdarty. To wówczas odkryłem, że ja nie mam bladego pojęcia o tym, jak korzystać z głosu. Wróciłem wtedy z podkulonym ogonem na studia do Katowic, przeprosiłem panią profesor i powiedziałem: „Dobra, teraz zabieram się do roboty”. I faktycznie tak się stało. Zacząłem coraz bardziej świadomie pracować nad głosem, a tak naprawdę to dopiero ostatnie 10 lat to czas pełnej przytomności i wiedzy. To wiedza bardzo techniczna.

Kuba-Badach-1

Ale też odrobina talentu. Sporo wręcz.

Ucho na pewno mam. Ale do czego miałaby się odnosić ta wybitność? Nie lubię siebie słuchać i nie wracam do swoich nagrań zbyt często. A gdy czasami zdarza mi się oglądać fragmenty z koncertów, to jednak rumieniec leje mi się po policzku.

Na szczęście jest wiele osób w Polsce, które się z tobą nie zgadzają i lubią cię słuchać.
Nie chcę wyjść na gościa, przez którego przebija fałszywa skromność. Mówię szczerze, ja po prostu za tym nie przepadam. Nie wiem, czy to jest rodzaj jakiejś muzycznej schizofrenii, że z jednej strony to robię i lubię to robić, a z drugiej strony nie mogę siebie słuchać. Wiem, że umiem i że robię to dobrze, bo dowód temu dają pełne sale koncertowe i prawie 30 lat na scenie. Nie jestem tylko wokalistą czy facetem, który właśnie nagrał jeden przebój i potem próbuje coś wykombinować. Czuję się muzykiem. Jeżeli nie będę koncertował, to będę siedział w studio, pisał muzykę dla innych i produkował, bo potrafię to robić. Albo będę grał na instrumentach, bo to też umiem. Może nie na poziomie wirtuozerskim, ale gdybym trochę bardziej poćwiczył, to dałbym radę.

Moi rozmówcy podkreślali także drugą twoją cechę. Nie wiem, czy nie ważniejszą, w której wykazujesz się takim samym talentem, jak w śpiewaniu. Mianowicie - Kuba Badach jest gadułą.

Tak, niestety tak. Cierpię na werbalne ADHD i jak tylko pojawia się adrenalina, to zaczynam zagadywać stres i nawijam cały czas. Zaskakuje mnie to, co potrafi mi wypaść z ust. Bo ja mam wrażenie, że to są niekontrolowane wybuchy, gdzie to po prostu leci i ja nawet nie bardzo wiem, co to…

To gadulstwo i talent komediowy prezentowałeś między innymi na koncertach Poluzjantów. Pamiętasz jakiś wyjątkowo udany żart w swoim wykonaniu?

Wszystko to, co wypada mi z ust właśnie na scenie, to wynik pewnego stresu i ja nie do końca to kontroluję. Po prostu mam poczucie, że coś trzeba mówić, więc coś mówię. Nikt mi przecież tego nie pisze. Ja to improwizuję, samo mi to wyskakuje. Zamiłowanie do improwizacji i do takiego zaskakiwania samego siebie zostało mi właśnie z Globetrottersów. Z Benkiem Maselim, Jurkiem Główczewskim i wybitnym perkusjonistą Nippy Noyą, który dołączył do nas chyba w 2004 roku, mieliśmy właśnie taką niepisaną zasadę, że każdy koncert musiał być inny. My nie szliśmy tą samą ścieżką dwukrotnie. Ta rzeka codziennie miała nowy nurt i największym szpanem dla każdego z nas było zagranie takiej solówki, która zrobi wrażenie na koledze na scenie, i która sprowokuje go do pójścia w innym kierunku. Więc mam też duży problem z utrzymaniem się w ryzach ustalonego rytmu koncertu. Często zmieniam melodię w piosence. Za każdym razem śpiewam to trochę inaczej, bo wtedy mam wrażenie, że zbliżam się do granicy niebezpieczeństwa...

A nie wirtuozerii?
Nie, mówiąc kolokwialnie - zaczynam iść po bandzie. To jak szybka jazda samochodem, gdzie jedziesz już na granicy przyczepności i jeżeli się uda, to się robi wtedy świetny czas na mecie i jest brawo, brawo. A jak się nie uda, to się wylatuje z trasy i jest wypadek. I wielokrotnie wypadłem z trasy na koncertach. W głowie słyszę jakąś frazę, chcę przyatakować jakiś dźwięk i niestety okazuje się, że już skala na to nie pozwoliła i lecę kompletnie obok. To się zdarza. Albo coś zaczynam mówić między utworami i nagle uświadamiam sobie, że nie wiem z czego wyszedłem i dokąd zmierzam.

Ale ponoć jesteś perfekcjonistą, prawda?
Tak…

Masz wszystko w domu ustawione pod linijkę?
Niestety, tak. To jest bardzo uciążliwe - i dla mnie, i dla otoczenia. To nie jest dobra cecha. Wiesz, ja mam coś takiego, że nie potrafię pracować w studiu nagrań, jak nie posprzątam.

W studiu, czy w domu?

W studiu.

A co to znaczy „posprzątane” w studiu?
Wszędzie odkurzone, pościerane kurze, umyte naczynia, wszystko poukładane. Wtedy mogę działać. Jak kable bezładnie leżą, to ja już się nie mogę skupić, ale gdy są ładnie pozwijane w kąciku, to wtedy mogę pracować.

Czy dwa Fryderyki też stoją równo na półce?
Niezbyt równo. Ale to nie jest tak, że grzbiety książek stoją ustawione kolorami. Tak było „za młodu”. Na szczęście to się zmieniło, bo chyba bym zwariował, ale mam coś takiego, że w pewnych okolicznościach głowa nie najlepiej mi funkcjonuje. W studiu objawia się to brakiem skupienia. Chcę pracować, ale cały czas wzrok kieruję w dół, na ten zbitek, na tego kota z kurzu, bo kolega nie sprzątał przez trzy tygodnie i to się tam zebrało. I jak tego nie zmiotę, to nie ruszę z nagraniem. Gdy pracuję z Marcinem Górnym nad jakimś projektem poluzjantowym w jego studiu w Poznaniu, zaczynam od generalnych porządków. Kiedyś na przykład nie mogłem pracować, bo dwie żarówki nie działały w oświetleniu sufitowym i tak mnie to wkurzało, i tak mnie to rozpraszało, że stwierdziłem: „Marcin, najpierw sklep, wkręćmy te żarówki i możemy ruszyć dalej z robotą”. I Marcin już mówi: „Dobrze Jakub, wiesz, pogodziłem się z twoją chorobą”. (śmiech)

Ty wyciągnąłeś rękę po Fryderyki wychodząc trochę z szeregu muzyków sesyjnych.

Fryderyk pojawił się zupełnie niespodziewanie po albumie „Obecny - Tribute to Andrzej Zaucha”. Ta płyta była przełamaniem bardzo złej passy, która trwała u mnie przez lata, a polegała na tym, że nie byłem w stanie skończyć żadnego projektu. Wszystko na pewnym etapie wydawało mi się już złe i lądowało w koszu. I zaczynałem od nowa. Wpadłem w pętlę ciągłego poprawiania. Płyta „Tribute to Andrzej Zaucha” była zrobiona w bardzo krótkim czasie. Był deadline, czasu było bardzo mało i wiedziałem, że jeżeli podejmę rękawicę, zdecyduję się na zrobienie tej płyty i uda mi się to, to być może przełamię pasmo niekończącego się poprawiania. Bo największym moim problemem przez lata było właśnie podjęcie decyzji, że to a to zostaje. A dzięki tej płycie nauczyłem się pogodzenia z faktem, że tak naprawdę to, co wydajemy na płytach, nie musi być dziełem życia. To może być po prostu zapis chwili. I tak jak do płyt nie wracam, do płyty „Tribute to Andrzej Zaucha” wróciłem jakieś dwa lata temu, po pięciu latach od wydania. Przesłuchałem ją w samochodzie i powiedziałem sobie: „Właściwie jest ok”.

Kuba-Badach-2

Ale to wciąż nie była twoja solowa płyta.
Właściwie była solowa, ale nie autorska. A na taką nadal nie mogę zdecydować się i zmobilizować do jej zrobienia. Przez lata skomponowałem wiele utworów dla Poluzjantów i innych artystów, między innymi dla Ewy Bem, ale nie były to wydawnictwa pod moim nazwiskiem. Autorski materiał mam napisany prawie w całości. Oczywiście już go wyrzucam, już mi się dezaktualizuje, już mi się nie podoba to, tamto. Obiecałem sobie, że wyrobię się na czterdziestkę. Nie wyrobiłem się. Teraz ustaliłem sobie deadline do końca kwietnia 2017 roku.

Myślałam, że do czterdziestki piątki.
Nie, nie. Muszę i chcę to zrobić, bo zaraz wpadnę w ten amok wyrzucania. Trzeba podjąć decyzję, wejść, nagrać i zobaczyć, co będzie dalej. Jak będzie dobrze, to będzie dobrze.

Czy solowym albumem coś sobie udowodnisz?

Tak, muszę sobie udowodnić, że potrafię to zrobić i że mogę pójść dalej. I to jest właśnie ten paradoks, w którym żyję od wielu lat. Z jednej strony wiem, że mogę, że potrafię, a z drugiej strony się boję. „Chciałabym i boję się”.

Czyli padło - kwiecień 2017 roku.
Wtedy chcę skończyć nagrania, a płyta, mam nadzieję, ujrzy światło dzienne jesienią.

A czy chodzisz jeszcze czasem „trzy metry ponad ziemią”?
Koncerty sprawiają, że chodzę trzy metry ponad ziemią, ale zdarzają się takie dni, że z powodu zmęczenia chodzę też tak pół metra pod ziemią. Za to gdy wydam płytę, częściej będę robił to pierwsze.

Kuba Badach – wokalista, kompozytor, aranżer, producent muzyczny. Urodził się w 1976 r. w Krasnymstawie. Ukończył Wydział Jazzu i Muzyki Rozrywkowej na Akademii Muzycznej w Katowicach. W 1997 roku na płycie Roberta Jansona „Trzeci wymiar” zaśpiewał gościnnie utwór „Małe szczęścia”, który później stał się wielkim przebojem. Lider zespołu Poluzjanci oraz członek grupy The Globetrotters. Przez lata współpracował z plejadą polskich artystów, m.in. Ewą Bem i Kayah. Uhonorowany dwoma Fryderykami w kategorii „Wokalista roku”.

Zdjęcia: Monika Szałek

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA