REKLAMA
Anywhere logo

Jacek Górecki: NA AFISZU #12

2017-02-23
...

„Berlin Alexaderplatz” - Alfred Döblin

STUDIO teatrgaleria – reż. Natalia Korczakowska

Ten czas dla polskiego teatru jest bardzo znaczący. Właściwie nie pamiętam kiedy po ‘89 roku na naszych scenach było tak burzliwie. Kiedy tak bardzo mocno teatr dzielił ludzi, nawoływał do protestów, podjudzał czekających na atak polityków, a nawet, jak pokazały ostatnie dni, był pretekstem do zastraszania aktorów, reżyserów, twórców, dyrektorów czy krytyków teatralnych. Teatr ubabrany jest po uszy w polityce. Media zaczęły się nim interesować, mówić, wywyższać do rangi narodowej, ale strachem jest dziś stanąć po jego stronie. Strachem jest go tworzyć. Zobaczyć w tym całym zamieszaniu prawdę. Prawdę, której daleko od areny politycznej. Nie są to najłatwiejsze czasy dla sztuki, ale przynajmniej owocne. Rodzące istotne myśli, które poprzez sztukę poruszają najważniejsze tematy. Takie zadanie ma sztuka, żeby dialogować z widzem, prowokować do myślenia. Jak pokazał najnowszych film Agnieszki Holland „Pokot”, z tą walką o wolność wcale artystom nie jest tak łatwo. Hejt goni hejt. Nasz hejt powszedni. Podobne baty spadają na dyrektor STUDIO teatrgaleria Natalię Koczarkowską, która nowy rok przywitała inscenizacją sztuki Alfreda Döblina „Berlin Alexanderplatz”. I jak to w przypadku wielu ostatnich premier w różnych dziedzinach kultury, podzieliła społeczeństwo, które jakby zaślepione oburzyło się.

na_afiszu_12

Tekst ten dotąd nie był wystawiany w Polsce. Na podstawie powieści Döblina w latach osiemdziesiątych Rainer Werner Fassbinder nakręcił serial z główną rolą Guntera Lamprechta. To historia Franciszka Biberkopfa, który żył w latach 20. ubiegłego wieku w Berlinie. Byłego robotnika przemysłu cementowego, który po wyjściu z więzienia mierzy się z miastem, które u progu wielkich zmian rośnie na potęgę. Ten czas zmian dzisiaj wydaje się powtórką z rozrywki. I Natalia Koczarkowska nam o tym przypomina. W STUDIO w rolę Franciszka bezbłędnie wcielił się Bartosz Porczyk (i wcale nie mam na myśli jego boskiego ciała). On jest urodzony by być na scenie, jego świadomość ciała, głosu – wszystkie te ozdobniki są najwyższej klasy. Ale pochwały należą się także całej reszcie nowego zespołu, który za sprawą Natalii Koczarowskiej nabiera ostrych, pełnych istotnych kształtów wypowiedzi. Sama reżyserka do opowiedzenia tej historii użyła środków, które znane są od lat. Dużo cekinów, facetów na szpilkach, nagich torsów, projekcji wideo i psychodelicznych minirecitali. Taki teatralny „brutaż”, tylko w wersji kamp. Nikogo zresztą też już nie dziwi nagość, przemoc czy mocno epatowany homoseksualizm. Przecież to takie nasze, czemu tego unikać, wymazywać. Jest tam także wiele świetnych scen, jak chociażby mistrzowski taniec Biberkopfa z faszystą, w którego wciela się Marcin Bosak. Ale w tej całej slapstickowej feerii i mocnym przegięciu tkwi cała siła. Tak jak zapowiedziała reżyserka i dyrektorka w jednym – tym spektaklem wraca do awangardy, bawiąc się nią, a nie nadymając.

Dziś nie tylko „Berlin Alexanderplatz” w reżyserii Natalii Koczarkowskiej, ale także chociażby głośna w ostatnich dniach „Klątwa”, którą wyreżyserował Oliver Frljić zadają wiele pytań. Także o przyszłość polskiego teatru, który w masowej świadomości ludzi został przez media i polityków napiętnowany. Pytanie tylko, ile z wyrażających swoje rozgoryczenie i sprzeciw wobec wielu teatralnym działaniom ludzi, a szczególnie polityków widziało którykolwiek z wymienionych spektakli. Dlatego, jak zawsze, namawiam wszystkich do odbierania sztuki, a później zabierania głosu. Nawet jeśli będzie on głosem sprzeciwu. Ja po styczniowej premierze „Berlin Alexanderplatz” mam ochotę na więcej. Mam ochotę na takie STUDIO.

REKLAMA
REKLAMA