REKLAMA
Anywhere logo

Jacek Górecki: NA AFISZU #13

2017-03-03
...

„Idiota” - Fiodor Dostojewski

Teatr Narodowy reż. Paweł Miśkiewicz

Brakowało mi teatru Pawła Miśkiewicza w Warszawie. Jego oryginalnego przekraczania języka literatury, przełamywania. Niegdyś dyrektor stołecznego Teatru Dramatycznego, który wyniósł wówczas scenę przy Placu Defilad na jedną z najważniejszych scen w Polsce. Dziś jak z przegranej bitwy warszawskiej z nieco opuszczoną głową wyłania się na powierzchni i przypomina jak istotnym jest twórcą, przez stołeczne sceny niesłusznie pominiętym. Zadanie miał trudne, bo pokusić się o wystawienie wielkiego „Idioty” Fiodora Dostojewskego jest wyzwaniem. W dodatku scena Teatru Narodowego to kolejne sztywne ramy do pokonania. Oto on, książę Lew Myszkin, który przyjeżdża do Petersburga jako ubogi zbawiciel dla przeciągniętego rozdarciem ludu, starając się tym samym o względy Nastazji Filipownej. Ale Paweł Miśkiewicz podbija to zadanie znacznie wyżej, dołączając do wydanej w 1869 powieści Dostojewskiego rosyjskich myślicieli i filozofów, którzy w drugiej części czterogodzinnego spektaklu królują w monologach aktorów. Wszystko po to, by w świecie bez zasad, gdzie władza i pieniądz są nienasyconym głodem ludzi, wskazać odpowiedzialnego za ten chaos idiotę.

na_afiszu_13

W „Idiocie” Miśkiewicza liczy się przede wszystkim wspominane aktorstwo. Intryguje Jan Frycz, który coraz rzadziej dostaje szansę, by pokazać swój wielki warsztat. Jego Tocki z lekkością raz jest pełny autoironii, by za chwilę w zadumie przesiąknąć romantyzmem, odbijając się tym samym od pozostałych męskich postaci. W szczególności głównego księcia Myszkina, który w tej rosyjskiej wariacji zepchnięty został na drugi plan. On pod twarzą Pawła Tomaszewskiego wydaje się najbardziej pogubiony. Jakby obok ich wszystkich. W zawieszeniu. Będąc jeszcze dzieckiem we mgle przy całym arsenale zespołu Teatru Narodowego. Zupełnie inną kartą jest postać Nastazji Filipownej, do której należy pierwsza część spektaklu. Właściwie to ona ciągnie za sznurki pozostałe postaci. Ale nie byłoby tego show, gdyby nie rewelacyjna Wiktoria Gorodeckaja – dziś wielkie nazwisko w zespole Teatru Narodowego. Ona przez całą pierwszą cześć podsyca coraz bardziej te wszystkie ohydne męskie gęby, żeby w jej finale, w genialnej scenie, jednym ruchem roztrzaskać całą tą kruchość skrywającą się pod postacią białej zastawy nakrytej na długim stole. W jej Nastazji tkwi ogromny bunt i siła, świadomość, ale także bezsilność kobiety, której przyszłość z góry została narzucona przez męski padół. Kobiety, która pozbawiona głosu próbuje się przez ten cuchnący świat przedrzeć. A wszystko jakże aktualne dziś. Świat po raz kolejny został zachwiany, a aktorzy Teatru Narodowego w mistrzowski sposób tą naszą ułomność, znajdującą się na krawędzi, obnażają. Wszyscy jesteśmy idiotami. I w tym tkwi największa siła tego spektaklu świetnie poprowadzonego i zagranego. Fakt cieszy tym bardziej, że pomimo epickich realizacji polskiej klasyki w poprzednim sezonie w Teatrze Narodowym wszystko opierało się na poprawności. W „Idiocie” zrzucono narodowy gorset, liczne maski, pudry i żaboty, wychodząc do ludzi z nagością ciała i umysłu. Wychodząc z wielką klasą. Dawno tak dobrego spektaklu na scenie przy Wierzbowej nie było.

REKLAMA
REKLAMA