REKLAMA
Anywhere logo

Wojciech Zawioła

Niech żyją skoki

2017-03-03
...
Odziany patriotycznie wiwatujący tłum kroczy ulicami Wisły. Kilka dni później ten sam obraz w Zakopanem. Krok niektórych z nich jest chwiejny, niepewny, ale szczęśliwy. Wydaje się, że doszło właśnie do najszczęśliwszego wydarzenia w życiu wiwatującego, jego rodziny i (ba!) całego narodu. W telewizji program specjalny, internet wręcz czerwony od pilnych i radosnych artykułów. Wszędzie rzuca się w oczy przedrostek „naj”.

To skoki narciarskie w jednym z kilku krajów na świecie uprawiających ten sport na poważnie. Oszaleliśmy na punkcie dyscypliny, w której rywalizuje kilkanaście nacji a liczą się cztery, w porywach do pięciu. I jesteśmy w niej najlepsi. Absolutnie nie dlatego, że konkurencja niezbyt liczna. Po prostu jesteśmy fenomenalni, zwłaszcza w tym sezonie – to nie ulega wątpliwości. Radości mamy z tego co niemiara. I słusznie, bo każdy sukces cieszy. I właściwie nie powinno nas boleć to, że wieści o genialnym Małyszu czy Stochu tylko co cztery lata przy okazji igrzysk idą w szerszy świat (bardziej znana jest Agnieszka Radwańska, która nie wygrała jeszcze ani jednego turnieju wielkoszlemowego). Przecież to nie nasza wina, że do skakania nie przykładają się Amerykanie, Rosjanie czy Chińczycy.

Polska „skokomania” nie jest jednak pochodną popisów Małysza. Już w 1962 roku pod Wielką Krokwią zebrało się 120 tysięcy widzów. Wprawdzie po to, by oglądać mistrzostwa świata, ale dziś taka frekwencja jest nieosiągalna nawet na igrzyskach olimpijskich. Kiedy na szczycie był mistrz z Wisły, konkurs w Zakopanem oglądało 53 tysiące fanów. Na fali sukcesów Małysza zmodernizowano skocznię w Wiśle Malince za niecałe 50 milionów złotych. Fantastycznie, znakomicie i całkiem racjonalnie. Jest popularność – trzeba zainwestować i spopularyzować jeszcze bardziej. Mówiąc kolokwialnie – wyciągnąć z tego ile się da, również narciarskich talentów. Bo powstały również projekty, których celem jest wyszukiwanie uzdolnionych i szalonych młodych ludzi. Trzeba bowiem być choć trochę szalonym, by puścić się w dół na nartach a potem wzbić się na nich w powietrze.

Wszystko tak jak powinno być. Ale jednak żal jakiś pozostaje w sercu wielbiciela sportów zimowych. W narciarstwie alpejskim od lat pojedynczy zawodnicy próbują wskoczyć do „trzydziestki” w slalomie. W zjeździe nawet nie próbują, bo nie mają gdzie trenować. Okres przygotowawczy i starty w sezonie kosztują, a alpejczycy nie mają takich projektów i funduszy jak skoczkowie. Zazdrościć skoczkom mogą też hokeiści. Polska jest dziwną plamą na mapie Europy Środkowej. Otaczają nas jeśli nie potęgi, to przynajmniej mocni hokejowo sąsiedzi. Sponsorów nie widać, a na domiar złego związek robi krzywdę dyscyplinie, ofiarowując koszulkę reprezentacji Polski z numer 1 politykowi wzbudzającemu skrajne emocje.

Wiwat skoki narciarskie!

REKLAMA