REKLAMA
Anywhere logo

Aleksandra Budka

Piotr Banach: Tylko czysta forma

2017-03-04
...
Kiedy jako młodociany hipis pracował w sklepie muzycznym, nie podejrzewał pewnie, że za kilkanaście lat będzie się o nim mówiło „pan legenda”. O drodze, jaką przeszedł, marzą wszyscy chłopcy kupujący pierwszą gitarę. Jednak Piotr Banach rozczarował się spełnionym marzeniem z dzieciństwa, kiedy odkrył, że muzykę można traktować jak zwykły zawód. Założyciel Hey i Indios Bravos, zespołów z rzeszą fanów, dziś skupia się na domowym projekcie, w myśl punkowej zasady „do it yourself”.

15 października 2015 roku świat na chwilę stanął w miejscu. Indios Bravos zawiesili działalność. Świat fanów się zatrzymał, ale czy wasz - członków zespołu - rozwinął wtedy największą od lat prędkość?

Zawieszenie Indios Bravos nie wynikało z konfliktów, nie wydarzyło się nic dramatycznego. Ciągle stanowimy świetną ekipę. Jednak po tylu latach ciągłego grania w każdy weekend zauważyłem, że rzeczywiście dobrze bawimy się w busie, opowiadając sobie żarty, ale zupełnie przestaliśmy rozmawiać o muzyce. Zaczęła dopadać nas rutyna, która jest zła dla muzyki właśnie. Ta staje się wtedy zawodem, a mimo że na niej zarabiamy to warto byłoby, aby pozostała pasją. Aby była czymś nieskażonym rachunkami. Nie nagrywamy albumu dlatego, że trzeba spłacić kredyty. Nigdy tak nie myśleliśmy, ale tę wkradającą się rutynę słychać było w muzyce – przynajmniej ja ją słyszałem. Postanowiliśmy dać sobie czas, aby od tej rutyny odejść i zatęsknić za sobą. Jesteśmy na wakacjach.

To tempo współczesności było dla Indiosów za szybkie?

Nasza publiczność była inna od tej, która przychodziła na „typowe” koncerty reggae w tamtych czasach. To podkreślali wszyscy właściciele klubów, którzy kojarzyli ludzi przychodzących na koncerty. Gdy grali Indios Bravos, następowała wymiana publiczności. Trafialiśmy do ludzi mających sentyment do nieskażonego grania. Dziś muzykę bardziej się ogląda niż słucha. A jeżeli słucha, ma to iść w nogi, bo gdy idzie w głowę, to może zmęczyć. Wiele zespołów w tamtym czasie wyglądało świetnie, w zachodnim stylu, wszyscy grali tak, że nogi same rwały się do tańca, ale w przekazie była tylko „biba, biba, biba”. Indios Bravos byli na drugim biegunie.

Wydanie „Mental Revolution” na winylu, bardzo ważnej dla zespołu i słuchaczy płyty z 2004 roku, to wskrzeszenie pamięci o zespole?

Dobrze byłoby, aby ludzie o nas pamiętali i wiedzieli, że zespół się nie rozpadł. Że istniejemy jako zespół, a nie tylko jako legenda, a dla niektórych jako wspomnienie. Przypominamy o sobie.

Pamiętam, jak 10 lat temu w małym domu kultury śpiewałam w kapeli reggae, z którą zawsze chcieliśmy grać tak jak Indios Bravos. Wychowaliście sobie i fanów, i muzyków, dla których jesteście legendą.

Nie wierzę w skromność muzyków. Każdy, kto wychodzi na scenę, nie jest skromny, bo wychodząc, mówi: „Patrzcie na mnie, mam dla was coś takiego, czego nie mają inni”. Już nie buntuję się przeciwko nazywaniu mnie legendą. Kiedyś, gdy ktoś podchodził i zachwycał się, że dzięki Hey czy Indios Bravos stałem się legendą polskiego rocka, odpowiadałem: „Nie żartuj, ja tylko gram na gitarze”. Dziś uważam, że jeśli to dla kogoś ważne, aby tytułować mnie „panem legendą”, to dlaczego się na to nie zgodzić? Wypada tylko podziękować, a nie mówić mu, że się myli.

Jakie będzie pierwsze zdanie pisanej przez ciebie autobiografii?

Zacząłem ją pisać, więc wiem, jak brzmi: „Wracam ze spotkania z wydawcą”. (śmiech)

Piotr-Banach

Będzie o puzonie, nieukończonym liceum i pracy w sklepie muzycznym?

Dekadę temu zrobiłem do niej pierwsze podejście i rozpędziłem się, bo zacząłem pisać właśnie o puzonie, moim dzieciństwie i o tym, jak chodziłem na ryby albo jak łapaliśmy z kolegami wampiry w lesie. Pomyślałem jednak, że to jest średnio atrakcyjne dla czytelnika – a sam nim jestem, bo czytam dużo biografii. I kiedy poznaję dzieciństwo rodziców głównego bohatera, to tylko wtedy mnie to interesuje, gdy jest napisane naprawdę fajnym, literackim językiem – wtedy czyta się to jak beletrystykę. Więc użyłem tego, co napisałem 10 lat wstecz, jako wstępu, zaznaczając, że to coś napisane dawno temu – a poleciałem tam w patos i wyszła proza poetycka, bo zachłysnąłem się myślą, że jestem pisarzem. (śmiech) Jest więc wstęp o puzonie, choć wątek o sklepie z płytami pominąłem. Doszedłem w tej chwili do początków Hey. Jestem gadułą, więc nie ustrzegę się wątków niezwiązanych z muzyką. A z tą mam problem, bo wiem, że parę osób urażę. Chociażby tym, że o niektórych nie napiszę. Jednak o pewnych sytuacjach napisać muszę, żeby uzasadnić swoje późniejsze wybory. Nie ma sposobu, żeby od tego uciec. Trochę się boję tej konfrontacji, bo zawsze byłem nastawiony pokojowo do wszystkich.

Napiszesz też o tym, jaki zawód przyniosło ci bycie gwiazdą rocka?

Oczywiście. Mój młodzieńczy idealizm został mocno zraniony. Jako hipis postrzegałem świat muzyki jako lepszy, a ludzi, którzy go tworzą, jako wrażliwszych na zło, chcących to zło ze świata wyrugować – swoją muzyką i tekstami. Potem, kiedy wszedłem w show-biznes, okazało się, że to są tacy sami ludzie jak wszyscy, tylko zarabiają na chleb innymi narzędziami. Że nie ma w tym żadnej filozofii i można się tego fachu nauczyć w szkole.

Nie każdy musi być artystą.

Teraz to wiem. W tej chwili nikogo nie potępiam za to, że gra muzykę, która obliczona jest na łatwy i szybki sukces, bo myślę sobie, że ten jest tak samo nęcący jak pragnienie zbawienia świata.

Czy w Polsce gra się jeszcze dobrze albo - dobre - reggae?

Nie wiem, bo przestałem słuchać tej polskiej sceny reggae za sprawą jednego z forów. Wypowiadali się tam muzycy, didżeje, dziennikarze piszący o reggae w Polsce oraz organizatorzy koncertów. Czułem się tam totalnie wyalienowany. Pomijam to, że mało kto akceptował tam Indios Bravos. Oprócz więc opinii, które mnie dotykały, były też takie, które spowodowały, że ja się na scenę reggae’ową najeżałem. A ta scena to nie ta, z którą ja identyfikowałem się w latach 80.

Byłam w studiu na Myśliwieckiej, gdy Tomasz Żąda premierowo zagrał „Jeśli tylko to będzie możliwe” BAiKI i odetchnęłam z ulgą, że Piotr Banach nie ucieka od reggae. Jednak później okazało się, że BAiKA to nie jest projekt reggae.

Nie jestem w stanie odciąć się od reggae, bo jest ono we mnie za sprawą zespołów już z lat 60. W niektórych kawałkach Deep Purple brakuje tylko ciętej gitary, ale to przecież buja się jak reggae, podobnie z Beatlesami. Uwielbiam ten puls i nie uwolnię się od niego. Kiedyś mój kolega powiedział, że cokolwiek bym nie zrobił, jakiego zespołu nie założył, to i tak będzie to reggae. (śmiech) Coś w tym jest, bo nawet w Hey było sporo reggae’owych wtrętów. W repertuarze BAiKI mamy wyraźne fragmenty reggae, chociaż nie myślimy o sobie jako o zespole reggae. Wiele osób polemizowałoby także ze stwierdzeniem, że jesteśmy zespołem rockowym. Bo gramy zarówno w klubach, jak i na wieczorkach poetyckich.

Jest rock’n’roll, punk i garaż. A raczej – dom, bo wszystko tworzycie chałupniczo.

Jestem mieszanką hipisa, punka i rastamana, nigdy nie potrafiłem się zdecydować. (śmiech) Pamiętam czasy, kiedy pisałem hipisowskie teksty, na głowie miałem króciutkie postawione dreadlocki, na ręku opaskę w kolorach rasta, ale naćwiekowaną jak punkowiec. Wszystkie te subkultury łączyło zamiłowanie do wolności i samodzielności. Nawet jednym z naczelnych haseł kultury punkowej było „do it yourself”. To jest dla mnie bardzo ważne – żeby nie sprzedawać praw do swoich piosenek, aby nie było producenta, który powie mi, że się mylę, tekściarza, który napisze tekst i kompozytora od przeboju. Nie wątpię, że ktoś zrobi to lepiej, ale chcę zrobić coś sam i w ten sposób komunikować się ze światem. Moja twórczość to moje dzieci, a tych nie oddaje się w obce ręce.

Macie aspiracje na płytę studyjną?

Nagrywamy ją w domu, w pokoju obok. A jak ma się do studia sześć kroków, to najtrudniej je zrobić. Pracuję także nad książką, więc kiedy idę do studia, to najczęściej jednak piszę. Mam problem z tym, jak ugryźć fakt, że BAiKA była w założeniu projektem minimalistycznym. Jest automat perkusyjny, gitara, Kafi gra na klawiszach, ja na gitarze – na koncertach to się fajnie sprawdza. Ale gdyby chcieć zrobić z tego płytę, to już nie bardzo. Bo człowiek jest przyzwyczajony do tego, że na płycie jest bas, kontrapunkt w postaci drugiej gitary. Więc gdy zaczynam dorabiać te rzeczy do piosenek koncertowych, to one na tym tracą. Z drugiej strony na płytę wydają się zbyt puste. Powoli to omijam, pisząc nowe piosenki, które powstają najpierw jako studyjne. Płyta koncertowa BAiKI powstała podczas jednego z naszych pierwszych występów. Bardzo spodobał mi się ten klimat, którzy wytworzyliśmy, jestem z tego bardzo zadowolony, długo na to czekałem. Przeniosło mnie to w czasy, za którymi tęsknię. Jest prawda, a nie ma tego, co ja nazywam „mizdrzeniem się”. Tylko czysta forma.

Czy BAiKA to w końcu twoja muzyczna bajka?

Wszystko, co robię, to moja bajka muzyczna. To, że pracuję nad płytą BAiKI, nie znaczy, że już nie myślę o Indiosach. BAiKA dodaje mi teraz skrzydeł, chciałbym, żeby przebiła się do świadomości ludzi. A wierzę, że znajdzie się parę osób, które na coś takiego czekają, tak jak ja czekałem. Walczę, odbijając się czasem od ściany.

Piotr Banach – gitarzysta, kompozytor, autor tekstów, założyciel zespołów Hey oraz Indios Bravos. W 2005 roku wydał swój autorski solowy album „Wu-wei”. Obecnie pracuje nad studyjną płytą duetu BAiKA, który tworzy razem z wokalistką Kafi. 5 marca 2017 roku, w dniu 52. urodzin Piotra, na rynku ukazał się wznowiony na winylu legendarny album „Mental Revolution” Indios Bravos z 2004 roku.

Zdjęcie główne: Radek Kurzaj

Zdjęcie w tekście: Ryszard Kocaj

REKLAMA
REKLAMA