REKLAMA
Anywhere logo

Grzegorz Kapla

Grzegorz Kalinowski: Żadnych samoograniczeń. Taki jest przywilej pisarza

2017-03-06
...
Piłkarz Polonii, kibic Legii, sprawozdawca sportowy i znawca rocka. Bywalec salonów oraz meczów i koncertów dla najtwardszych fanów rocka. Zawsze w tej samej skórzanej kurtce w jakiej rozdaje teraz tysiące autografów na tytułowej stronie swojej najnowszej powieści, trzeciej już z cyklu „Śmierć frajerom”. Tylko na wizytę w Metropolitan i bal w Hofburgu robi wyjątek i zakłada smoking. Ladies and gentlemen: Grzegorz Kalinowski.

Napisałeś porywającą, zaskakującą bogactwem szczegółów, na pozór kryminalną, bo trupów nie brakuje, ale w zasadzie obyczajową powieść, której bohaterem jest… Warszawa. Zabrałeś czytelników na wędrówkę po salonach i po spelunach, pomiędzy arystokrację i do burdeli. Do żydowskich spelun, do czasów wojennych, na barykady i na pokład sterowca. Zasłużyłeś na miano pisarza historycznego, specjalisty od kryminału i od techniki prowadzenia automobilu sprzed wieku. A przecież znam cię jako autora relacji z punkowych koncertów i sprawozdawcę sportowego. Pamiętasz swój pierwszy tekst?

Oczywiście, to było coś niezwykłego. Reżyser Krzysztof Lang dał mi znać, że kręci film, w którym główną rolę męską gra Gary Kemp! To nie była moja muzyka, ale to był lider Spandau Ballet, a więc ktoś. Joanna Trzepiecińska grała główną rolę żeńską. Film się nazywał „Papierowe małżeństwo” i Gary zgodził się na wywiad. Dobra rozmowa. Opowiedział mi, że zaczął grać po tym, jak wybrali się z bratem na koncert punkrockowy. Że należeli do tej generacji muzyków, którzy bardziej niż na technikę, stawiali na energię. Pamiętasz? Jest taki film „24 Hour Party People” o pierwszym koncercie Sex Pistols. Jest na nim kilkunastu ludzi i narrator porównuje go do ostatniej wieczerzy, bo wszyscy poszli w muzykę. Jedni założyli Buzzcocks, inni Joy Division i tak dalej. Tylko jedna postać była tam zwykłym widzem. Listonosz, który do końca życia pozostał listonoszem. Oni i parę innych punkrockowych zespołów jeździli w trasy i zarażali publikę, ludzie nabierali wiary w to, że mogą tworzyć muzykę. I lider grupy Spandau Ballet, która grała muzykę bardzo wysmakowaną, wymagającą biegłości technicznej, powiedział mi, że zaczął grać zafascynowany punk rockiem.

rzegorz_kalinowski_2

A ciebie nie ciągnęło żeby grać?

Zabrakło mi cierpliwości. Wcześniej rzuciłem szermierkę i postawiłem na piłkę, ale kariery nie zrobiłem.

Ale z Dziekanowskim zagrałeś?

GK: Tak, ale już jako dorosły. Nie tylko z nim; byli też Grotyński, Ćmikiewicz, Majewski, Szczęsny, Dźwigała, Bednarz. Ale z „Dziekanem” była najciekawsza przygoda. Stałem na bramce i miałem tzw. dzień konia – broniłem wszystko. W końcu sam „Dziekan” strzelił spod kolana, z tzw. krótkiej nogi, z czuba i piłka wpadła pode mną. Ucieszył się bardzo, bo to był moment kiedy nas wreszcie przełamali. Dla mnie ta jego radość była największą nagrodą. „Dziekan” miał satysfakcję, że mnie pokonał! Kolega z pracy stał w płaszczu przy linii, „Dziekan” podszedł do niego po meczu, poklepał, „dziękuję trenerze” mu powiedział. I odtąd kolega „Kopernik” przez parę miesięcy był nazywany „Trenerem”. Tak… Piłka to dobre przygody, choć bywało, że mecze ligi szóstek czy rozgrywek dziennikarskich kończyły się bijatykami.

Ale wolałeś studiować historię, a nie WF.

Poszedłem na historię i robiłem frekwencję na nielegalnych demonstracjach. Nie byłem wielkim bojownikiem. Nie miałem szans przy takich kolegach jak Mariusz Kamiński, Marcin Meller, Paweł Piskorski, Piotrek Pacholski (jedyny czarny opozycjonista, sympatyk KPN), Andrzej Papierz, Rafał Dzięciołowski, który został później amerykańskim tour menedżerem Antoniego Macierewicza…

Nie było łatwo przy takich osobowościach

Artystycznie też, dlatego w antologii naszego roku nie znalazła się żadna moja praca (uśmiech), były za to utwory Andrzeja i Małgośki Saramonowiczów, Michała Cichego. Ja wtedy nawet nie myślałem o pisaniu. Pamiętam jak staliśmy w kolejce w 1988 roku kiedy NZS się ujawniał. Tylko taktycznie, bo w papierach stało, że na czele jest Piskorski, który brał to na klatę, a prawdziwi przywódcy byli ukryci. To było budujące, bo wiedziało prawdę sporo ludzi, a nikt nie sypnął. I nawet jak dziś, stojąc po różnych stronach barykady, coś tam o sobie powiemy, to i tak jest pewność, że byliśmy wówczas w porządku. Staliśmy w tej kolejce i wpisywaliśmy się do księgi. Wszystko miało trafić do sądu z prośbą, wnioskiem o rejestrację. Wtedy była to poważna deklaracja. Andrzej Saramonowicz stał przede mną i ja nie miałem wątpliwości, że to będzie kiedyś ważny pisarz, poeta... Wpisał się, nr dowodu osobistego, adres... A potem mówi do mnie „no i ch..., właśnie się skończyła moja przygoda z pisarstwem”.

Został reżyserem a ty sprawozdawcą.

Byłem niecierpliwy, poszedłem do radia, dostałem się na staż. A drugiego dnia dostałem magnetofon do ręki i miałem zrobić trzy wywiady. Pierwszy, który zrobiłem był na temat ekologii, a pierwszym rozmówcą był Jerzy Zelnik. Z Zelnikiem o ekologii, nie o „Faraonie”, nie o polityce...

rzegorz_kalinowski_1

Nie o kobietach.

Nie o kobietach… On się pasjonował ekologią i ja o tym wiedziałem. To był bardzo dobry strzał, który zrobił wrażenie w redakcji, ale jeszcze większe to, że powiedziałem na kolegium: „Jutro jest 1 maja. Nie robimy 1 maja?” „Przecież już nie ma 1 maja”. A ja na to, że to jest właśnie temat. Okazało się, że ten 1 maj był i to jak jasna cholera. Pod Kostką coś się działo, był OPZZ i była PZPR, i to było piękne, kiedy czerwoni związkowcy krzyczeli „chodźcie z nami, chodźcie z nami”. I nagle zdobyłem świetny materiał, który następnego dnia puściłem o poranku i zapowiedziała to stażystka Dorota Wellman. Wtedy ktoś do mnie podszedł i powiedział „teraz to pan jesteś dziennikarzem”.

Szybko ci poszło.

Szybko, bo nie potrafiłem usiedzieć na miejscu. Potem poszło z górki. Z pisarstwem też. Spotkałem Michała Komara w restauracji na Powiślu. Zapytał „Piszesz coś”? Ja mówię, że tylko felietony o sporcie piszę i czasem o muzyce. „A może masz pomysł na biografię sportową?” Ale ja już miałem przesyt tego sportu. To było zimą roku 2013. Lubię chodzić na mecze, ale biografia? I nagle mnie olśniło. I mówię: za rok Lucjan Brychczy kończy lat 80. Ale to jest facet, który nie udziela wywiadów. Strasznie ciężki zawodnik.

Legenda warszawska.

Nie tylko warszawska. Syn powstańca śląskiego, oficera wojska polskiego, urzędnika państwa polskiego na Śląsku, syn żołnierza Armii Andersa i… brat żołnierza Wehrmachtu. Miał razem z matką i z braćmi kategorię „renegat”. Była taka kategoria na Volksliście. Dzięki jego biografii można zrozumieć na czym polegała Volkslista na Śląsku, dlaczego Polaków brano do Wermachtu. Ojciec był na liście do rozstrzelania, więc rodzina miała tę najniższą kategorię, bez obywatelstwa. Byli podejrzani, ale jak się wszystko waliło to w ostatniej chwili brata pana Lucjana wysłali na front zachodni, tam, gdzie po drugiej stronie walczył ojciec. Ojciec wrócił, choć uznany był za zmarłego, a brat nie. Zginął.

No tak… Jest to epicka historia.

Książka o Lucjanie nauczyła mnie kilku rzeczy: że można usiąść i napisać 300 stron. Że można pisać w łóżku, bo byłem wtedy ciężko chory. I że potrafię opowiadać historie. Zacząłem pisać bloga o Warszawie, posługując się starym warszawskim językiem. Przeczytał to Krzysiu Rak, ten od „Bogów” oraz „Sztuki kochania” i spytał, czy nie miałabym pomysłu na scenariusz do serialu przedwojennego. Rozminęliśmy się, bo Krzysiek robi pogłębione intelektualnie rzeczy, a ja uważałem, że trzeba zrobić coś, co będzie miało akcję, furkot. Polskie „Zakazane imperium”. Okazało się, że to najdroższa produkcja serialowa w historii. Koncepcja serialu upadła, ale mi już szkoda było tego pomysłu. Miałem skrypt książki. I nie musiałem się samoograniczać, skoro nie mieliśmy kręcić. W powieści może się zdarzyć wszystko. I zacząłem od pojawienia się na niebie wielkiego sterowca.

Po całości.

Na bogato. To przywilej pisarza. Zbudować świat, w którym nie musisz liczyć się z kosztami.

Byłeś przekonany, że to jest twoja droga?

Nawet myślałem, żeby to samodzielnie wydać, ale wydać łatwo, gorzej z dotarciem do czytelników, a pisze się jednak dla czytelników. Muza zaproponowała mi wydanie kolejnych powieści i pracę przy pisaniu biografii Cześka Langa. Policzyłem ile to zajmie czasu i… zrezygnowałem z pracy dziennikarskiej. Trzeba się było zdecydować. Uznałem, że mówienie o sporcie to już jest zamknięty rozdział, że tak naprawdę kręci mnie już co innego.

Sława artysty?

Wydałem w ubiegły roku dwie książki, które zostały dobrze przyjęte, więc to była dobra decyzja. 

Na razie jesteś na bilbordach na każdej ulicy. Jak sobie z tym radzisz?

To zaczęło się z półtora roku temu, z człowieka, który robił wywiady, stałem się człowiekiem, z którym robią wywiady. Nagle policzyłem, że ukazało się kilkadziesiąt publikacji, że wystąpiłem w prawie wszystkich możliwych kanałach telewizyjnych, stacjach radiowych, o których nawet istnieniu czasem nie wiedziałem. To zaczęło być zabawne. W towarzystwie na imprezach ktoś mówił, że czytał taką książkę i nie miał pojęcia, że ja to ja.

Ale takiego szaleństwa jak teraz, to chyba jeszcze nie było?

Wydawnictwo się chyba przekonało, że warto.

rzegorz_kalinowski_

Najbardziej pasjonujące jest to, co wiesz o tym warszawskim światku. Gdyby dzisiaj przejść się po warszawskich salonach i wernisażach, byłoby podobnie. Podobne dyskusje, ale zupełnie innego formatu postaci.

W książce, którą kończę, bohaterem jest policjant aspirant Strasburger. Jest taka scena: wchodzi do Loursa, napada go szef sali i mówi – „Dzień dobry szanownemu panu, może szampana na powitanie, może to, może tamto”. I on od początku jest taki zgaszony, bo, mimo że jako aspirant policji śledczej zarabia więcej niż przeciętny warszawiak, to w tym miejscu jest jednak ubogim krewnym. Jest tak ubrany, że nie pasuje do tego miejsca, no i nagle dochodzi do wniosku, że gdyby poszedł do jakiegoś podrzędnego szynku z bandytami, to poczułby się lepiej, bo tam miałby szacunek. „Ziemiańska” leżała koło „Wróbla”, to tak, jakby dzisiaj obok lepszego baru. To była bardziej gospoda niż restauracja, ale przychodzili tam wszyscy. I hodowcy koni, i ludzie interesu, i mniej zamożni urzędnicy. Wszystkich łączyło jedno: że tam podawano szybko, karmiono dobrze i była luźna atmosfera. A obok była „Ziemiańska”, która dawała poczucie bycia na parnasie, przyglądania się tej elicie, która siedziała przy oddzielnym stoliku czy stolikach, bo Gombrowicz miał potem własny. Ale kiedy człowiek zgłodniał, to musiał iść do „Wróbla”, przez ścianę prawie.

Właściwie niewiele się w Warszawie zmieniło.

Taki już los pisarza. …  Tuwim kończył kawkę w „Ziemiańskiej”, ale na devolaya szedł do Wróbla.

Galeria zdjęć


REKLAMA