REKLAMA
Anywhere logo

Renata Przemyk: Pierwiastek żeński Leonarda Cohena

2017-03-15
...
Wszyscy znamy Renatę Przemyk. Wszyscy znamy utwory Leonarda Cohena. Ale czy znamy utwory Leonarda Cohena śpiewane przez Renatę Przemyk? Tę niecodzienną interpretację możemy teraz poznać dzięki albumowi „Boogie Street”, będącego muzycznym zapisem spektaklu pod tym samym tytułem. Właśnie z Renatą Przemyk rozmawialiśmy o płycie, Cohenie i samym spektaklu.

Wyobraża sobie pani, jak Leonard Cohen we własnej osobie pojawia się na deskach Teatru Starego w Lublinie i śpiewa swoje piosenki? Jakby to było?

Na pewno bardzo klimatycznie. Bardzo chciałabym to zobaczyć. Niestety możemy to sobie tylko powyobrażać.

przemyk_renata_1

Odnoszę wrażenie, że Teatr Stary w Lublinie chyba pasowałby do tego repertuaru.

Zdecydowanie tak. W tym teatrze jest magia i pasja. To też wydarzyło się w zespole, w którym pracowałam. Dałam się porwać „Boogie Street” dlatego, że miałam szansę pracować nad świetnym materiałem z fantastycznymi ludźmi. Wszystko razem zagrało. Okazało się, że materiał daje olbrzymie możliwości. Duże znaczenie miał fakt, że były to te mniej znane piosenki Cohena, że nie byliśmy zdominowani i przytłoczeni wielokrotnymi wykonaniami tych największych przebojów. Ważne też było, że to jest spektakl, że są w nim również kwestie mówione, wiersze, fragmenty prozy przedstawiane głównie przez Wojtka Leonowicza, mojego scenicznego partnera, w sposób ciekawy, intensywny, czasem lekki, czasem dobitny, czasem dowcipny. Część scen eksponuje duże poczucie humoru mistrza zawarte w jego tekstach. Nadaje to sztuce lekkości, czasem siły, czasem oddechu. Daje poczucie zharmonizowanej spójnej całości. Spektakl jest tak świetnie wyreżyserowany przez Iwonę Jerę, że te 100 minut mija nam nie wiadomo kiedy. To żywa historia, którą wspólnie z publicznością przeżywamy. Widzimy, że widowni też się nie dłuży. Wszytko jest zagrane na żywo przez znakomity zespół muzyków pod kierownictwem Piotra Selima. Ja śpiewam z dwoma wokalistkami – Sylwią Lasok i Magdą Celińską. To też było dla mnie olbrzymie wyzwanie i szkoła, bo nigdy nie śpiewałam z innymi wokalistkami w głosach. Trzeba to było dobrze przygotować i wykazać się dużym zdyscyplinowaniem. Wcześniej byłam panią sceny i każdą piosenkę mogłam sobie pozmieniać zależnie od emocji. Tutaj robiliśmy wszystko wspólnie. Wkładaliśmy w to dużo serca, a materiał dawał nam szansę na rozmach i urozmaicenie. Deski teatru i ogólna aura tej sceny sprzyjały przeżywaniu. Uwielbiam teatry, zwłaszcza stare, gdzie te wszystkie kulisy są takie skomplikowane, mają swoje zakamarki, zapadnie, piwnice...To osobny świat. To, co pokazujemy publiczności, to tylko efekt końcowy zgrania wielu czynników. Składa się na niego nasza praca i nasze przeżycia. Stworzyliśmy coś, co jest przepuszczone przez nasze emocje, serca i pasje. Pracowitość jest jednym z dodatków. Mile widzianym (śmiech).

Nie czuła się pani z tym wszystkim jak debiutantka? Czy to, że trzeba się było trzymać scenariusza, że nie można było dowolnie interpretować piosenek w zależności od nastroju, nie wiązało rąk?

Wszystko ma plusy i minusy. Trzeba się oczywiście zdyscyplinować, ale nie oznacza to, że każdy spektakl jest taki sam. Zdecydowanie nie. Wojtek Leonowicz, profesjonalny aktor z dużym talentem i wielkim doświadczeniem, pokazywał mi jak można odkrywać pewne rzeczy, by zagrać za każdym razem inaczej, jednocześnie nie lekceważąc scenariusza i wszystkich wcześniejszych ustaleń. Można dać się ponieść, dać się nakręcić przez partnera, pójść o krok dalej opierając się na podstawowych wyznacznikach scenariuszowych. Ale cały czas być w roli. Dużo się nauczyłam. Pierwszą część nauki odebrałam wiele lat temu przy mojej roli w „Terapii Jonasza” w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Ta rola też była i mówiona, i śpiewana, i tańczona. Poznałam pierwsze tajniki tego zawodu. Dowiedziałam się, że można na scenie robić kilka rzeczy naraz i nie wypaść z roli, kontynuować zamierzoną wizję postaci. Do tego dochodziły szybkie przebrania za kulisami, bo miałam pięć różnych kostiumów. Trzeba mieć zakodowane, z której strony wyjść, jakie ma być światło, jak się pokazać. Wszystko ma znaczenie. To olbrzymia przygoda, a jednocześnie nauka tego, jak wiele można z siebie dać, w jakich ramach można się poruszać, jak wpływają na to reakcje publiczności. 

przemyk_renata_2

Wróćmy do początku przygody z „Boogie Street” i Leonardem Cohenem. Proszę mnie poprawić jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że to nie było tak, że przyjęła pani ofertę wzięcia udziału w tym spektaklu od razu.

To prawda (śmiech). Musiałam się troszeczkę zastanowić. Moja pierwsza reakcja była taka, że mimo pięknych piosenek mądrego autora, który pisał po mistrzowsku, mimo pięknych melodii, głębi i świetnych tekstów miałam wątpliwości czy ja do tego pasuję. Poza tym największe utwory Cohena były już wielokrotnie zaśpiewane i zagrane przez różnych artystów – to zawsze było dla mnie argumentem bardziej przeciw, niż za. Nie chciałam być kolejnym odtwórcą. Okazało się jednak, że w spektaklu znajdą się te mniej znane piosenki. Te, które nie zostały jeszcze przemielone przez setki wykonań, więc można w nich było pokazać siebie. Aranżacje robił Krzysztof Herdzin i zrobił je w sposób mistrzowski – wyeksponował melodyjność tych piosenek, nie odbierając głębi, a jednocześnie rozjaśnił je trochę. Jak sam mówił, chciał je nieco „odsmucić”. Wiele piosenek Leonarda Cohena ma taki rys smutku.

On sam chyba też lubił się tak przedstawiać – czarno-białe zdjęcia, koszula, prochowiec.

Musiało być mrocznie i po męsku. A w tych piosenkach jest naprawdę wiele możliwości. Pokazane nieco inaczej nabierają nowych znaczeń, sensów. Sam wspominał, że lubi jak kobiety śpiewają jego piosenki. Pojawił się więc nowy aspekt. Element żeński w jego piosenkach jest bardzo bogaty i ciekawy. Nie zdecydowaliśmy się na zmianę płci podmiotu lirycznego, bo nie było kompletnie takiej potrzeby. Razem z Wojtkiem Leonowiczem stanowimy na scenie całość, pełnię. Każdy człowiek składa się z elementów męskich i żeńskich, więc sam mistrz i jego pieśni są dla mnie pełne dopiero wtedy, kiedy się je potraktuje całościowo. Przy tym moim emocjonalnym śpiewaniu, przy tych aranżacjach, towarzystwie Wojtka i szalonej reżyserii Iwony Jery, która jest znana z niekonwencjonalnego podejścia do sztuki scenicznej, to wszystko żyje, jest intensywne i spójne. Jest blues, jest ballada, jest piosenka country, ale są też protest songi i momenty komediowe. Wszystko jest bardzo energetyczne. Publiczność to świetnie odebrała i na jej życzenie jest ta płyta. Nie było decyzji o nagraniach dopóki nie odbyły się pierwsze spektakle i publiczność nie zaczęła się domagać płyty pytając, gdzie można ją kupić, kiedy będzie, czemu jeszcze nie ma. Spontanicznie zdecydowaliśmy, że pozostałe spektakle nagramy. Okazało się, że z trzech spektakli i dwóch prób możemy zrobić płytę. Zależało nam, żeby zachować emocje, które wyzwalają się w trakcie grania przed publicznością. Ku mojemu zaskoczeniu większość nagrań na płycie pochodzi ze spektakli. W jednym z nich udało się nawet uratować oklaski. W reszcie trzeba było dokonywać cięć, bo od razu wchodziły teksty.

Kiedy dokładnie zapadła decyzja o tym, że nagrywacie?

Premiera spektaklu odbyła się 24 września, niemal równolegle z urodzinami Leonarda Cohena. Mieliśmy grać osiem razy, na życzenie widzów doszły jeszcze dwa. Po pierwszych trzech spektaklach zapadła decyzja, że nagrywamy. Pani dyrektor teatru wykonała szybki telefon do ekipy nagrywającej. Okazało się, że mogą, mają wolne terminy. Wszystko nastąpiło błyskawicznie.

Śmierć Cohena też miała wpływ na tę decyzję?

Nie. To był koniec września, kiedy podjęliśmy decyzję i nastąpiła rejestracja. Cohen odszedł w listopadzie. Daniel Wyszogrodzki, tłumacz i autor scenariusza, był z nim w kontakcie w trakcie przygotowań do spektaklu. Cohen brał też udział w wyborze tekstów i piosenek. Zależało mu na tym, żeby to były te mniej znane utwory i dokładnie z „Księgi tęsknoty”. Dostaliśmy od niego błogosławieństwo, co nas bardzo cieszyło i sprawiało, że pracowaliśmy z jeszcze większym zaangażowaniem. To miało znaczenie, że jesteśmy zaakceptowani. To był zresztą równolegle z jego płytą ostatni projekt Cohena. Byliśmy przekonani, że mimo zaawansowanego wieku jest w świetnej formie. Jego odejście było dla nas olbrzymim zaskoczeniem.

Okladka-Boogie-Street

Podczas przygotowań do spektaklu zapoznawała się pani z materiałami o nim oraz z jego twórczością. Ile Cohena dało się w ten sposób poznać?

Ciekawe było to, że on nigdy nie starał się uchodzić za idealnego, nie wybielał się. Dla niego było naturalne, że człowiek popełnia błędy, że czasem rani innych, że nie wszystkie decyzje są dobre dla wszystkich, że każdy ma swoją drogę, a najistotniejsze w tym wszystkim jest odnaleźć swoją własną, kierować się sercem, pasją, starać się pogłębiać własny duchowy rozwój. Być coraz bardziej świadomym, coraz mniej obojętnym. To było chyba najistotniejsze w jego drodze. Wiecznie poszukiwał spełnienia. Nawet kiedy popełniał błędy – wiadomo, że były używki, alkohol, inne intensywne poszukiwania siebie, celu, miłości i sensu. Ale tak miało być. Każdy z nas poszukując własnej drogi idzie nią pierwszy i ostatni raz. Nie jest ona zatem wolna od błędów. Ważne, żeby wyciągać z nich wnioski, żeby ona pogłębiała, wzbogacała duchowo. Nie ma ideałów. Cohen idealnie połączył tradycję judaistyczną z buddyjską. Bóg zawsze mu towarzyszył w życiu, ale Cohen jednocześnie starał się wzbogacić swoje człowieczeństwo o harmonię, o spokój. O to, co w tej buddyjskiej filozofii jest najmocniejsze. Tylko w spokoju człowiek jest w stanie wyciągnąć z siebie jeszcze więcej. Jego życie daje dużo do myślenia. Cohen był tak ciekawym artystą i człowiekiem, że niewątpliwie warto poświęcić trochę czasu i wyciągnąć coś z tego dla siebie.

REKLAMA
REKLAMA