REKLAMA
Anywhere logo

Fado. Przeznaczenie

2017-03-16
...
Gdzieś tam w plątaninie uliczek, gdzieś tam w niewielkich portach rybackich, gdzieś w kantynach, w których bawili się i awanturowali ci sami ludzie, którzy stanowili tkankę miejską Lizbony w XIX wieku – gdzieś tam powstało fado, największy skarb narodowy Portugalii.

Na stole pojawiają się petiscos, czyli małe dania o charakterze przegryzki, portugalska wersja tapas. Jest oczywiście wino, jest woda. Mała restauracyjka przy placyku ukrytym przed turystami gdzieś za plecami dużych pawilonów handlowych w samym sercu Lizbony, stolicy Portugalii, rozbrzmiewa śmiechem, rozmowami i szczękaniem sztućców i kieliszków. Jest ciepły, leniwy wieczór. Wszystko sprzyja. Nagle światła w restauracyjce gasną. Salkę oświetla kilka świec i jedna niewielka lampa. Momentalnie robi się cicho. Miejscowi pokazują turystom, że to nie czas na rozmowy i na śmiechy. To czas na fado. Pod jedną ze ścian usadawia się dwóch gitarzystów o poważnych minach – jeden z gitarą klasyczną, drugi – z tradycyjną portugalską. Za nimi staje jeden z cenionych śpiewaków fado – Pedro Moutinho. Kiedy zaczyna śpiewać, choć nie rozumiemy słowa po portugalsku, czujemy, co chce nam przekazać. Opowiada o życiu, bo fado to po prostu przeznaczenie Portugalczyka.

fado_1

Zanim rozpocznę opowieść o fado, dam wam pewien wizualny kontekst. Kiedy uciekniecie w Lizbonie z turystycznych placów i nowoczesnych hoteli, traficie na wąskie uliczki zabudowane kolorowymi domkami. Idzie się tu w górę lub w dół, rzadko płasko. Bruk bywa wyślizgany, ale za to ciekawie błyszczy się po zmroku. W tych uliczkach tętni życie. Są pralnie, sklepiki z rybami i konserwami, mnóstwo knajpek, nawet publiczne łazienki (nie mylić z łaźniami). W XIX wieku tymi uliczkami portugalscy rybacy roznosili ryby, które złowili, inni popijali tutaj wino lub ginję (portugalski likier wiśniowy, mniam). Jeszcze inni bili się, ktoś krzyczał, ktoś się śmiał, jakaś para przytulała się w zaułku. Toczyło się tutaj normalne życie dużego miasta. W tych uliczkach narodziło się fado. Przejdźmy teraz zatem do opowieści.

Jest taki obraz. Namalował go José Malhoa. Zna go chyba każdy Portugalczyk. Obraz nazywa się „Fado”, jakżeby inaczej. Autorowi początkowo oberwało się za niego od portugalskich elit, bo pokazał na nim scenę, która została uznana za niegodną. Rzecz dzieje się bowiem w jednej z lizbońskich spelun, zapewne gdzieś pośród ulic portowych dzielnic Alfama lub Mouraria. Po prawej artysta stronie sportretował Amancio, znanego lizbońskiego rzezimieszka. Ale Amancio nie dzierży na obrazie noża czy zaciśniętych pięści, a wręcz przeciwnie. W jego dłoniach miękko spoczywa dziwna gitara z dwunastoma strunami. Amancio śpiewa. Na jego twarzy widać ból, samotność, smutek. Obok niego, po lewej stronie obrazu, rozmarzona, pół leży, pół siedzi jego kochanka – Adelaida. Jest zasłuchana, ubrana w czerwoną spódnicę i luźną białą koszulę, pod którą wyraźnie odcinają się jej piersi. Między palcami jej prawej dłoni dopala się papieros. Nie widać dobrze jej twarzy – jest zwrócona w stronę zapomnianego w swoim śpiewie Amancio. Malhoa sportretował ją w ten sposób, by nie było widać blizny, która szpeciła jej lewy profil. Z jej powodu Adelaida nazywana była nawet „Szramą”. Różne rzeczy działy się w portowej dzielnicy Lizbony po zmroku, nie pytajcie. Weźcie tylko pod uwagę, że Adelaida nie była raczej damą dworu. Początkowo na obrazie miała nawet obnażoną pierś, ale to nie spodobało się Amancio, a z nim lepiej było nie zadzierać.

fado_2

Taki to obraz rozśpiewanego Amancio i zasłuchanej Adeleidy w dziurawej koszuli, dość romantyczny, a na pewno pełen autentyzmu, wisi dziś na ścianie lizbońskiego Muzeum Fado. Nie bez powodu – pokazuje bowiem najlepiej, jacy ludzie i w jakich realiach stworzyli tę muzykę. Choć dziś fado wydaje się wysmakowane, eleganckie, dzięki pięknym sukniom śpiewaczek i eleganckim garniturom śpiewaków, to powstało właśnie pośród ludu – ludu, który pił, bił i gwałcił, ale także i kochał, tęsknił, cierpiał i zastanawiał nad celem życia. Dlatego ta muzyka brzmi tak, jak brzmi – melancholijnie i tęsknie.

Czasy się zmieniły. Ludzie, którzy zamieszkują te wąskie uliczki byłej portowej dzielnicy Lizbony, żyją już inaczej. Jest bezpiecznie, gościnnie. Ale z jakiegoś powodu fado między mieszkańcami przetrwało. Dlatego też kiedy pobłądzicie pewnego ciepłego wieczora tym brukowanym labiryntem przejść, schodków i zaułków, traficie na niejedną knajpę z fado. To nie są wielkie sale koncertowe z biletami, usherami wskazującymi miejsca, szatniarzami odbierającymi płaszcze od gości. To po prostu knajpy lepszej i gorszej renomy. W niektórych z nich powita was pyszne jedzenie, świetne wino i doskonała atmosfera. Pewnie są też takie, w których wino jest podłe, jedzenie kiepskie, a i w pysk dostać można. W jednych i drugich jednak, kiedy gaśnie światło, cichną rozmowy. Wszyscy słuchają śpiewaka lub śpiewaczki. A ci także są bardzo różni. Fado śpiewają panie w szykownych błyszczących sukniach i panowie w eleganckich garniturach i bielutkich koszulach, ale również i mniej szykowni, mniej eleganccy, mniej światowi mieszkańcy Lizbony. Śpiewają je zawodowcy, których podziwiać można podczas tras koncertowych na całym świecie i którzy żyją z tej muzyki, ale również i prości ludzie, rybacy, kucharze, murarze, w ciągu dnia pracujący w pocie czoła na niewielką pensję. Fado bowiem to głos mieszkańców miasta. W ten sposób muzyka ta jest bardzo egalitarna – nikt, nawet największe międzynarodowe gwiazdy gatunku, nie może jej posiąść na własność, bo należy ona do wszystkich. Ale z drugiej strony to jednocześnie muzyka, którą nie każdy może wykonywać. Portugalczycy twierdzą, że fado śpiewane w innym języku to nie fado. Co więcej – choć jest kilka wyjątków, to jednak fado w znakomitej większości wykonywane jest wyłącznie przez rdzennych mieszkańców Lizbony i Coimbry, przy czym fado ze stolicy różni się od fado z Coimbry. Przede wszystkim w Coimbrze muzykę tę wykonują wyłącznie mężczyźni, często studenci lub absolwenci miejscowego uniwersytetu, stąd czasami nazywa się tę muzykę „studenckim fado”. W Lizbonie zaś śpiewać może każdy – kobieta czy mężczyzna, bogaty czy biedny – każdy lizbończyk, który ma duszę, bo przecież śpiewać trzeba prosto z serca. Nawet instrumenty, z których korzysta się w Coimbrze i Lizbonie nieco się różnią. W stolicy partię melodyczną gra się na 12-strunowej gitarze portugalskiej, zaś w Coimbrze na jej miejscowej odmianie, stworzonej niegdyś przez Artura Paredesa. 

fado_4

Mimo tego, że fado narodziło się stosunkowo niedawno, bo w XIX wieku, to jego historia jest długa i pasjonująca. Imponujące Muzeum Fado, mieszczące się właśnie w starej lizbońskiej dzielnicy Alfama, prezentuje je najlepiej. Rozciągająca się na kilku piętrach nowoczesna placówka, pełna znakomitej muzyki i poruszających eksponatów, opowiada historię nie tylko gatunku muzycznego, ale także ludzi, a przez to – całej Portugalii. W zbiorach znalazły się nagrania i biografie setek wykonawców, ale także pamiątki obrazujące rozwój fado i społeczeństwa – rękopisy wierszy wraz z wyjaśnieniami, jak ich autorzy omijali cenzurę w czasach Salazara, artykuły w gazetach, dzieła sztuki, przepiękne instrumenty czy imponujące suknie śpiewaczek. Wszystko to podane jest w nowoczesnej i multimedialnej formie, będącej cudownym przykładem tego, jak coś niezwykle tradycyjnego i traktowanego z wielkim namaszczeniem może się pięknie połączyć z nowoczesną technologią i designem.

Galeria zdjęć


REKLAMA