REKLAMA
Anywhere logo

Rzym. Przewodnik najpraktyczniejszy

2017-03-23
...
Ustalmy jedno: do Rzymu warto pojechać dla pogody, wina, zabytków, sztuki i jedzenia. A teraz powiemy wam jak doświadczyć tego wszystkiego i nie zwariować w mieście, gdzie na stosunkowo niewielkiej powierzchni każdego tygodnia zjawiają się setki tysięcy turystów.

Jeśli nigdy nie byliście w Rzymie, to na pewno przy pierwszej wizycie będziecie chcieli odhaczyć te wszystkie miejsca znane z pocztówek: Koloseum, Forum Romanum, Panteon, Schody Hiszpańskie, fontannę di Trevi, plac i bazylikę św. Piotra w Watykanie. Może do tego jeszcze parę urokliwych placyków, jak Piazza Navona czy Piazza del Popolo, zamek św. Anioła, kolumnę Trajana, piramidę Cestiusza (tak, w środku Rzymu stoi najprawdziwsza piramida) czy Wyspę Tyberyjską. I pewnie wam się uda, bo zdecydowana większość tych miejsc znajduje się blisko siebie i musielibyście być naprawdę leniwi, żeby nie odwiedzić wszystkich na pieszo. Tak zresztą każdego roku robią miliony turystów, więc jeśli nie podejdziecie do swojego wyjazdu z głową, stracicie mnóstwo nerwów. Na szczęście macie nas.

rzym_2

Pierwsza rada: omijajcie wysoki sezon. W Rzymie latem będzie po pierwsze nieznośnie upalnie, po drugie okrutnie wilgotno, po trzecie tragicznie tłoczno. A między stłoczonymi, spoconymi turystami, jak gdyby nigdy nic przechadzać się będą skuteczni kieszonkowcy, którzy bynajmniej nie są mistrzami subtelności, bo w tłumie nie trzeba być delikatnym. Jeśli takiemu w oko wpadnie twój aparat lub torebka, to po prostu ją odetnie. Na dodatek ceny noclegów w sezonie są rzecz jasna wyższe. Spędzicie też długie godziny stojąc w kolejkach do zabytków, których w zasadzie nie obejrzycie, bo wszędzie będą dzikie tłumy, które wam to uniemożliwią. W Panteonie nie będziecie w stanie unieść rąk, bazylika św. Piotra przypominać będzie dworzec w godzinach szczytu, a fontanny di Trevi nie zobaczycie w ogóle, bo znajduje się na małym placyku, więc nie ma szans, żeby zmieścili się tam wszyscy. Możecie za to do Rzymu wyskoczyć na przykład w lutym, marcu czy listopadzie. Zamiast 40 stopni będziecie mieli 15-20, czyli zupełnie znośnie (jeśli pojawicie się w Wiecznym Mieście w środku polskiej zimy, te kilkanaście stopni będzie dla was zbawieniem).

Niezależnie od tego, czy lądujecie w Fiumicino czy Ciampino – dojazd do głównego dworca Rzymu, nazywającego się Termini, jest stosunkowo niedrogi i dość logiczny. Między lotniskami a dworcem kursują specjalne autokary, możecie też dojechać busikami do najbliższej stacji metra (Rzym ma dwie linie metra, więc Warszawa nie ma się czego wstydzić) i stamtąd przedostać się do wybranego miejsca. Bilety na transport miejski nie są specjalnie drogie nawet jak na polską kieszeń – np. za bilet 100 minutowy zapłacicie półtora euro. Obowiązuje on w metrze, autobusach i tramwajach, a także na części przejazdów autokarowych. Jeśli czegoś nie wiecie, gdzieś się zgubicie – nie panikujcie. To nie Paryż, prawie każdy mówi tu chociaż trochę po angielsku.

rzym_3

W samym mieście kursują autobusy, tramwaje i wspomniane metro, które jest najbardziej przewidywalnym środkiem transportu, jednocześnie najpewniejszym. Trudno bowiem polegać na autobusach i tramwajach, które jeżdżą... po swojemu. Miasto nadźgane jest przystankami – autobusy mają ich zdecydowanie więcej niż tramwaje, bo zatrzymują się niemal co 100-200 metrów, podczas kiedy ich szynowi koledzy funkcjonują bardziej na zasadzie ekspresów. Na każdym przystanku znajdziecie trasę danego autobusu/tramwaju (do rozszyfrowania nazw przystanków może przydać się Google Maps w telefonie), ale na próżno wam szukać na nich rozkładu jazdy. On nie istnieje. Przystanki oferują jedynie informację, że autobus kursuje np. od 5:30 do 23:30. Częstotliwość kursowania? Dokładne godziny przyjazdów na dany przystanek? Nic z tego. Kiedy już jednak załapiecie się na swój autobus pamiętajcie koniecznie o tym, że w Rzymie nie ma rozróżnienia przystanków na normalne i te na żądanie – wszystkie są na żądanie. Ich sieć jest momentami tak gęsta, że pojazd musiałby się zatrzymywać dosłownie co 30 sekund. Jeśli zatem chcecie złapać autobus – machajcie do niego. Jeśli chcecie z niego wysiąść – naciskajcie przycisk „Fermata”. 

Możecie rzecz jasna zdecydować się na podróż do Rzymu własnym autem lub wypożyczenie jakiegoś na miejscu. Jest to jakaś metoda, ale na pewno nie najskuteczniejsza. Rzymianie, jak przystało na południowców, przepisy ruchu drogowego uznają bardziej za sugestie. Czerwone światło nie jest kategorycznym nakazem zatrzymania się, a bardziej ostrzeżeniem, że wjeżdżasz na skrzyżowanie na własne ryzyko. Oczywiście po drodze wielu włoskich kierowców na was nawrzeszczy i natrąbi, ale nie przejmujcie się tym. Niemniej jednak upieramy się, że samochód warto zostawić na parkingu. Rzym to stare miasto, na dodatek – jak pewnie wiecie – wybudowane na wzgórzach. Z tego powodu nie jest przystosowane do nadmiernego ruchu kołowego. Uliczki, szczególnie w starszych częściach miasta, są wąskie i kręte, miejsc do parkowania nie znajdziecie przez cały weekend, a poza tym spora część metropolii jest wyłączona dla ruchu samochodowego, jeśli nie macie specjalnych pozwoleń. Co innego rower lub, szczególnie tutaj popularny, skuter lub motocykl. Do specyficznego w naszym ujęciu pojmowania zasad ruchu drogowego muszą się też przyzwyczaić piesi – zielone światło pali się tutaj króciutko, za to długo pali się pomarańczowe. A jeśli pali się czerwone to i tak nic przecież nie znaczy.

rzym_4

Jeśli poszukujecie noclegu, najłatwiej o to w okolicach dworca Termini. Mieszka tutaj sporo emigrantów i obcokrajowców, są też hotele, hoteliki i hostele. Będziecie ponadto w samym centrum miasta. Jeśli natomiast chcecie poznać Rzym od strony Rzymian, pomieszkać chwilę między nimi, kupować owoce w tych samych sklepach, co oni i chadzać na śniadania do tych samych knajp, wybierzcie Trastevere. Ta dzielnica, znajdująca się po drugiej stronie Tybru od całego turystycznego serca miasta, to rzymska sypialnia w dobrym stylu. Jasne, znajdziecie tutaj podrzędne speluny i uliczki, do których strach wejść, ale przeważają jednak wijące się po wzgórzach alejki pełne dużych domów i małych sklepików. W tej dzielnicy co niedzielę odbywa się też wielki targ, po którym zostaje jeszcze większy bałagan, sprzątany przez całą noc przez odpowiednie służby. Jeśli dobrze wymierzycie, w Trastevere za niewielkie pieniądze wynajmiecie pokój w przyzwoitym hotelu z widokiem na Tybr (który wcale akurat bardzo atrakcyjny wizualnie nie jest), a tym samym na stary Rzym.

Kiedy już uda wam się zwiedzić wszystkie miejsca, które znacie z podręczników historii, filmów i pocztówek, zacznijcie zwiedzać miasto od strony jedzenia i picia. I to najlepiej od samego rana. Włosi mają fantastyczny zwyczaj zaczynania dnia od lekkiego śniadania, którego niezbędną część stanowi kawa. Do śniadania zazwyczaj pije się cappuccino lub espresso, potem, po południu, w zasadzie już wyłącznie espresso. W zasadzie przy każdej uliczce znajdziecie kilka kawiarni/piekarni/cukierni, w których Włosi tłoczyć się będą przy barze, bo kawę najlepiej pić właśnie w taki sposób. Za 1 euro dostaniecie świetne espresso, które wypijecie przy barze. Cappuccino kosztuje około 1,30 euro. Jeśli chcecie usiąść przy stoliku, będziecie musieli dopłacić 1 euro. Jeśli chcecie być obsłużeni przy stoliku na zewnątrz – kolejna moneta. W wielu tego typu kawiarniach, ale także choćby zwykłych sklepach z pieczywem, obowiązuje nieznana nam kolejność robienia zakupów. Najpierw rzecz jasna namyślacie się, co chcecie kupić, potem za to płacicie w kasie, która znajduje się w drugim kącie sklepu, a dopiero potem wracacie do witryny lub baru z paragonem, by dostać swój towar. 

rzym_5

Oczywiście będziecie chcieli spróbować prawdziwych włoskich specjałów – poza espresso i cappuccino czekają na was przecież świetne (i tanie) wina, sery, pizza, pasta, tiramisu... I o ile niezłą pizzę dostaniecie w każdej, nawet najmniejszej dziupli (prostokątny kawałek zostanie dla was ucięty specjalnymi nożyczkami i odgrzany w piecyku, nie mikrofalówce. Nie zdziwcie się pizzami, których w Polsce nie znajdziecie, np. z frytkami albo plastrami ziemniaków. Po prostu ich spróbujcie), to gorzej z pastą. W większości restauracji ich ceny nie schodzą poniżej 10 euro. Znajdziecie jednak małe bary, gdzie dostaniecie na plastikowym talerzu porcję pasty nawet i za 5 euro, ale najczęściej będzie to najzwyklejszy makaron z kapką byle jakiego sosu. Ale od czego macie nas? My zaś wygrzebaliśmy dla was najlepszą pastę, jaka istnieje. Tuż za rogiem placu Piazza di Spagna, na którym możecie podziwiać słynne Schody Hiszpańskie, przy uliczce Villa della Croce, znajdziecie niepozorną knajpkę o nazwie Pastificio Guerra. Nie przestraszcie się kolejek, w których trzeba odstać nawet kilkanaście minut – warto. Pastificio to bardziej jadłodajnia, odpowiednik polskiego baru mlecznego, niż restauracja. Dostępne są w niej tylko dwa rodzaje pasty i nigdy nie wiecie, na jaką traficie. Za 4 euro otrzymacie naprawdę solidną porcję w plastikowym opakowaniu, którą możecie opałaszować jak tylko uda wam się wydostać z niewielkiego lokalu, w którym zawsze są tłumy. Świeży, ciepły makaron, znakomite sosy i najlepsze składniki, za to bez całej przesadzonej otoczki – oto wizytówka Pastificio. Lepszej pasty nie macie po co szukać. Niemal naprzeciwko Pastificio jest zresztą cukiernia Pompi, w której możecie zakupić wyśmienite tiramisu na deser. Zapijcie tę ucztę winem domu w choćby w jednej z knajpek na Piazza Navona, kontemplując przepiękną Fontannę Czterech Rzek autorstwa Berniniego – ponoć ich ułożeniem w stosunku do znajdującego się przed nią kościoła św. Agnieszki Bernini chciał zakpić z jej architekta i swojego rywala – Borrominiego. Jeśli zaś poszukujecie prawdziwych włoskich lodów, to odnajdźcie Frigidarium niedaleko Piazza Navona. Lodów możecie jednak śmiało próbować w każdej możliwej lodziarni. Im ciekawsze smaki, tym lepiej. Mieszanki takie jak ogrodowa szałwia z malinami oraz miód z rozmarynem i cytryną sprawią, że nawet dziwne zwyczaje transportu miejskiego w mieście nie zepsują wam humorów.

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA