REKLAMA
Anywhere logo

Sylwia Chutnik: Syrenka Warszawska

2017-03-20
...
Sylwia Chutnik ma za sobą już „Kieszonkowy Atlas Kobiet”, „Dzidzię” czy przygodę z „Cwaniarami”. Jej książki to podróż w głąb ludzkiej tożsamości. To ją interesuje najbardziej – bycie sobą. Ostatnio zafascynowana jest syrenami.

Czy Sylwia Chutnik boi się czegoś, kiedy patrzy w przyszłość?

Staram się nie mieć w sobie poczucia jakiegoś okrutnego zagrożenia, grozy czy paranoi. Takie myślenie byłoby niedobre dla mnie, czyli osoby, która coś tworzy i z tego żyje. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła schować się pod kołdrę i ze strachu obgryzać paznokcie. Oczywiście, kiedy budzę się rano i widzę jak moi znajomi zalewają mnie na Facebooku wpisami o kolejnych tragediach czy śmierci znanych osób to bardzo łatwo jest wpaść w taką czarną dziurę. Ale staram się to omijać jak mogę i ciągle wyznawać jako mantrę tekst Wojciecha Młynarskiego: róbmy swoje! Niezależnie od tego, co się dzieje, ja idę w swoją stronę i działam. 

sylwia_hutnik_3

W końcu bycie aktywistką jest u ciebie równorzędne z byciem pisarką.

To wszystko się ze sobą łączy. Dzisiaj jestem już pisarką, która potrafi z pisania wyżyć, co nie jest taką oczywistością. Pisanie nie jest wcale dobrym interesem w Polsce. Co innego, gdybym postawiła na politykę. Ale od wielu lat staram się także angażować społecznie i wiele władz zdążyło się do tej pory zmienić, a ja ciągle o coś walczę. Pomysłów jak zmienić nasz kraj na lepsze przecież im nie brakuje. Każdy ma swoją wersję i jak się okazuję nawet konstytucję można zmienić. Najważniejsze jest to, by nie dać się temu wszystkiemu poddać. Oczywiście świadomość polityczna to jedno, ale z drugiej strony tak ważna jest świadomość tego co my robimy, jakie są nasze wartości w życiu. Nie możemy dawać się zjeść przez większych.

Pisanie traktujesz jako ostrzeżenie swoich czytelników albo budowanie prawdziwej świadomości w ludziach?

Po pierwsze musimy odróżnić pisanie moich felietonów od pisania powieści czy opowiadań. Felietonami robię sobie małą rewolucję, którą nazywam bieżączką komentującą aktualne sprawy. To jest mi bardzo potrzebne. Natomiast książki są już czymś większym, gdzie nie wybiegam aż tak w przeszłość i nie analizuję co będzie, bo też nie zajmuję się futorologią. Raczej staram się zbierać szczątki z przeszłości i badać ludzką tożsamość. Ponieważ uważam, że to co było, jest i będzie, łączy się ze sobą. Chociaż tak naprawdę nie wiemy co będzie, to przy okazji takiego szperania w przeszłości możemy sobie pospekulować. I nie zależnie od tego, kto z nas jest wróżbitą Maciejem, powinniśmy sobie odpowiedzieć na takie pytania: co będzie, co nas czeka? Pomimo tego, że dzisiaj wszystkie wartości brzmią szalenie patetycznie, jednak są jeszcze wartości codzienne, które dotyczą każdego.

Takie codzienne wartości, które wyznają bohaterowie twoich książek, np. typowa Jolanta z Żerania.

Wartości, które mają zachomikowane w sobie moi bohaterowie to wartości zakamuflowane. Oni są takimi everymenami czy zwykłymi szarakami. Trudno jest doszukać się w tytułowej Jolancie czy też w Piotrze z opowiadania umieszczonego w zbiorze „W krainie czarów”, który raz w tygodniu chodzi na dancing i właściwie tylko tym żyje, jakiegoś bohatera. Daleko im wszystkim do postaci z okładek kolorowych pism, na których i ja się znajduję. Ale na takiej okładce przecież nie ma nic z prawdy. To jest kreacja. Moi bohaterowi są zwyczajni. Cała ich tożsamość polega na tym, że oni chcą po prostu przeżyć życie. To jest takie odpędzanie czasu, tylko tak naprawdę nie wiadomo gdzie zmierzają, właściwie czeka ich tylko śmierć. 

sylwia_hutnik4

W rzeczywistości to kubeł zimnej wody na większość z nas. My, ludzie bez ambicji, upaprani w szarości dnia codziennego.

Nie jest z nami, aż tak źle. W latach 90-tych bardzo mocno wybijali się normalsi, czyli ludzie, którzy niespecjalnie wyróżniali się czy nie wychodzili przed szereg. To właśnie takie szaraki. Do dzisiaj, chociaż może to nieładnie z mojej strony, grupuję ludzi na normalsów i freaków. Odkąd skończyłam dziesięć lat to czekałam aż dorosnę i nie będę musiała czekać na pozwolenie od mamy by zostać takim freakiem. Nie chcę przejeść tego życia będąc niezauważoną, nie ozdabiając go czy nie zostawiając po sobie śladu. W przeciwieństwie do moich bohaterów od dziecka nie chciałam być niezauważana. Dlatego staram się za pomocą moich książek pochylać nad resztą i pokazuję to, co dla nich jest niewidoczne. To takie wyciąganie pęsetą człowieka w pięćdziesięciomilionowym tłumie i szukanie w nim wartości. Nie są to nadmuchane wartości w stylu Bóg, Honor i Ojczyzna. To jest też przereklamowane, jak z okładki. To zwykłe, dobre życie – to mnie interesuje.

Ale mimo wszystko zaliczasz się do tej części artystów, którzy poprzez swoją sztukę czy działania walczą z systemem. To nowe pokolenie twórców, którzy idą w stronę rewolucji.

Ja walczę z polityką historyczną, tym, co robi się z tą historią. Ale w książkach nie chcę się zamykać na jeden temat. Od jakiegoś czasu chodzi za mną pomysł na napisanie powieści, która porusza temat dziwności. Wszystkie te freaki, które mam potrzebę obronić. Coś na miarę kieszonkowego atlasu dziwaków w Polsce. Upewniło mnie w tym wydarzenie, na którym byłam w czerwcu zeszłego roku. Była to parada syren w Nowym Jorku, w której udział wzięło ponad trzy tysiące ludzi. Każdy z nich był oczywiście przebrany za syrenę. Nagle poczułam, że to jest moje miejsce, że ta też chcę być taką syrenką, tylko tutaj, u nas... 

Syrenką Warszawską...

Dokładanie! To jest bardzo mocny pop-kulturowy symbol. Mam manię zbierania ich w przeróżnych postaciach. Moja ulubiona ostatnio to lalka Barbie z syrenim ogonem. To symbol, który oznacza też wolność, ponieważ syrena zawsze może wskoczyć do wody i zniknąć. Ale po tej paradzie właściwie wszyscy moi znajomi zadali mi pytanie: po co ona była? O co w niej chodziło. 

To jest bardzo polskie pytanie, które ja też muszę zadać.

No właśnie! Idzie w Warszawie parada syren, a my musimy wiedzieć czy są za PiS-em czy przeciwko, po której stronie walczą i o co. Każde takie wydarzenie musi mieć wstęp, rozwinięcie i koniec. To tak jakbyśmy mieli napisać wniosek o grant z dofinansowaniem. Ja nie chcę się z tego tłumaczyć, po prostu chcę wyjść na ulicę i bez wykrzykiwania żadnych haseł przejść jako syrena. To jest moja wolność! Wtedy, kiedy chcę coś wykrzyczeć, to robię, działam, ale są momenty, kiedy nie chcę się z wszystkiego tłumaczyć. Dla mnie największym osiągnięciem w życiu jest to, że jestem tym kim chciałam być i żyję uczciwie. Chociaż brzmi to może bardzo banalnie.

To jest taki slogan jak z okładki czy plakatu nastolatki...

Bo ja jestem mentalnie jeszcze nastolatką. To mi pomaga nie zwariować i nie wkręcać się w to, o czym mówiliśmy na początku. Mimo wszystko mam w sobie takie wewnętrzny imperatyw mówienia co jest złe, a co dobre. Ale jako pisarka nie interesuje mnie co zrobił PiS, czy czego nie zrobił. Ja zaglądam do ludzkiej tożsamości. Istotne jest dla mnie, żeby każdy był tym kim chce. Styczniowy numer amerykańskiego „National Geographic” cały poświęcony był gender. W nim znalazły się historie ludzi, którzy szukają siebie. Z moim synem nawet zgadywaliśmy kto jest chłopcem, a kto dziewczynką, tylko że po czasie nie miało to już sensu. Było tam też zdjęcie jedenastoletniego chłopca, który nie wiedział kim jest. Rodzice wysłali go na tęczowy obóz i on tam przyczepił sobie do głowy róg i został jednorożcem. To jest świetne: jeśli czegoś nie wiesz, przeczekaj to, nie wchodź w coś na siłę, bo ktoś od ciebie tego wymaga.

To nie jest utopia?

Tak, zróbmy to! Nie babrajmy się w tym politycznym science-fiction, które nas wciąga, tylko bądźmy sobą, tak jak czujemy. Znowu brzmi to jak hasło z plakatu nastolatki. Ale takie proste hasła jest łatwiej nam zrealizować. 

Ta tożsamość bardzo mocno wybija się w przypadku bohatera twojej najnowszej książki – „Smutek cinkciarza”. U niego tożsamość, to, kim jest, przechodzi z pokolenia na pokolenie. To też niestety dotyczy wielu kobiet i mężczyzn.

W przypadku tego bohatera bardzo mocno widoczne jest patriarchalne myślenie o rodzinie. Mężczyzna jako ten, który zadba o dom, zapewni mu dobrobyt i prozaiczny spokój. I właśnie ta przewijająca się ciągle nasza tożsamość mnie najbardziej interesuje. Dlaczego ten mężczyzna tak postępuje? Czy miał na to wpływ jego ojciec czy dziadek? To także przyjrzenie się okresowi PRL-u, który tak często zostaje zakłamywany. Jest przecież różnica w latach 50-tych, 60-tych, 70-tych czy 80-tych, gdzie ta stabilizacja została całkowicie zachwiana. Historyczna tożsamość, to czemu się w tej książce przyglądam. Okres, który z jednej strony był kolorowy od świateł dancingów, neonów, cekinów i o zapachu lejącej się wszędzie wódki, z drugiej był czasem wielkich zmian, ludzi zamkniętych gdzieś, w jakichś pokojach, klitkach. Dzisiaj warto to przypominać. Tym bardziej, że o walka o prawa wciąż trwa. 

Właśnie doczekaliśmy czasów, w których bardzo mocny stał się symbol walczącej o prawa syreny?

To wszystko zaczęło się u nas w Polsce – 3 października na ulice wyszedł Czarny Protest, który później rozlał się na cały świat. A walczące syreny popłynęły dalej. Z naszych „parasolek” przykład wzięły m.in. Rumunki, Brazylijki czy Amerykanki, które zaczęły wspierać też ważne głosy takie jak Madonna czy Meryl Streep. Dlatego, że nadszedł taki czas otrzeźwienia, kiedy potrzeba się zintegrować. Niestety wciąż bardzo często jest tak, że kiedy kobiety mówią, że coś im się nie podoba, to mężczyźni się irytują i umniejszają ich pozycję. To jest taka zakodowana tożsamość. Mężczyzna zna nazwiska trzech premierów wstecz, kobieta nie, bo jest kobietą i żeby dopuścić ją do głosu trzeba ją odpytać i sprawdzić. Kobieta ma wciąż tak naprawdę utrudnione zadanie, mimo iż czasy się zmieniają i wydawałoby się, że świat idzie do przodu.

sylwia_hutnik_2

Z drugiej strony trzeba na ten temat uważać, żeby zaraz się nim nie przejeść. Nie masz takiego wrażenia, że chociażby sztuka lubi takie modne polityczne tematy?

To jest na pewno czas kobiet. Tak jak mówisz, jest on widoczny bardzo namacalnie w mediach czy sztuce. Niektórzy na nim zwyczajnie wypływają, ale jest to zazwyczaj chwilowe, bo ze sobą nic nie niesie. I zawsze społeczeństwo musi być podzielone – tak też jest wśród kobiet. Coś jak Spice Girls. Ja przyjęłam rolę szalonej, krejzolki. Tego freaka, który chce ten temat kobiet kontrolować i komentować. Jestem kimś, kto w mainstreamie jest potrzebny. Obok mnie są tak ważne dzisiaj głosy Marii Sadowskiej, Olgi Tokarczuk czy Agnieszki Holland. Każda z nas jest inna. Ja moją książką chcę uświadamiać i przekazywać coś dalej. Ale z drugiej strony nie chciałbym, żeby ten temat kobiecy i walka o prawa był tylko modny, bo zaraz straci na ważności, moda przeminie i nic z tego nie wyniknie. Ważne jest żeby o tym mówić, tylko trzeba się zastanowić w jaki mądry sposób to powiedzieć. Czarny Protest wcale się nie skończył. On w świadomości wielu ludzi wciąż trwa. I jestem przekonana, że kiedy trzeba będzie zawalczyć o nasze prawa czy naszą tożsamość, to znowu to zrobimy. Nie możemy pozwolić, żeby ktoś decydował za nas. Koniec i kropka.

fot.: Tomasz Sagan

Galeria zdjęć


REKLAMA