REKLAMA
Anywhere logo

Uważność. Problem profana

2017-03-29
...
Ostatnio o niej głośno. Autorzy poradników, blogerzy, psychologowie – wszyscy prześcigają się w tłumaczeniu, jak dobroczynną rolę w naszym życiu odgrywa uważność. Tylko co się pod tym pojęciem kryje? Czy oni wszyscy nas nabierają, próbując sprzedać gotową receptę na szczęście? Z pokorą godną kulturoznawczyni postanawiam się temu przyjrzeć.

a pierwszym razem mi się nie udało. Trochę to wszystko wydawało się przerobione i opakowane w kiczowate opakowanie. Z początku samo słowo wzbudziło moje podejrzenia. Neologizm „uważność” (wciąż podkreślany na czerwono przez edytor tekstu) to próba oddania znaczenia angielskiego „mindfulness”. Po raz pierwszy słowa tego użył T. H. Rhys-Dhavis, angielski buddolog epoki witkoriańskiej, były oficer stacjonujący na Sri Lance. Do współczesności przeniósł go Jon Kabat-Zinn, jak mówi notka biograficzna z Wikipedii, profesor nauk biomedycznych Uniwersytetu Massachusetts i malarz. (Podobno nawet król Jagiełło nie był jednowymiarowy i lubił słuchać śpiewu słowików – po jednym z takich koncertów zmarł na zapalenie płuc. Taką anegdotę przytoczyła w liceum moja nauczycielka historii, co skrzętnie zanotowałam. Tak się kończy zejście ze ścieżki męstwa. Ale dobrze, miałam być pokorna). Kabat-Zinn praktykował jogę i pobierał nauki u mistrzów buddyzmu, co doprowadziło go do pomysłu, by elementy filozofii Dalekiego Wschodu włączyć do praktyk nauki Zachodu. Albo paranauki. Ludziom, którym maszyny i medycyna ułatwiają życie, czegoś jeszcze brakuje. Czego nie daje nam Zachód, skoro co rusz ktoś, od poetów, przez rockmanów, po wreszcie naukowców pożycza coś od Wschodu?

Kto ma choć mgliste pojęcie o duchowości orientu – czy to przez praktykowanie jogi, czy chwilowe zainteresowanie buddyzmem, a może studia – temu nie trzeba przytaczać faktów z życia profesora. Czytając o koncepcji uważności od razu odnajdujemy elementy wielkich systemów filozoficznych Wschodu. Portal uwazni.pl cytuje Kabat-Zinna:

uwaznosc

To szczególny rodzaj uwagi – świadomej, nieosądzającej i skierowanej na bieżącą chwilę.

Jak jeszcze można zdefiniować uważność? Na blogach czytam: czuwająca obecność, życie w świadomości, przeżywanie każdej chwili w kontakcie z sobą, umiejętność nazywania emocji... i puszczanie tych emocji wolno. W tradycjach hinduizmu i buddyzmu można to osiągnąć na drodze medytacji. My, „ludzie Zachodu”, nie medytujemy. Nie zatrzymujemy się i z pewnością się nie modlimy (przepraszam tych, którzy czynią inaczej). Nie wszystko stracone, bo nadal możemy korzystać z uważności. Być uważnymi przy każdej czynności. Stąd książki poradnikowe, w których zamieszczone są kolorowanki z mandalą, warsztaty dziergania i powrót do wszystkiego, co „hand-made”. Nasza uwaga jest rozproszona na mnóstwo bodźców, wibrujące telefony, powiadomienia, chwilowe przyjemności. Poszukujemy natychmiastowej satysfakcji i, w konsekwencji, tracimy zdolność skupienia się na jednej rzeczy albo popadamy w obsesje. Przychodzi pora, by wrócić do źródeł.

„Mindfulness” to angielskie tłumaczenie sanskryckiego „smrti”. To słowo w buddyzmie pojawia się wiele razy. Jest jednym z podstawowych czynników niezbędnych do prawidłowej medytacji. W wolnym tłumaczeniu oznacza „to, co zapamiętane” i odnosi się do tradycji recytacji świętych tekstów przez mnichów. Żeby zapamiętać dłuższe partie tekstu, potrzeba koncentracji. Koncentracja, słowo-klucz. Jak do niej dojść?

uwaznosc_3

Podstawą jest oddech. Gdy się na nim skupimy, wrócimy „do siebie”. Banalne? Spróbujcie przestać oddychać. Według hinduskich nauk życie liczy się nie w latach, a w oddechach. W swojej wiekowej, klasycznej już książce „Joga. Nieśmiertelność i wolność” Mircea Eliade pisze, że notowano przypadki joginów, którzy dożywali stu i więcej lat, potrafiąc przez dłuższe okresy przetrwać na jednym oddechu nawet kilka dni. To nie znaczy, że żyli na bezdechu – praktykując jogę przez całe życie, ich oddech stawał się coraz dłuższy. W jodze nazywa się to „pranayama. Można się go nauczyć i to działa. Zaświadczam – oczyszcza się umysł, uwalnia też ciało. Dopóki się to praktykuje. Próbowałam jogi. Tylko, że... cały ten filozoficzno-religijny balast, którego nie chcę za sobą ciągnąć, bo jestem wrośnięta w tradycję katolicką i mogę tylko „uciekać z gębą w rękach”. Swoją drogą Gombrowicz zmarł na astmę.

W czym tkwi twój problem, ktoś spyta. W czymś bardzo niemodnym. To słowo na „m”. Fajnie jest robić sobie dobrze, to znaczy ulepszać swoje życie. Ale tego, co ze sobą niesie ulga, wziąć już nie chcemy. To słowo na „m” to moralność. Granice – tego na pewno nie przyjmie self-made man. Boimy zaangażować się w coś więcej. Czy nazwiemy to metafizyką, czy religią, nie ma znaczenia.

uwaznosc2

Nie ma nic złego w pozytywnym myśleniu i tego typu rzeczach. Jest dużo złego w bezrefleksyjnym korzystaniu ze środków prowadzących do celu. Nie musimy przechodzić na buddyzm (podobno ostatnio bardzo modny w Nowym Jorku), ale dobrze wiedzieć, gdzie są źródła naszych fantastycznych metod. Inaczej nie będziemy różnić się od popularnej w latach 90. grupy muzycznej Ace of Base, w której teledysku „Happy Nation” wirowały symbole wszystkich ideologii świata i wszyscy dobrze się przy tym bawili. A może artystom chodziło o głęboką ironię? Tak głęboką, że nie jesteśmy w stanie jej dostrzec? Zawsze lubiłam Ace of Base. Jedno jest pewne: dopóki świat się kręci, ciężko nam żyć w przekonaniu, że – w zależności, czy oglądamy oldskulowe filmiki na YouTube, czy czytamy Nietzschego – „nie ma niczego” lub „Bóg umarł”. Za bardzo wieje grozą.

REKLAMA
REKLAMA