REKLAMA
Anywhere logo

Diana Dąbrowska

Jan Jakub Kolski: Niższość i wyższość

2017-03-27
...
Droga do świata wielkiego filmu wiodła z Popielaw, z domu dziadków, przez jaskinie i góry. Wiodła przez biedę, przez ciężką pracę, nie zawsze zresztą w filmie. Ale gdyby Jan Jakub Kolski jej nie przeszedł, polska kultura miałaby o jednego wielkiego reżysera mniej. Było zatem warto.

Czym jest męskość dla Jana Jakuba Kolskiego?

Tematem poza kompetencją. Bo ja, wie pani, nie bardzo już się znam na męskości. Kiedyś znałem się lepiej, uchodziłem nawet za osobnika niezwykle męskiego, przy czym mam na myśli męskość opartą na tężyźnie fizycznej i narcystycznym wystawianiu się na widok. O taką wizję siebie samego bardzo zabiegałem za młodu; być silnym, sprawnym, dawać bliskim poczucie bezpieczeństwa... No, ale przede wszystkim – podobać się. Tak, to było najważniejsze. Nawet kino czy sport były tylko narzędziami w tej sprawie.

Był pan osobą próżną?

Za młodu tak. Byłem uzależniony od opinii innych o mnie, więc starałem się zawsze wypadać jak najlepiej. Zupełnie jakbym nie potrafił zobaczyć siebie bez pomocy innych ludzi. To mogło oczywiście oznaczać, że miałem obniżone poczucie wartości i nieudolnie próbowałem sobie z tym radzić. Tylko skąd ja to miałem wtedy wiedzieć? Proszę sobie wyobrazić takiego 25-letniego chłopaka, potwornie wysportowanego, jak sprężynka, który robi salto w tył z miejsca i dziewczyny natychmiast sikają po nogach. Jest umięśniony, ma długie blond loki, ciągle się opala. Tak, byłem wówczas wręcz uzależniony od opalania... Potrafiłem leżeć na słońcu przez cały dzień. Jeździłem też do najgłębszych jaskiń w Europie na wyprawy speleologiczne zorganizowane przez mój klub, umocowany wtedy przy Socjalistycznym Związku Studentów Polskich czy przy czymś takim. Film, góry, jaskinie, dziewczyny. Nie znałem innego świata i nie byłem go ciekawy. Ja z moją urodą byłem wówczas całym światem. No widzi pani, dureń.

kolski

A przecież, gdyby brać pod uwagę pańską wczesną twórczość, można by dojść do wniosku, że za młodu nie ruszał się pan z Popielaw.

Ale skąd! Podróżowałem. W 1980 na przykład byliśmy na wyprawie w Alpach Apuańskich w Toskanii. W najgłębszej jaskini Włoch Antro Del Corchia, trzeciej wówczas jaskini świata. Słuchaliśmy radia lokalnego Levigliani i byliśmy pewni, że w Polsce odbywa się właśnie arystokratyczna rewolucja. Z takiego urządzenia typu radio, do którego dwie płaskie baterie były przymocowane gumką, wysłuchaliśmy, że niejaki Leś Waleza dokonuje w Polsce rewolucji. I wyobrażaliśmy sobie że ten Waleza lub Walezy, potomek królów, jest wyrafinowanym intelektualistą, który zapanował nad prostym ludem. Byliśmy w górach, cywilizację zostawiliśmy na dole, więc informacje zastępowaliśmy wyobrażeniem o niej. No i nie byliśmy wcale pewni, czy to dobrze, że nowe porządki zaprowadza w Polsce arystokrata z francuskimi, najprawdopodobniej, korzeniami... Jak widać, możesz wyjechać z Popielaw, ale Popielawy nie wyjadą z ciebie.

A jak definiuje się dzisiaj męskość według pana? Dalej liczy się testosteron? A może ważniejszy stał się jednak sam ładny wygląd?

Jak już wyznałem, dość słabo znam się na męskości. Wydaje mi się, że może warto rozpisać na nią jakiś nowy wzór. Powiedzmy: odpowiedzialność, refleksyjność i może odrobina kobiecości? No ale przede wszystkim – tajemnica, namiętność, siła…

Pan lubi siłę i dba o to, aby ją mieć.

Staram się. Organizm mi trochę przeszkadza, starzejąc się i zapadając na rozmaite dolegliwości, ale rzeczywiście lubię czuć się silny. Cieszę się na przykład z tego, że – po operacji kręgosłupa – mogę znów nosić dziecko na barana. Jak jestem na wsi, umiem też już wyjąć z samochodu worek węgla, narąbać drewna… Zawód reżysera wymaga zresztą głównie sprawności fizycznej i siły. Dopiero w drugiej kolejności liczą się te wszystkie pozornie ważniejsze rzeczy, czyli wyobraźnia, rzemiosło, umiejętność rozmowy z ludźmi. Tężyzny wymaga również pisarstwo. Żeby rozpoznać rzeczywistość – po to, żeby ją później opisać – trzeba czasami bardzo odważnie wejść w świat, zamanifestować swoją moc. Niewidzialność, dyskrecja i delikatność to często zbyt mało na współczesny świat. Kiedy rzeczywistość stawia opór, trzeba umieć wyrąbać sobie w niej przejście w głąb.

Ale te siłę trzeba jakoś w sobie zbudować. Czy Jakub Kolski, reżyser, scenarzysta, pisarz, głowa rodziny, znajduje czas na to, żeby pójść na siłownię?

Mam własną siłownię na wsi. To jest bardzo poważny zestaw Kettlera. Ćwiczę tradycyjnie, sztangą i sztangielkami. Każda moja wizyta na wsi jest związana właśnie z nabywaniem siły – dosłownie i w przenośni. Tu w mieście [w Łodzi – przyp. D.D.] próbowałem chodzić na siłownię, ale… nie sprawdziłem się. Zresztą ten nieustający pokaz mody siłownianej wymaga więcej wysiłku niż samo ćwiczenie; trzeba wiedzieć co na siebie ubrać, co i o której godzinie wypić, zjeść, liczyć nieustannie te kalorie, węglowodany, białka, tłuszcze… Poza tym, nie potrafię ćwiczyć z innymi ludźmi. Chodzi o dźwięki jakie się wydaje podczas wysiłku. Ja głośno oddycham, sapię i jęczę, bo mnie wszystko boli. Nie chcę, żeby to ktoś słyszał. Dlatego ćwiczę na wsi.

Ćwiczenia to jedno, ale muszą być podparte jakąś dietą i licznymi wyrzeczeniami. Jest pan osobą konsekwentną?

W tej akurat sprawie absolutnie nie.

kolski_4

Czego nie jest pan w sobie w stanie odmówić?

Słodyczy, naturalnie. Zwyczajnie nie jestem w stanie bez nich żyć. Podobnie jak bez… mleka. Mleko jest moją Ayahuascą, niezbędną do tych wszystkim szamańskich działań twórczych, polegających na łączenie się z… No właśnie, z kim? Domyślam się, że to co mówię brzmi dość idiotycznie, ale w pierwszej fazie pracy nad scenariuszem czy książką, zawsze przechodzę przez taki rytuał z mlekiem jako Ayahyascą, by zyskać wsparcie dobrych, albo… złych sił.

Czyli głodny nie mógłby pan pisać?

Piszę głodny.

A co z mlekiem?

Spróbuję to pani jakoś wytłumaczyć... Moje pisanie, czy to chodzi o scenariusz, czy o książkę, przebiega niezmiennie na dwóch poziomach i zawiera się w dwóch etapach. Pierwszy etap, który nazywam niesuwerennym, polega na stwarzaniu środowiska do pisania. To jest może nawet bardziej ważne niż samo pisanie… Załatwiam wtedy węgiel w Agroskładzie w Rokicinach. W zależności od konfiguracji gwiezdnej ty jedziesz, albo oni ci ten węgiel przywożą. I w tym momencie już się jest w procesie tworzenia, już „się pisze”. Naprawdę. Potrzebujemy węgla, czyli mamy zimę. Musi być zima, musi się też w piecu palić. Następnie jedziemy po mleko do pani Lucyny Karzatki w Popielawach, bardzo ważnej osoby w moim życiu. Jak już w chałupie jest ciepło, to się siada przy piecu, wypija się to mleko, na kolana wskakuje kotka Edzia, mruczy mantrę na jakiejś świętej częstotliwości i razem ze mną przyzywa to konieczne, transcendentalne wsparcie.

Poważnie?

No tak (śmiech)! I czeka się, aż się zacznie pisać. A jak się zaczyna pisać, to wystarczy już tylko za tym tylko nadążyć. Najpierw się pisze we wszechświecie, w powietrzu czy gdzieś tam. Chodzi przecież o to, żeby te literki jakoś złapać. A żeby być zdolnym do tego trzeba przejść przez ten cały piecowo-mleczny obrządek. No i wtedy nie ma czasu na jedzenie i spanie. Wtedy się pisze bez ustanku, dopóki ogień w piecu nie wygaśnie i nie obudzimy się brudni, głodni oraz niewyspani. Tak to z grubsza wygląda. Cały scenariusz „Jańcia Wodnika” napisałem w 10 dni, później nie zmieniłem ani literki. Dziesięciu dni potrzebowałem również na zmontowanie filmu, nie zmieniając potem ani jednego ujęcia. Jestem prawie pewien, że ten pierwszy twórczy etap, to jest coś w rodzaju odpowiedzi na spryt artysty. Umiesz po prostu znaleźć to gniazdko z prądem, podłączasz się do tych ponadnormatywnych voltów i amperów i – mówiąc eufemistycznie – korzystasz…

Ależ bym się tego mleka napiła!

Mleko to poważna sprawa, polecam. Jak pani będzie w Popielawach, proszę podjechać do pani Karzatki. Mleko to początek, magia. Potem jest oczywiście praca. Ciężka praca. W tym drugim, suwerennym etapie, trzeba to, co się ze zdumieniem odkryło na kartkach, poukładać według przepisów, struktur, podkładów kompozycyjnych. No i wychodzi zwykle rzecz trzyaktowa, z dwoma punktami zwrotnymi, kulminantą, zakończeniem… Wszystko na swoim miejscu.

I trzyma się pan tak sztywno tych zasad?

Trzymam się, choć oczywiście obrabiam ten przywołany materiał swoim temperamentem, gustem i poczuciem rytmu. To jest konieczność, bo ten pierwszy zapis, wykradziony z cudzego gniazdka prądowego, jest wprawdzie uwodzicielski, ale zwykle dość bełkotliwy i amorficzny. Początkowo żadne podkłady kompozycyjne nijak nie chcą pod to pasować.

Nie ma miejsca na improwizację?

Ratunku! Właśnie dopiero wtedy jest! Ktoś kto chce improwizować od razu, bez pisania scenariusza czy dialogów, jest straceńcem. Na jaki temat będzie improwizował? W związku z czym?

Nie wierzy pan francuskim nowofalowcom?

Wierzę. Wyobrażam sobie, że wczesny Godard czy późny Bresson przygotowywali swoje filmy jak benedyktyni, w każdym calu, w każdym milimetrze. Wiedzieli wszystko o parametrach sceny, którą później improwizowali na planie z udziałem aktorów. Nie wolno pomylić improwizacji z brakiem przygotowania do pracy. Dla mnie na przykład, jednym z najważniejszych etapów przy realizacji filmu jest dokumentowanie przyszłych miejsc zdjęciowych. Drobiazgowe, z kompasem, miarką i aparatem fotograficznym. Muszę wiedzieć o tym miejscu wszystko, bo jak inaczej? To mi daje bezpieczeństwo – oswojenie, a nawet jakiś rodzaj wyobraźniowego zawłaszczenia tego świata. On musi być mój, żebym umiał się nim później podzielić. Wtedy dopiero pojawia się miejsce na improwizację. Słońce zaświeci jakoś szczególnie, to od razu przestawiamy kamerę żeby tę niepowtarzalną iluminację złapać. Bo ją zobaczyliśmy. Ale jeśli człowiek nie jest przygotowany, to w tym paraliżującym stresie i zalęknieniu przegapi to. Jak ślepiec może coś zauważyć? Jak głuchy coś usłyszy? Improwizacja to tak naprawdę luksus, na który trzeba sobie zapracować. Ale poza pokorą trzeba też na plan przynieść trochę arogancji. Bez niej też się nie zrobi filmu. Poczucie niższości razem z poczuciem wyższości, dopiero ta mieszanina jest w stanie coś wywołać. Wtedy możesz usłyszeć co świat do ciebie gada.

Mamy zimę, coraz cieplejszą, ale wciąż zimę. Czyli pracuje teraz pan nad nowym scenariuszem?

Mam 72 sceny nowego scenariusza. Każdej zimy piszę.

A to, że zimy coraz mniej srogie, wpływa jakoś na kształt pisania, doskwiera to panu?

No przecież mamy prawdziwą zimę ze śniegiem, dokładnie taką, jaką pamiętam sprzed lat.

kolski_3

Ale jak pan znajduje równowagę pomiędzy tymi poziomami, zadaniami, obowiązkami?

Nie znajduję. Żyję w wytrąceniu z równowagi. Taki mam najwyraźniej zadany los. Może, paradoksalnie, to jest jakiś sposób na harmonię. Harmonia a rebours. Codziennie wstaję i biorę się do pracy. Dzień w dzień. Od 45 lat. Nie ma usprawiedliwienia. Nawet w najtrudniejszych, kryzysowych latach i miesiącach wstaję i biorę się do pracy.

Permanentny stan wyjątkowy?

Tak, ale to trzeba umieć psychicznie wytrzymać. Proszę spytać, czy wytrzymuję.

Wytrzymuje pan?

Nie wytrzymuję.

I co wtedy się dzieje?

Próbuję oswoić się z niewytrzymywaniem. To jest kolejne piętro jakieś męki, przez którą muszę przejść. Staram się przy tym nie wchodzić nikomu w oczy, uciekać jak najdalej od tych, których te odpryski niewytrzymywania mogą zranić. Oni nie mają tego widzieć. Uciekam do lasu, zakopuję się pod ziemię, rąbię drewno… Ten wyjątkowy stan, o którym mowa, sportretowałem w swoim ostatnim filmie „Las 4 rano”. Tak, jestem regularny i pracowity, ale pośród obowiązków, które sobie hierarchizuję, jeden jest najważniejszy. Na samej górze, top topów. Temu obowiązkowi na imię Apolonia i ma pięć i pół roku. To jest obowiązek najobowiązkowniejszy. Inne przy nim bledną. Co jeszcze? Nie śpię dużo, próbuje synchronizować się z chwilą. Na ile mogę staram się czerpać przyjemność z tego co robię; że ćwiczę, że idę po dziecko do przedszkola, że jeżdżę tu i tam, że mam wyrozumiałą i piękną partnerkę. Nawet z tego, że siedzę i piszę.

Pisanie to dla pana przyjemność?

Nie sądzę, żeby pisanie mogłoby stanowić dla kogokolwiek przyjemność. Z pewnością nie dla pisarza. Z robienia filmów też zresztą nie czerpię przyjemności. Ona skończyła się na planie „Jańcio Wodnika”, a to było przecież już dawno.

Czyli rację mają ci, którzy mówią, że potrzebują metaforycznie zabić babcię, matkę, ojca, żeby móc z żalu napisać chociaż jedno dobre zdanie?

Nie wiem, to za trudne dla mnie. Czesław Miłosz w wywiadach przy okazji „Pieska przydrożnego” mówił, że jego poezja zwykle karmiła się radością i światłem. Zupełnie w to nie wierzę, bo to przecież poezja dobra, a dobra poezja, czy szerzej: sztuka, nie jest w stanie nakarmić się światłem. Raczej mrokiem, tak to widzę. To moje, pożal się Boże, pisanie jest mordęgą.

W pisaniu najważniejszy jest ponoć rytm, zgodziłby się pan?

Nie wiem. Ja poprawiam tekst tyle razy, aż wreszcie mi to brzmi. W pisaniu najważniejszy jest chyba słuch.

kolski_5

Pisząc jest już pan w stanie usłyszeć reakcje potencjalnych odbiorców?

Nie, skupiam się na swoim uchu. Moje ucho, moje poczucie rytmu, moje doświadczenie, moja frustracja, mój wzrost, mój kolor oczu, a ostatecznie – moje wyobrażenie o świecie. W ogóle nie myślę o przyszłym czytelniku czy widzu.

To wspomniane wspinanie się po jaskiniach uczyniło z pana tak bezkompromisowego twórcę?

Nie, postarało się o to życie, historia. Od dzieciństwa działałem pod wpływem dwóch silnych zachęt. Mieszkałem jako mały chłopiec na wsi, bo mnie tam oddelegowano z Wrocławia. Chodziłem do szkoły w Popielawach i stopniowo poddawałem się naciskowi tego świata. Najpierw naznaczyły mnie słowa dziadka Jakuba, czyli pierwsza popielawska zachęta formatująca, w skrócie PPZF: „Nic z ciebie nie będzie. Hanka, z niego nic nie będzie”. Na co babcia Hania: „Co ty mówisz Jakub, przecież to bardzo zdolne dziecko”. Dziadek nieugięty: „Zobaczysz, że nic z niego nie będzie”. A drugą zachętą była bieda. Proszę mi wierzyć, że bieda najlepiej pcha do przodu. Znajdujesz wtedy determinację, żeby poprawiać swój los, albo budujesz sobie w wyobraźni lepsze życie. W Popielawach było biednie, ale we Wrocławiu było jeszcze biedniej. Myśmy pakowali z babcią jajka do pudła z mąką i wysyłali. Jajka mąką uklepane, najgorszy z możliwych pomysłów. Dopiero po latach odkryliśmy z babcią, że najlepiej te jajka pakować najpierw w papier, a potem do mąki. Dzięki temu miały warstwę ochronną, bo przecież wiadomo, że paczkami się rzuca. Więc mamy najpierw 10-letniego chłopca, który mieszka z rodziną w mieście i otwiera te paczki z jajkami i mąką. No a potem ten chłopiec z radosnego odbiorcy jajek znoszonych przez kury dupą, staje się nagle ich smutnym nadawcą. Ziemia się przebiegunowała, rozumie to pani?

Ale czy coś takiego nie buduje charakteru?

Buduje?! Miażdży! Te wszystkie pozorne zyski, to właściwe produkt uboczny nieszczęścia. Nie umiem tego pani wytłumaczyć.

Mit Syzyfa?

Nie, prosta historia o człowieku, dziecku, które tęskni. Tęskni za ojcem, tęskni za matką. Proszę wyobrazić sobie sytuację, w której do dziecka małego, niby rozumnego już, mówi się: „Chcesz pojechać do Afryki, do ciotki?”. I to dziecko zachwycone mówi bez zastanowienia: „Tak! Tam jest ciepło i słonie chodzą z trąbami”. Bo ja chciałem pojechać do dziadków. Bo dziecko chce. Wyobraża sobie pierwszy dzień, nawet drugi i trzeci… Ale sto dwudziesty trzeci? Odwrócenie tego porządku, w którym to rodzice wiedzą, a dziecko daje wiarę, to była dla mnie kompletna katastrofa. I to katastrofa na miarę zawalenia Wieży Eiffela albo coś podobnego. Całkowite załamanie konstrukcji świata, w którym już nie jesteś synem czy bratem, a wyłącznie wnuczkiem.

I nie mógł pan po prostu powiedzieć, że ma dość, i wrócić do Wrocławia?

Mówiłem. Byłem umówiony na pół roku, potem zrobił się tego rok, a potem kolejny. I z tego jednego zaburzenia równowagi świata wzięło się wszystko późniejsze. Ten jeden wielki deficyt spłodził bez ostrzeżenia następne deficyty. A pani, dziennikarka, lat dwadzieściaparę, widzi w tym wydarzeniu zupełnie inną logikę – w nieszczęściu wiejskiego gówniarza widzi źródło rozwoju i sukcesów.

Dziennikarka, lat dwadzieściaparę, widzi to tak, jakby pan był od małego był niemalże przygotowywany do tego, aby radzić sobie z nieszczęściami.

Do tego człowiek nigdy nie jest dostatecznie przygotowany. Zgoda, wyposażenie pod tytułem „z ciebie nic nie będzie” uzupełnione jeszcze biedą i może jakimiś paroma talentami wyniosło mnie do tego miejsca, w którym teraz jestem. Tylko co z tego? Otóż głęboko, zasadniczo i uparcie nie wierzę, że te dwie substancje – radość i twórczość – mogą być w splocie czy choćby w jakimś przyjaźniejszym związku. Nic z tych rzeczy. Nie wierzę też żadnemu artyście, który mówi, że jego robota jest wykwitem radości. Bo jeśli ktoś rozgląda się za radością, to niech omija robienie filmów czy pisanie. Tam jej nie ma. Nie ma i już. Sztuka, jakkolwiek uwodzicielska, jest prawie zawsze echem nieszczęścia.

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA