REKLAMA
Anywhere logo

Jacek Górecki: NA AFISZU #17

2017-03-30
...

„Turek we Włoszech” - Gioacchino Rossini

Teatr Wielki – Opera Narodowa – reż. Christopher Alden

Mamy już wiosnę, a w budynku Opery Narodowej sezon raczej przepływa dość topornie. Powtórki i archiwalne grane od lat zakurzone klasyki z „Madame Butterfly” na czele. Do tego dwie premiery, z których pierwsza, „Goplana” w reżyserii Janusza Wiśniewskiego, po której zostają tylko świetne kostiumy, rozczarowuje. Naprawdę nie jest to wszystko apetyczne. Ale na szczęście pojawiło się zielone światło. Wszystko to za sprawą podróży do Włoch. Viaggio in Italia! – krzyknąłem po ostatniej wizycie w Teatrze Wielkim. Amerykański reżyser Christopher Alden zaproponował nam operę-buffa „Turka we Włoszech” Gioacchino Rossiniego, czyli komedię w czystej postaci. To koprodukcja z Teatro Regio di Torino oraz Oper de Dijon i festiwalem Aix-en-Provence. Nie będę w operze Rossiniego szukać jakieś wielkiej głębi. Mamy tutaj do czynienia z historią raczej z tych najprostszych, nieco podstarzałych. Taki żart polegający na pośliźnięciu się na skórce od banana. Włoska intryga małżeńska, którą zachwycano się w Mediolanie na początku XIX wieku. A małżeństwo po włosku jest pełne fajerwerków, podobnie jak rozwód. Główni bohaterowie nie przebierają w środkach, dochodzi do aktów miłości i zazdrości, które podszyte są wielkim majątkiem. Wszystko więc nabiera tempa, nie tracąc zainteresowania widzów. Tylko że Alden odczytał tę nieco archaiczną operę na nowo.

Niepozorna, lekka komedia w neapolitańskim stylu za sprawą reżysera podszyta została uprzedzeniami, które szczególnie dziś nabierają nowych, ostrzejszych rys. Turek pojawia się przecież we Włoszech, w dodatku wdaje się w romans z tamtejszą. Ale nie chodzi tu o wielkie polityczno-teatralne manifestacje, które przecież wyskakują nam z lodówki. To jest tutaj tylko tłem, które ma nadać operze Rossiniego świeższego charakteru. I tak przecież chodzi o rozrywkę. Ale nie byłoby tego efektu, gdyby nie Edyta Piasecka, która dostała wreszcie po latach szansę na miarę swoich warunków (zupełnie inaczej niż we wspomnianej „Goplanie”). Jej rola Fiorilli to prawdziwy brylant w tym przedstawieniu. Każdy jej sopranowy wykon zachwyca widzów, przypomina to, co jeszcze dekadę temu było na językach wszystkich. Nominowana do Paszportów Polityki sopranistka była wówczas objawieniem. Wszystko dlatego, że Piaseckiej się przede wszystkim słucha (to nie jest takie oczywiste w operze), dopiero później ogląda i podziwia warsztat aktorski. Ona posiada niezwykłą świadomość swoich warunków, którymi tak precyzyjnie potrafi się bawić, przez co przyćmiewa nieco swoich kolegów. I chociażby dla niej warto wybrać się w tę podróż do Włoch, która może niczego nowego nam nie powie, która może i niektórych rozbawi, ale z pewnością oczaruje śpiewem solistki. A przecież o śpiew w operze chodzi. Idźcie posłuchać Piaseckiej!

REKLAMA
REKLAMA