REKLAMA
Anywhere logo

Wojciech Zawioła

Ciężar lekkiej

2017-04-01
...
Przyznaję, że oglądałem z wypiekami na twarzy. Momentami nawet wstawałem, jakby miało mi to dać lepszą widoczność. A to tylko emocje kazały mi podnieść się z kanapy i „pomóc” naszym. Emocje sportowe, takie, jakich wciąż nam brakuje – pozytywne.

Lekkoatleci dali nam niewątpliwie mnóstwo radości tym, co zrobili w Halowych Mistrzostwach Europy. Polscy sportowcy rzadko bywają najlepsi w dyscyplinach liczących się na całym świecie, dlatego zachłystujemy się takimi chwilami, połykamy je jak najpyszniejsze danie. Bezkrytycznie, choć trudno o krytykę w przypadku złotych, srebrnych czy brązowych medali. Chodzi raczej o brak nawet podstawowej analizy tego co się stało, brak chłodnego spojrzenia. Ktoś powie: „Jakie chłodne spojrzenie?! Zdobyliśmy dwanaście medali!” Oczywiście. Nikt nam tego nie odbierze. Tyle, że w tej całej euforii i wykrzykiwaniu, że jesteśmy potęgą lekkoatletyczną, zapominamy, że to były wprawdzie Mistrzostwa Europy, ale halowe, w dodatku w roku poolimpijskim. Co to oznacza? Ano przede wszystkim to, że gro najlepszych na świecie i Europie odpoczywa albo szykuje się na czempionaty po sezonie halowym, czyli te na otwartym stadionie. Odpowiedź na pytanie jak dobrzy jesteśmy mogą dać jedynie rezultaty, nie zajęte miejsca.

Nie umniejszam tego sukcesu. Powątpiewam jedynie w słuszność tak hucznego świętowania. Bo w ubiegłym roku byliśmy jeszcze większą potęgą lekkoatletyczną po zwycięstwie w klasyfikacji generalnej mistrzostw Europy w Amsterdamie. Z bijącymi sercami czekaliśmy na igrzyska olimpijskie i już liczyliśmy medale. Tymczasem w Rio naszym łupem padły… trzy krążki. Trochę za mało jak na potęgę.

Liczba zdobytych medali w mistrzostwach Europy i to w hali nie musi się jednoznacznie przełożyć na wyniki w mistrzostwach świata, które czekają nas w tym roku w Londynie. Nawet na pewno się NIE przełoży. W brytyjskiej stolicy zjawią się Amerykanie, Jamajczycy, Kenijczycy i Etiopczycy. I oczekiwania. Być może właśnie te ostatnie w Rio zdecydowały o niepowodzeniu. Adam Kszczot, nasz biegacz na 800 metrów, od kilku lat wygrywa swoje starty jak chce. A na igrzyskach, jeden jedyny raz, zawiódł. Jego przegrana była wręcz symbolem słabego występu lekkoatletycznego.

A zatem radość ze zwycięstwa w Belgradzie – tak. Tendencje mocarstwowe – nie. Trochę lodu na głowy.

 

REKLAMA
REKLAMA