REKLAMA
Anywhere logo

John Porter i Adam Nergal Darski: Metakontakt

2017-04-03
...
Dwóch znanych rockmanów siedzi obok mnie, patrzy mi w oczy i mówi z pełnym przekonaniem, że każdy, nawet ja, mógłby wziąć tego bluesa, tego rocka, ten folk, to country i ulepić z nich coś swojego, jak zrobili to oni pod szyldem Me And That Man. Być może mógłbym nawet uwierzyć, że mogę nagrać taką płytę jak ich „Songs of Love and Death”, ale za twardo stąpam po ziemi – ja jestem tylko marnym pismakiem, a oni to przecież dwie legendy: John Porter i Adam Nergal Darski.

Zacznijmy całą tę historię od początku... Gdzie zetknęliście się ze sobą po raz pierwszy?

Nergal: W greckiej restauracji! 

Przechodziliście obok siebie i...?

Nergal: Nie, nie, nie. Zadzwoniłem wcześniej do Johna, zaproponowałem mu spotkanie.

John: Rozmawialiśmy ogólnie, było bardzo fajnie. Daliśmy sobie nawzajem do zrozumienia, że chcemy coś zrobić. A potem każdy poszedł swoją drogą, w swój świat muzyczny i nie tylko.

Nergal: To było tuż przed wydaniem Johna płyty „Honey Trap”, więc on był busy ze swoimi koncertami i promocją. Dla mnie był to natomiast moment, kiedy wychodził album „Satanist”, więc wiadomo. Każdy z nas był zajęty swoimi własnymi sprawami.

Nergal, inicjatywa wyszła od ciebie? To ty wymyśliłeś, że fajnie byłoby coś z nim zrobić.

Nergal: Tak. Parę lat wcześniej zaproponowałem Johnowi przez Maćka Maleńczuka udział we wspólnej piosence, na którą on ku mojej uciesze się zgodził. Mieliśmy więc wcześniej ze sobą do czynienia artystycznie.

John: Wtedy się jeszcze nie znaliśmy, nie wiedzieliśmy, że nasze drogi się tak poplączą.

Nergal: Powstał wtedy jakiś metakontakt artystyczny. Potem spotkaliśmy się fizycznie. Odbyliśmy rozmowę.

John: Zaprosiłem go do siebie. Nie na randkę...

Nergal: ...choć miałeś nadzieję! (śmiech)

john_porter_adam_nergal

John: (śmiech) Dałem mu do ręki gitarę, żeby sprawdzić, czy w ogóle jesteśmy na tej samej mapie. To było dość istotne, przecież mogło się okazać, że było spotkanie, wszyscy byli mili, podali sobie ręce, ale muzycznie jesteśmy w innych miejscach. Nergal przyniósł wtedy szkielet piosenki „Shaman Blues” i od razu znaleźliśmy się w tym samym punkcie. Chciałem jeszcze zobaczyć, co Adam ma w zanadrzu. Ja miałem mnóstwo gotowych piosenek, bo komponuję non-stop. Pokazał wtedy pierwszą wersję „Voodoo Queen” i zaczęło się na dobre. Zdecydowaliśmy, że coś z tym trzeba zrobić.

Nergal: Kolejnym etapem było robienie demówek w Gdyni, w studio Sounds Great Promotion u naszego przyjaciela Kuby Mańkowskiego. Tam robiliśmy sesje. Wpadaliśmy na dzień, dwa, czasem trzy i tak budowaliśmy materiał.

John: Pamiętam, że za pierwszym razem byłem strasznie chory.

Nergal: Kiedy mieliśmy czas wolny, John przyjeżdżał do Trójmiasta i robiliśmy jakieś pół dnia sesji. Z tego powstawały utwory. Jedno posiedzenie to dwie, trzy piosenki. Szybko. 

Kiedy spotykaliście się po raz pierwszy, po raz pierwszy zaczęliście wspólnie grać – jaki element sprawił, że zaczęliście się rozumieć na polu muzycznym i prywatnym?

Nergal: Nie ubierałbym tego w jakieś duże słowa. Nie uderzyłem do Johna na zasadzie: „Mam nadzieję, że to będzie początek wspaniałej przyjaźni”. To patetyczne i dość pretensjonalne, nie sądzisz? Mam olbrzymi szacunek do jego back katalogu, do charyzmy, osobowości. Czuję też jakąś niesprawiedliwość, że współtworzył scenę rockową w Polsce – to jest fakt – a to się ignoruje. To też nie jest tak, że przyszedłem z misją „uratuję Portera”, bo on sobie świetnie radził, ale gdzieś w totalnej niszy. Intuicyjnie czułem – a staram się słuchać intuicji – że jak usiądziemy razem, to stworzymy kawałek wartościowej muzyki, która być może dla niego nie będzie czymś super nowym, bo przecież Me And That Man w większości nawiązuje do początków działalności Johna, tej bardziej rockowej, ale nie tylko. Dla mnie natomiast mogło to być coś kompletnie nowego, chociaż też nie do końca, bo był kiedyś zespół Wolverine.

John, repertuar Me And That Man jest bliższy twojej stylistyce niż Behemothowi.

John: To nietrudne. Każdy repertuar byłby bliższy temu, co Nergal gra na co dzień (śmiech). 

Ale – poprawcie mnie, jeśli się mylę – publiczność Me And That Man będzie się tworzyć poczynając od publiczności Behemotha.

Nergal: Możliwe, ale tego nie wiemy.

John: Mam nadzieję, że będzie tym zainteresowanych wielu ludzi z różnym gustem muzycznym.. Są przecież ludzie, którzy lubią Lanegana, Shearwater czy podobne tematy. Oni chyba przyjdą na taki koncert.

Informację o waszym wspólnym projekcie pierwsze na świecie zaczęły powtarzać media związane z muzyką metalową.

Nergal: Na świecie tak, ale nie tylko. Na szczęście mamy Vice’a, Noisey, Pitchfork – najważniejsze niezależne alternatywne media na świecie. One podłapały temat. Był też oczywiście „Metal Hammer” i tego typu rzeczy. Nie mówimy tym mediom „nie”, bo tam też są potencjalni fani. A przecież Behemoth też ma fanów, którzy interesują się inną muzyką i są otwarci na nowe. Mój elektorat w jakiejś części jest bardzo radykalny i już dostałem wpierdol za to, co robię. Ale nigdy nie podpisałem żadnego kontraktu na wyłączność i nie czuję się niczyim niewolnikiem. Ale z kolei inna część moich fanów mocno się nową muzyką ekscytuje.

John: Dla mnie ten projekt spotkał się z bardzo pozytywną atmosferą. To bardzo miłe i czuję wsparcie ludzi. Nie ma reakcji typu: „po co to robicie”?

John, do ciebie nie dotarł hejt za ten materiał? Albo za samą współpracę z Nergalem? On jest przecież postacią kontrowersyjną – jedni go uwielbiają, inni go nienawidzą.

John: Nie, na razie nie. Wiadomo – jakiś hejt jest zawsze, ale to zupełnie normalne. Nie boję się tego. Miałem to już w życiu, wszystko znam, nic nowego. Miałem nawet stalkera, który wystawał u mnie pod domem. Chciał, żebym mu załatwił operację plastyczną, bo chciał zmienić płeć. Kiedy się okazało, że tak się nie da, zaczął strasznie hejtować. Było niefajnie, ale się przyzwyczaiłem.

Nergal: Jesteśmy obaj za długo na scenie i zbyt dobrze znamy ten polski i światowy kurwidołek, żeby się egzaltować tym, że ktoś ma problem z samym sobą i publicznie wylewa frustracje na muzykę i jej autorów. W krytyce nie ma nic złego, ale jeśli hejt jest agresywny, a taki przecież jest z natury, to taki komentarz dotyczy jego autora, a nie adresata.

John: Robimy swoje od tylu lat, że zwracanie uwagi na to, co ktoś o mnie mówi i pisze, byłoby bez sensu. To, co inni robią, nie robi na mnie wrażenia. Każdy z nas z sukcesami robi swoje od tylu lat bez względu na to, co mówią dookoła.

Nergal: Nasz kręgosłup jest stabilny. Trudno zachwiać naszym poczuciem wartości tylko dlatego, że ktoś coś napisał.

John:Jesteśmy pewni tego, co robimy i wiemy, po co to robimy.

Wielu sobie pewnie pomyślało, że skoro Nergal nagrywa płytę bluesową z Porterem, to w końcu się uspokoił, w końcu obędzie się bez kontrowersji. A tu na dzień dobry śpiewasz: „My church is black, my Christ is cold”.

Nergal: Muzyczna i tekstowa forma jest prosta, ale to nie jest z mojej strony kompromis. Ludzie to sugerują, myślą, że skoro starzejesz się, to zwalniasz, chcesz dotrzeć do większej rzeszy fanów, zarobić więcej kasy. A ja nie robię tego dla „fejmu”, bo mam go wystarczająco dużo. Nagrywaliśmy płytę bez kontraktu, za wszystko płaciliśmy sami. Robiliśmy tylko i wyłącznie rzeczy, które chcieliśmy zrobić zgodnie z maksymą „Do It Yourself”. Byliśmy tworzywem i tworzącym.

Ale tu nie było wiele ryzyka – przecież mimo tego, że nagrywaliście sami i za własną kasę, to raczej było pewne, że skoro za projektem stoi Nergal, gwiazda metalu, to prędzej czy później jakaś wytwórnia się po to zgłosi.

John: Jasne, ale to jest okej. Nikt nie mówił o ryzyku, a raczej o komforcie. A na taki komfort Adam zasłużył.

Nergal: Ciężko na to pracowałem. To, że mogliśmy to robić bez kontraktu, jest owocem mojej harówki. Całe życie na to pracowałem. To jest mój życiowy cel jako artysty, a przez większość życia o tym nie wiedziałem. Dopiero gdy stałem się bardziej świadomy, to w jakimś wywiadzie powiedziałem: „Wiesz, jak chcę żyć? Jeżeli pewnego dnia stwierdzę, że chcę być fotografem albo zachcę malować obrazy, które będą do dupy i nikt nie będzie chciał tego oglądać ani kupować, to i tak będę to robił. Bo mnie na to stać. Chcę mieć ekonomiczny komfort grania takiej muzyki, jakiej moja dusza zapragnie”. Nagrywanie Me And That Man jest właśnie owocem dążenia do takiego życia.

Ludziom się wydaje, że stoi za tym jakaś chłodna biznesowa kalkulacja.

John: Jaka kalkulacja? Gdyby stała za tym jakakolwiek kalkulacja, to już dawno byśmy to skończyli, wydali, nagrali teledyski, zgarnęli tę kasę, na którą liczyliśmy, i do widzenia. A tymczasem wszystko się rozciąga – trochę teraz, trochę później, trochę nigdy.

john_porter_adam_nergal2

Nergal: Nie było kalkulacji. Docierają do mnie złośliwe komentarze na zasadzie: „Nergal wyczuł koniunkturę King Dude’a, chce zrobić coś podobnego”. Mówią to najczęściej jacyś nastoletni metalowcy, którym się wydaje, że blues zaczął się z Kingiem Dudem. Ich horyzonty są wąskie, więc nie zdają sobie sprawy, że King Dude z premedytacją czerpie całymi garściami z innych wykonawców i się tym bawi. Lubię go i szanuję. Kolegujemy się. Poleciałem kiedyś zresztą do Berlina, spotkaliśmy się, puściłem mu ze trzy numery Me And That Man. Był zachwycony! King kibicował temu zespołowi. Ale kuce (Nergal odwraca się w kierunku Johna i wyjaśnia mu: Kuce to metalowcy – przyp. J.M.) nie mogą o tym wiedzieć. Zapominają, że dziesięć lat temu założyłem projekt, który się nazywał Wolverine, w którym było mnóstwo bluesa. Jest tam nawet bluesowa ballada! Nie jest to w połowie tak dobre, jak Me And That Man, ale to już były moje pierwsze próby. Później nagrywałem rzeczy do szuflady, których pewnie nie wypuszczę, bo po co. Ale mam takie covery Van Zandta ze skrzypcami i kontrabasem. Puszczałem je Johnowi. Chciałem coś takiego robić nawet parę lat temu, jeszcze zanim świat usłyszał o Kingu Dude. Wykorzystujemy narzędzia, które leżą na ulicy. Każdy, nawet ty, może je podnieść i coś robić. Po to zostały wynalezione przed laty przez czarnych ludzi w Ameryce. Niczego nowego nie tworzymy. To, że to jest nieoryginalne, nie wyklucza unikatowości. Wierzę, że to jest unikatowe, że ten nasz mezalians jest wartościowy i świeży. Redefiniujemy i reinterpretujemy stare brzmienie, stare dźwięki. Dużym plusem tego, co robimy, jest fakt, że Me And That Man jest tworem bardzo eklektycznym. W „Newsweeku” napisali „zespół bluesowy” i jasne, on jest bluesowy, ale jest też dziesięć innych kategorii, w które możesz go wrzucić.

John opowiadał mi ostatnio, jak fani robili sobie z nim selfie w Biedronce. Tobie też się coś takiego zdarza?

Nergal: Nie, ale mam inną historię. Pojechałem kiedyś do Londynu. Chciałem zobaczyć rosyjską adaptację – skądinąd piękną – „Mistrza i Małgorzaty”. Siedzę w korytarzu przed spektaklem, zostało 20 minut, patrzę – stoi facet bardzo podobny do Johna. To nie był John, ale często to podobieństwo podkreślam. Myślę sobie: „Cholera, znam go!”, ale nie wierzę, że stoi trzy metry ode mnie. Pytam znajomych: „To on, czy nie on?”. Oni, tacy nie bardzo kinowi, nie wiedzieli nawet, o kim mówię. Stwierdziłem: „Dobra, idę do kibla, wysikam się, nabiorę odwagi, jak wrócę, to poproszę go, żeby sobie zrobić wspólne zdjęcie”. Wracam – gość zniknął! Rozczarowany, myślę sobie, że kolejnej okazji nie będzie. Ale mam jeszcze piętnaście minut i znowu zachciało mi się siusiu – mam troszkę jak Adaś Miauczyński: jeszcze trzy minuty przed koncertem czy przed spektaklem pójdę i trzy kropelki wycisnę (śmiech). Idę do kibla, sikam. Patrzę, a obok mnie do pisuaru leje Willem Dafoe we własnej osobie. Wyszedłem, poczekałem, poprosiłem o zdjęcie. Był bardzo miły, zrobiliśmy fotkę. Swoją drogą ludzie często mówią, że John ma taką filmową twarz jak Dafoe. I ma.

Nie do końca wiem, co znaczy „filmowa twarz”.

Nergal: Jak kręciliśmy klip do „My Church Is Black”, to pierwsza scena była Johna. Reżyserka Olga Czyżykiewicz popatrzyła i powiedziała: „Przecież jego twarz robi tu całą robotę!”.

John, może zatem powinieneś spróbować sił w aktorstwie?

Nergal: Ja się z tym zgadzam! Masz plastyczną, charyzmatyczną i prawdziwą twarz! Taka moja opinia – możesz się z nią zgadzać lub nie.

John: Przemyślę to.

 

fot.: Oskar Szramka

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA