REKLAMA
Anywhere logo

Wszystkie Lizbony świata

2017-04-06
...
Fernando Pessoa jest chyba najbardziej cenionym portugalskim poetą. Swoje dzieła tworzył jednak, podpisując się różnymi nazwiskami. Niektóre wiersze sygnował własnym, inne zaś wymyślonymi imionami. Ale każdemu z tych wcieleń nadawał oryginalne cechy. W ten sposób każdy z jego artystycznych przydomków zyskiwał własne życie, a pisane pod nim wersy były inne niż reszta. Skąd w jednym poecie tyle osobowości? Może z przywiązania do Lizbony, która ma w sobie kilka innych Lizbon.

W klasztorze Hieronimitów w Belem, historycznej dzielnicy Lizbony, można zorientować się, jak wiele różnych oblicz ma Portugalia. Zaraz za wejściem po jednej stronie zwiedzających przywita symboliczny, ale okazały nagrobek śmiałka i odkrywcy, któremu żadna przygoda nie była straszna – Vasco da Gamy. Naprzeciwko niego spoczywa inny słynny Portugalczyk – nieszczęśliwy i pogrążony w depresji książę poetów – Luís de Camões. W tym samym klasztorze spoczęły też doczesne szczątki poety o wielu twarzach. Ta podstawowa nosiła imię Fernando Pessoa. Za jego przydomkami kryły się zupełnie inne, wymyślone biografie. Inny od Pessoi był Alberto Caeiro, inny był Ricardo Reis, inny był Álvaro de Campos, inny był także w końcu Bernardo Soares. Wszyscy żyli w Lizbonie, w ciele jednego człowieka. I tak, jak Camões i da Gama pokazują różnorodność Portugalii, tak Fernando Pessoa pokazuje różnorodność jej stolicy. Podobnie jak on ma ona bowiem wiele twarzy.

lizbona_1

Twarz nr 1. Jasna i pełna życia

Portugalii można pozazdrościć klimatu. Jest ciepła, ale już nie tak upalna, jak chociażby Hiszpania, bo chłodzona jest wiatrem znad oceanu. Kiedy zatem nad Lizboną świeci słońce, jest pięknie, a trzeba mieć świadomość, że słońce świeci tu często. Na dodatek większość budynków jest biała, więc nawet w ciasnych i stromych bocznych uliczkach jest jasno. Te z nielicznych budowli, które kryte są tradycyjnymi ceramicznymi kaflami, zwanymi „azulejo”, jeszcze mocniej odbijają promienie słoneczne. Czasami, żeby dojrzeć wzór na płytkach, trzeba porządnie zmrużyć oczy.

W Lizbonie się żyje. Być może ta ilość słońca i wszędobylska jasność pomagają Portugalczykom w cieszeniu się chwilą w inny sposób, niż robią to na przykład Włosi czy Hiszpanie. Zamiast szaleńczych zabaw, głośnych śmiechów i gwarnych biesiad, mieszkańcy Lizbony wolą wieść swoje życia niespiesznie, co wcale nie oznacza, że nudno i smutno. Wręcz przeciwnie. Życie łapie się tutaj nie płomiennymi romansami i szaleńczymi imprezami, a raczej spacerami nad brzegiem Tagu, spokojnymi, składającymi się z tradycyjnych specjałów kolacjami czy w końcu popijaniem wina na trawie podczas zachodzącego słońca nad rzeką i malowniczą wieżą Belem. Nie jest tu nudno, wszędzie gra muzyka, ale jednocześnie turysta nie ma wrażenia, że narzuca mu się jakiś jeden, ogólnie przyjęty sposób spędzania czasu. Nic z tych rzeczy. W Lizbonie możesz być, kim zechcesz, tak długo, jak będziesz wystawiał twarz do słońca i cieszył się bielą miasta z kieliszkiem wina w ręku. To w końcu ojczyzna ludzi ciekawskich, nieustraszonych i energicznych. Przecież to właśnie stąd, z portu w Belem, wyruszały pierwsze eskapady do najdalszych znanych zakątków ówczesnego świata. A nawet dalej. 

Twarz nr 2. Blizny

Miasto, w którym zawsze świeci słońce i wszyscy są uśmiechnięci, bo jak się nie uśmiechać, jeśli jest jasno, a wino jest dobre? Brzmi zachęcająco, ale tak utopijne może być tylko pierwsze wejrzenie na Lizbonę. Wystarczy zagłębić się trochę w historię miasta i przyjrzeć jego architekturze, by odnaleźć blizny na jego słonecznym obliczu. Są w zasadzie wszędzie. Kiedy będziecie zwiedzać Lizbonę, miejcie oczy otwarte.

lizbona_3

Jeden z najpopularniejszych placów w Lizbonie nosi nazwę Rossio. Kiedy znajdziecie się na nim, spójrzcie w górę. Na pobliskim wzgórzu bez trudu dojrzycie strzeliste ruiny nigdy nieodbudowanego kompleksu klasztornego Karmelitów. To jeden z wielu świadków wydarzeń, które rozpoczęły się w dniu Wszystkich Świętych – 1 listopada 1755 roku. Tego dnia rano, kiedy większość mieszkańców Lizbony modliła się w świątyniach, miasto nawiedziło potężne trzęsienie ziemi. Naukowcy oceniają, że miało siłę 9 stopni Richtera, jego epicentrum znajdowało się gdzieś w odległości kilkuset kilometrów od miasta, a wyczuwalne było nawet w Wenecji, o czym wspominał w pamiętnikach Casanova. W Lizbonie wszystko wskazywało na to, że nadszedł koniec świata. W centrum miasta rozstąpiła się ziemia, tworząc kilkumetrowe bruzdy. Na wzgórzach miasta wybuchły pożary. Na głowy mieszkańców leciały kawały kamiennych sufitów świątyń i domów. Wody oceanu cofnęły się, zostawiając na nabrzeżu mnóstwo zagłębionych w mule statków i łodzi. Ci, którzy nie zginęli pod gruzami, postanowili szukać schronienia z dala od walących się budynków – na terenach odsłoniętych przez ocean. Ale wkrótce ocean wrócił zabrać to, co zostawił – dwudziestometrowe fale uderzyły w miasto, zabierając to, co mogły zabrać. Nie dotarły jednak do części wzgórz, które trawił ogień. Z około 270 tys. osób, jakie zamieszkiwały Lizbonę w tamtym czasie, śmierć poniosło około 90 tysięcy. Na zawsze przepadły dzieła sztuki autorstwa Tycjana czy Rubensa. Nie przetrwały bezcenne dokumenty naukowe zgromadzone w archiwum królewskim. Zniszczone zostały piękne manuelińskie budowle i inne zabytki, jak choćby rejestry podróży Vasco da Gamy i Krzysztofa Kolumba.

Ktoś pomyśli – okej, ale to było dawno. Jednak efekty trzęsienia ziemi w Lizbonie widać po dziś. Zaraz po trzęsieniu ówczesny premier kraju Markiz de Pombal zabrał się za planowanie odbudowy. Wybudowane na nowo dzielnice były pierwszymi na świecie osiedlami, które zostały zaplanowane tak, by mogły wytrzymać trzęsienia ziemi. Zaplanowano szerokie ulice, którym nazwy nadano od cechów, mających tam swoje siedziby. Nowe kamienice, zamiast kolorowych i zdobnych płytek „azulejos”, miały proste formy, nazwane potem „pombalińskimi”. Użyteczność zaczęła górować nad estetyką.

Kiedy na Lizbonę popatrzy się dziś z góry – a można to zrobić choćby z terenu zamku św. Jerzego w żydowskiej dzielnicy Alfama (która nota bene ocalała od trzęsienia ziemi, pożarów i tsunami) lub z dachu pięknego łuku triumfalnego Arco da Rua Augusta, będącego jednocześnie bramą do Praça do Comércio, uwielbianego przez turystów i miejscowych placu, położonego nad samym Tagiem – można dojrzeć przemyślaną zabudowę i kratownicę ulic. Nad nimi, niczym mroczna i fascynująca pamiątka, wznoszą się wciąż wspomniane ruiny klasztoru Karmelitów. Warto je zwiedzić.

Smutne jest też fado, choć sami wykonujący ten gatunek muzyki artyści twierdzą, że bywa ono tak samo smutne, jak i wesołe. Fado to muzyka Lizbony, nieodłączny element tutejszego folkloru, blues tego miasta. Jest tęskne, jest romantyczne. Portugalska gitara i łkające głosy śpiewaków tworzą w duecie więcej niż tylko opowieść opatrzoną muzyką. Dają również kontekst XIX-wiecznej Lizbony, przemawiają tak do duszy, jak do wyobraźni (więcej o fado przeczytacie na Anywhere.pl).

Twarz nr 3. Europa i świat

Trudno o zaściankowość podejrzewać naród, którego dumni reprezentanci wyprawiali się w niesamowite eskapady i odkryli pół świata. Dlatego też w stolicy Portugalii, Lizbonie, nie znajdziecie kompleksów. W końcu to w pełni europejskie miasto, z bogatą historią, z której jest dumne, i bogatą przyszłością, z której będzie dumne kiedyś. Samo miasto nie jest wielkie – żyje w nim nieco pół miliona mieszkańców. Niemniej jednak cała aglomeracja liczy już ponad 2,5 miliona żyjących w niej osób. Jak przystało na europejską stolicę, Lizbona żyje zarówno turystyką, handlem, jak i przemysłem. Mieszczą się tutaj dwa porty oceaniczne – handlowy i wojenny, są stocznie, są fabryki przemysłu ciężkiego i rafinerie. Dzięki wspaniałym tradycjom żeglarskim i handlowym Lizbona do dziś pozostaje ważnym hubem i bramą, przez którą do Europy docierają towary z przeróżnych zakątków świata.

Żyje się tutaj nowocześnie. Restauracje – te tradycyjne i te oferujące bardziej współczesne podejście do kuchni – tętnią gwarem od rana do nocy. Puby pełne są kibiców, którzy emocjonują się starciami piłkarskiej reprezentacji Portugalii, z ikonicznym już Cristiano Ronaldo na czele, ale także ligowymi pojedynkami na szczycie, rozgrywanymi przez miejscowe Benficę i Sporting (w Portugalii poza tymi klubami liczy się jeszcze tylko FC Porto). Kibice dojeżdżają na stadion nowoczesnymi samochodami i autobusami, a turyści krążą po mieście kultowym starym tramwajem numer 8, który okrąża starą część miasta, kluczy starymi, wąskimi uliczkami, na zmianę wspina się po stromych wzgórzach i zjeżdża z impetem w dół.

lizbona_2

Nowoczesność miasta ma swoje dobre i złe strony. Na rozległym placu, na którym kiedyś mieścił się port, obecnie powstaje wielopoziomowy parking. Będzie wciśnięty między Tag, od którego oddziela go jedynie ruchliwa ulica, a rząd pięknych starych kamienic.

Twarz nr 4. Jeszcze nieodkryta

Być może trzeba się tu urodzić, żyć i umrzeć, żeby mieć choćby cień szansy na poznanie tej nieodkrytej twarzy Lizbony. Być może trzeba stać się częścią tego miasta, stopić się z nim jak poeta Pessoa i śpiewacy fado, żeby móc przedostać się pod jego skórę i trafić do jego bijącego serca. Turystom odwiedzającym stolicę Portugalii jakaś nieodkryta tajemnica miasta objawia się w małych rzeczach. Widać ją w pewnej nonszalancji kelnerów, którzy stawiają na stole którąś z niezliczonych wariacji na temat bacalhau, czyli potrawy, której podstawą jest suszony dorsz. Widać tę tajemnicę w zamyślonych spojrzeniach popijających kawę starszych panów w ulubionej restauracji Pessoi, ukrytej pod arkadami przy Praça do Comércio. Tę samą tajemnicę dostrzegłem też w oczach dziewcząt, sączących wino i rozmawiających przyciszonym głosem na nowoczesnym nabrzeżu Tagu oraz młodych mężczyzn, wpatrujących się w otchłań oceanu, jakby kazały im to robić geny Vasco da Gamy, Bartolomeu Diasa i Fernão de Magalhãesa, czyli Ferdynanda Magellana.

Tę nieodkrytą jeszcze twarz Lizbony trzeba jednak dostrzec samemu.

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA