REKLAMA
Anywhere logo

Tomasz Sobierajski

Emilia Komarnicka: Dziewczyna z Bergmana

2017-04-10
...
To, co niezwykle interesuje mnie w ludziach, to zmiana, którą przechodzą w życiu. Czasem wynika ona z przypadku, a czasem następuje w wyniku własnych decyzji i przemyśleń. Emilia Komarnicka jest osobą po zmianie. Co traci, a co zyskuje tak popularna aktorka jak Emilia, kiedy decyduje się pójść własną drogą? Mam przed sobą młodą, acz niezwykle dojrzałą dziewczynę, emanującą zewnętrznym i wewnętrznym pięknem. Oraz spokojem, który bardzo szybko mi się udziela. Minimum emocji, maksimum przeżyć. Jak u Bergmana.

Naszą rozmowę chciałbym zacząć od Ingmara Bergmana. Domyślasz się, z jakiego powodu?

Bergman był moją miłością przez całe studia. W czasie szkoły uczeni byliśmy głównie na Czechowie, na rosyjskiej ekspresji, a mnie fascynowała skandynawska cisza. I ta moja miłość znalazła szczęśliwy finał, bo na koniec studiów miałam przyjemność grać dyplom na podstawie dramatu „Z życia marionetek” Bergmana.

I za rolę w tym dyplomie dostałaś nagrodę na Festiwalu Szkół Teatralnych.

Tę nagrodę dostałam chyba głównie za odwagę… Bohaterowie tej sztuki mają ponad 40 lat i są po wielu doświadczeniach życiowych, po piętnastoletnim związku, który przechodzi różne swoje etapy. A my, wcielając się w te role, mieliśmy po 23 lata! 

W tym wieku myśli się, że osoba, która ma 40 lat to niemalże starzec.

Ta przestrzeń wiekowa była niewyobrażalna. Co my mogliśmy sobie nawyobrażać o świadomości czterdziestolatków? Robiliśmy ile się dało i to zostało docenione.

EmiliaKomarnicka_1

Wspominam o tej nagrodzie dlatego, że na samym zaczątku pracy zawodowej, jest ona ogromnym wyróżnieniem. Festiwal Szkół Aktorskich dla wszystkich, którzy robią dyplom, jest niezwykle prestiżowy. Pamiętasz, co czułaś, kiedy dostałaś tę nagrodę?

Nie uczestniczyłam w całym festiwalu. Zagrałam spektakl, a potem pojechałam do Gdańska, bo byłam już wtedy w czasie prób do spektaklu Teatru Wybrzeże, w którym zaproponowano mi etat. Z tego powodu podchodziłam do festiwalu z nieco innym ambicjonalnym obciążeniem. Nagroda była dla mnie bardzo ważna, ale już wtedy wiedziałam, jaki jest mój start po szkole. Natomiast masz rację, te nagrody dodają pewności i wiary to, że jest się na właściwej ścieżce. Aktor buduje siebie nie tylko od wewnątrz, ale także w odbiciu od publiczności, krytyków, branży, środowiska. Natomiast ja już byłam głową przy Tennessee Williamsie w Teatrze Wybrzeże.

Skontrastowałaś stylistykę Czechowa, u którego emocje są na wierzchu, z Bergmanem. Co on w tobie odkrył? Co u niego znalazłaś? 



Minimalizm. To, że mniej znaczy więcej. To, że cisza jest najpiękniejszą muzyką. A także kreowanie świata wyobraźni, czyli to, że im mniej aktor wyłoży, tym więcej widz będzie musiał sobie dopowiedzieć. I jeżeli wtedy obaj się spotkają, to może być to wspaniała podróż.

Wymaga to dużego zaufania wobec widza.

Największą przyjemnością mojego zawodu jest to, że grając spektakl, spotykam się z ludźmi. Z publicznością, która za każdym razem jest w innym nastroju – wszyscy razem i każdy z osobna. I wiesz, co robię przed wejściem na scenę? 

Co?

Stoję w kulisach i, wyłączając umysł, staram się poczuć całym ciałem, które jest jedną, wielką anteną, co dzisiaj wydarza się wśród publiczności, co tam dzisiaj czuć, jaki jest przepływ.

Ten energetyczny przepływ w zawodzie aktora jest niezwykle ważny. Przy czym aktorzy – niezwykli wrażliwcy – są wystawieni na wiele niebezpieczeństw. Jak w „Z życia marionetek” stają się elementami gry w rękach reżyserów. Czy miałaś taki moment w zawodowym życiu, kiedy poczułaś się jak marionetka i chciałaś się z tego wycofać?


Przez pierwsze pięć lat po szkole po prostu grałam. Grałam dużo, nie zastanawiając się nad niczym. Czasami nie wiedziałam, jaka jest pora roku. To było całkowite oderwanie i życie w osobnym, wyimaginowanym świecie. I po tych pięciu latach zderzyłam się z rzeczywistością. Bańka wokół tego zawodu pękła i zaczęłam dostrzegać inne rzeczy. 

Stało się to na twoje własne życzenie?

Tak. Po pierwsze, pęd w moim życiu był tak ogromny, że to się musiało w końcu rozbić. Po drugie, wyjechałam na dwa tygodnie na pełne morze, do natury. Nieświadomie, bez planu. Kiedy po dwóch tygodniach stanęłam na ziemi, to stanęłam na niej dosłownie i metaforycznie.

I co poczułaś?

Zobaczyłam, gdzie jestem, gdzie byłam przez cały ten czas. Zobaczyłam też, jaki piękny jest ten świat. I jak czas szybko mija. I jak trzeba dbać o każdą chwilę i to, że szczęście jest kwestią decyzji. Jeżeli ja nie podejmę tej decyzji, to nikt mi go nie da. I od tamtego czasu – to było parę lat temu – przewartościowałam wszystko. Teraz zawodowe projekty dobieram tylko i wyłącznie pod kątem tego, że muszą rozwijać mnie i innych. W związku z tym pracuję mniej, ale za to w pełni.

Stanięcie na ziemi musiało boleć.


Bolało. To były wielkie dylematy. Co teraz? Czy dalej napędzać i karmić swoją ambicję, która chce więcej i więcej, czy odpuścić? No i lęk o przyszłość. 



To był proces?

Transformacja trwała 2-3 lata, bo to stare bardzo ciągnęło, więc trzeba było powolutku to odcinać, zamieniać na nowe, dawać mu szansę. Długo to trwało.

EmiliaKomarnicka_2

Jedyne, co wiedziałaś, kiedy zeszłaś na ląd, to że idziesz w określoną stronę i nawet jeśli będzie ciężko, to...

…już nie ma powrotu.

Co ma dla ciebie największy sens po kilku latach od tej zmiany?

„Nażywanie się”. „Nażywanie się” życiem nie w sensie hedonistycznym, tylko w sensie holistycznym. Dbanie o to, żeby każda chwila była najpiękniejszą możliwą chwilą.

Szerokiej publiczności jesteś znana z dwóch, niezwykle popularnych seriali: „Na dobre i na złe” i „Ranczo”. Duża rozpoznawalność jest niezwykle kusząca pod kątem rozrostu ego, które codziennie może być podkarmiane dawkami próżności ze strony fanów, co jednocześnie może mieć negatywny wpływ na wewnętrzny rozwój, który jest dla ciebie bardzo ważny. Czy ta duża popularność czegoś cię uczy?

To jest dla mnie największe wyzwanie. W serialu na „Dobre i na złe” zaczęłam grać zaraz po szkole i nie miałam pojęcia, że będzie wiązało się to z tak dużą rozpoznawalnością. Nie czuję się z tym dobrze, uwiera mnie to, ale z szacunku dla widzów za każdym razem muszę przechodzić przez tę blokadę i otwierać się w momencie, kiedy wolałabym w swoim życiu, jak u Bergmana, raczej zostawiać je wewnątrz swojej komórki, swojej jednostki. 

Jednym z kluczowych elementów twojej aktorskiej pracy jest piosenka. W Teatrze Ateneum występujesz w ciepło przyjmowanym przez publiczność spektaklu „Niech no tylko zakwitną jabłonie” na podstawie Osieckiej. Jest to spektakl muzyczny, w którym śpiewasz, i czuć, że śpiewając, chcesz przekazać widzom bardzo dużo radości.

Mam przeświadczenie, że słowem mówionym nie przekaże się ludziom takiej mocy jak piosenką, która porusza więcej zmysłów. I rzeczywiście czuję się świetnie w tym rodzaju twórczości.

Fenomenalna pani Krystyna Tkacz – która jest znana ze wspaniałych wykonań piosenek w teatrze – powiedziała, że piosenka to taki mały monodram. I wbrew pozorom jest dużo trudniejsza niż mogłoby się wydawać.

Nie można zapominać o tym, że oprócz aktora niezwykle ważną rolę odgrywają muzycy, których często nie widać, a to oni poruszają te wspaniałe machiny do brzmienia. To praca zespołowa.



Co to oznacza dla ciebie jako aktorki, wykonawczyni?



To, że nie ma ego. Jesteśmy razem w tym wykonaniu – ja i muzycy – i wydobywamy z siebie to, co najpiękniejsze. Podobnie myślę o aktorstwie. Jeżeli masz z zespołem wspólną intencję, to można zagrać niezłą partyturę.

Niemniej mimowolnie wracamy do kwestii aktorów jako marionetek, którzy zderzają się z ego reżysera, który nie zawsze jest dobrym dyrygentem.

To prawda. Z tego powodu warto robić tylko te projekty, które są wartościowe i gwarantują również nasz rozwój. I nie chodzi tu o rozwój aktorski, typu: o, takiej roli jeszcze nie grałam, więc ją zagram. Chodzi o intencje. 

Jak to rozumiesz?

Przedstawienie to jest ta krótka chwila, która może zmienić życie człowieka. To wielka odpowiedzialność. I nie zgadzam się na projekty, które są niczym więcej, jak tylko popisami aktorskimi. Moim zdaniem to nie ma sensu. To się wytraciło. Teatr zbudowany z takich kreacji też się wytracił. Każdy z nas jest aktorem. Każdy z nas cały czas gra w filmie.



Każdy z nas realizuje swój własny scenariusz. Zatem czym teraz jest teatr?


Myślę, że jesteśmy obecnie w jakimś ciekawym czasie transformacji teatru. Ostatnio często chodzę do teatru jako widz i cały czas jestem rozśmieszona. Kiedy jest to rozśmieszenie? Kiedy rzeczywistość nie zgadza się z wyobrażeniem. I coś bawi mnie w tym, że my widzowie tutaj siedzimy, a wy aktorzy gracie. Umawiamy się, że to jest świat prawdziwy. Aktorzy umawiają się z widzami, że oni im wierzą.

To po co jest teatr?

Po to, żeby przenosić wartościową treść. Nie wiem, czy wiesz, ale jesteśmy w Polsce we wspaniałej sytuacji. W Europie młodzi ludzie niechętnie chodzą do teatru. A u nas tak. Moi przyjaciele z Holandii, którzy jeździli ze mną po różnych miastach i różnych teatrach w Polsce, byli zachwyceni tym, że ludzie stoją w kolejkach po bilety do teatru, że na niektóre przedstawienia bardzo trudno się dostać. W Holandii teatr jest traktowany jak opera i chodzą do niego starsze panie w garsonkach, głównie dlatego, że tak wypada. A moim zdaniem w Polsce ludzie, młodzi ludzie, przychodzą do teatru po odpowiedzi.

EmiliaKomarnicka_4



A jak myślisz, z czego to wynika?

W Polsce od dawna chodziło się do teatru, ponieważ tylko tam, szczególnie w czasach komuny, można było porozmawiać o prawdzie. I to zostało. Zatem jeśli ludzie chodzą do teatru po odpowiedzi, to tym bardziej mnie jako aktorki nie interesują występy. Interesuje mnie treść. 

Jeśli w wielu teatrach są to tylko popisy, a nie treść, to czy młodzi ludzie znajdują odpowiedzi na swoje pytania?

To już kwestia etyki zawodowej. Co ja mogę zrobić? Mogę jedynie podejmować się tylko tych projektów, które uważam za wartościowe i etyczne. Nie zrobię reformy. Szkoda, ale nie zrobię. Niemniej wierzę, że takie małe ziarna kiełkują. 



Mam nadzieję, że to są zaczątki czegoś ważnego i pięknego. Kiedy wspomniałaś o rolach, które każdy z nas odgrywa, to warte uświadomienia jest to, że nie tylko gramy role, ale również sami się w nich obsadzamy, wykorzystując do tego portale społecznościowe. Wymyślamy siebie, rzeczywistość wokół nas. Jesteśmy aktorami i reżyserami. Kreujemy świat i przedstawiamy go sobie, po jakimś czasie zaczynamy w niego wierzyć. A znajomi na Facebooku stają się naszymi widzami. Dochodzi do tej umowy, o której mówiłaś, że oni udają, że wierzą, a my udajemy, że nie wiemy, że oni to poddają w wątpliwość. Decydujemy się na to, bo to jest ładne, podoba nam się to. Jednocześnie jest to proste, ułatwia nam funkcjonowanie w skomplikowanym świecie relacji. Stajemy się swoimi własnym marionetkami. Może zatem aktorzy nie są nam potrzebni?

Wydaje mi się, że są potrzebni, bo są anteną, która jest w stanie przepuścić emocje – własne, reżysera, widzów – przez siebie. Natomiast na pewno trzeba zredefiniować formę aktorstwa.

Kiedy z tobą rozmawiam, to czuję, że jest w tobie bardzo dużo serdeczności do siebie samej i do innych ludzi. Skąd się ona w tobie wzięła? Z domu?

Tak. Pochodzę w połowie z kresów, w połowie z gór. Tam są ludzie, którzy myślą sercem. I ważna jest dla nich natura. Ja sama jestem bliżej natury niż kultury. Po zatoczeniu koła w wielkich miastach odkrywam, że potrzebuję blisko siebie drzewa, ziemi, trawy. Mój dom był wypełniony miłością. Wyszłam z niego, mając 19 lat. I ta miłość bliskich była moim najcenniejszym bagażem.

Może to ta miłość sprawiła, że nie zatraciłaś się ostatecznie w zawodzie, że potrafiłaś się zatrzymać i żyć na własnych warunkach?

Myślę, że to było złożone. Jak ci mówiłam, to nie był mój plan, kiedy wypływałam na morze. To się wydarzyło. Po prostu. Natomiast rzeczywiście, przez pierwsze lata po szkole byłam oderwana od siebie. Żyłam tylko kolejnymi rolami, więc wychodziłam na zewnątrz odseparowana od matki natury, od miłości tej, która jest największą siłą stwórczą. Wydaje mi się, że musiałam wrócić do korzeni.



To wypłynięcie w morze i zmiana, która po nim nastąpiła, układa mi się w jakąś starożytną, grecką opowieść. Czy twoim zdaniem można doznać takiej przemiany nie wyjeżdżając, nie odrywając się fizycznie od tego, co jest wokół nas?

Wydaje mi się, że wtedy jest łatwiej. Kiedy wyjeżdżasz, patrzysz na to, co jest tam, z perspektywy – to po pierwsze. Po drugie, natura jest niebywałą siłą, która bardzo pomaga w tym procesie. Po trzecie, wszystkie stare struktury są bardzo silne. Nasz organizm, zarówno na poziomie psychicznym jak i fizycznym, każdą zmianę poczytuje jako zło. On lubi, żeby było tak jak zwykle…

To zrozumiałe! Nasz mózg jest raczej leniwym organem.

Otóż to! Więc po co cokolwiek zmieniać? Na poziomie monologu wewnętrznego, jak i ciała, które się buntuje, słyszymy: a daj spokój, przecież dobrze jest jak jest. Więc o tyle trudniej to zauważyć, nie nabierając fizycznego dystansu, bo to, co stare, mocno trzyma. 

EmiliaKomarnicka_3

Powiedziałaś też, że natura jest siłą. Niektórzy z nas nie chcą się z nią skonfrontować, bo nie chcą poczuć tego, że w porównaniu z nią są malutcy i niewiele znaczą. A jak jest w twoim przypadku?

Natura uczy mnie pokory do tego, że nie wszystko zależy ode mnie. Moim zadaniem jest wyczuwanie tego, gdzie jest nurt i z nim płynąć. To pozwala mi być szczęśliwą. Wiadomo, że każdy chce być szczęśliwy i jakoś sobie to tłumaczy. Ja wytłumaczyłam to sobie w ten sposób.

Pięknie. To co, pójdziemy się poprzytulać do drzew?

Chodźmy! (śmiech)

fot.: Monika Szałek

Galeria zdjęć


REKLAMA