REKLAMA
Anywhere logo

PORTO: Dyskretny urok one-night standu

2017-04-19
...
Definicja zauroczenia: bardzo silna, ale krótkotrwała pasja, odczuwana w stosunku do kogoś lub czegoś. „Porto” to film o tym szczególnym uczuciu, którego intensywność jest równa chyba tylko jego niestałości. 

Jake (w tej roli tragicznie zmarły w ubiegłym roku Anton Yelchin, którego pamięci zadedykowany jest film) przyjechał do tytułowego miasta z Ameryki bez sprecyzowanych planów na przyszłość. Miejscem jednej z dorywczych prac, których się podejmuje, jest archeologiczne wykopalisko, na którym spotyka Mati (czyli francuska aktorka Lucie Lucas w swoim anglojęzycznym debiucie). W tym niecodziennym, przypominającym odległą planetę miejscu bohaterowie widzą się po raz pierwszy. Później wpadają na siebie w kawiarni; kolejne przypadkowe spotkanie przeistacza się w trwającą do rana randkę. Oto one-night stand w wersji romantycznej, romans o bardzo krótkiej dacie ważności, który nie jest w stanie wytrzymać konfrontacji z rzeczywistością w świetle poranka – nawet poranka w Porto.

porto2

Miasto w pełni zasłużyło na miano jednego z głównych bohaterów dzieła Gabe Klingera. Debiut fabularny brazylijskiego twórcy to filmowa walentynka dla Porto, którego wąskie uliczki, nadmorskie bulwary i pustawe, czynne całą dobę restauracje stanowią wymarzone lokacje dla ekip realizacyjnych. Klinger czerpie garściami z wizualnego potencjału miejsca, które wykorzystuje i wzbogaca pomysłowymi rozwiązaniami formalnymi, lecz jednocześnie unika sztampowej pocztówkowości. Zdjęcia do filmu zostały wykonane na trzech rodzajach taśmy, 8-, 16- i 35 mm, co pozwoliło reżyserowi na eksperymenty ze zmiennymi formatami obrazu w ramach ekranowych podróży skierowanych w stronę przeszłości i przyszłości. To nie tylko ciekawostka dla szczególnie gorliwego kinomana: sukcesem Klingera jest sfunkcjonalizowanie zabiegów, które w innym przypadku mogłyby stanowić puste sztuczki służące odwróceniu uwagi widzów od możliwych słabości filmu. Zmieniające się formaty i specyficzne dla nich sposoby obrazowania rzeczywistości korespondują z odwzorowywanymi na ekranie mechanizmami pamięci, w ramach których Jake i Mati raz po raz wracają do minionej, magicznej nocy.

„Porto” to nostalgiczna, intymna opowieść, przypominająca po części zagubioną perełkę francuskiej nowej fali, a po części „Przed wschodem słońca” Richarda Linklatera (Klinger ma na swoim koncie poświęcony termu reżyserowi dokument), gdyby idealistyczny optymizm tamtego filmu zamienić na znacznie większą ekranową dawkę egzystencjalnego powątpiewania. Nie dziwi także fakt, że producentem wykonawczym projektu była prawdziwa legenda amerykańskiego kina niezależnego w osobie Jima Jarmuscha, twórcy od lat specjalizującego się w historiach o outsiderach nieumiejących wpasować się w ciasne ramy codzienności. W zwięzłych 76 minutach „Porto” dokonuje dekonstrukcji zauroczenia, ale jednocześnie wychodzi poza kontekst jednostkowej historii, by zadać uniwersalne pytania o (niewątpliwie zdradziecką) naturę pracy wspomnień i równie nieuniknione, co bezcelowe, próby nadania przeszłości nowego znaczenia.

Dystrybutorem filmu jest MADNESS

Tekst: Maria Plichta

 

REKLAMA
REKLAMA