REKLAMA
Anywhere logo

TWARZE #3: Jarosław Iwaszkiewicz

2017-04-22
...
Jarosław Iwaszkiewicz to jeden z najważniejszych polskich pisarzy, ale także polityk i dyplomata. Lecz oprócz geniuszu posiadał jeszcze jedną kartę w życiu. Właściwie najważniejszą, będącą chwilowym poczuciem spełnienia, inspiracją do jego najważniejszych opowiadań. Jako sześćdziesięcioletni mężczyzna, mąż i ojciec dwójki dzieci, zakochał się w młodszym o ponad trzydzieści lat Jerzym Błeszyńskim. I stracił dla niego głowę.

Przedstawiać Jarosława Iwaszkiewicza w telegraficznym skrócie się nie da. Prozaik, poeta, dramatopisarz i doskonały tłumacz. Jeden z najważniejszych polskich pisarzy XX wieku. Współtwórca grupy poetyckiej „Skamander”. Autor takich klasyków jak „Panny z Wilka”, „Brzezina” czy „Tatarak” (notabene wszystkie trzy sfilmowane przez Andrzeja Wajdę). Z drugiej strony przez wiele lat działacz polityczny; przed wojną sekretarz marszałka sejmu, w czasie okupacji kierował sekcją literatury w departamencie rządu RP na kraj, później przez dwie dekady poseł na sejm PRL. W 1922 roku ożenił się z Anną z majętnego rodu Lilpop, która dla skromnego, acz dobrze zapowiadającego się pisarza rzuciła księcia Krzysztofa Radziwiłła. Ich małżeństwo trwające 57 lat było niezwykle burzliwe, ona miała zaburzenia psychiczne, on – skłonności homoseksualne, z którymi zresztą Anna się pogodziła. Ale nie o geniusz literacki i nieudane, acz przetrwałe do końca małżeństwo tutaj w tej historii chodzi. Kiedy Iwaszkiewicz zbliżał się do sześćdziesiątki, na jego drodze pojawił się młody mężczyzna – Jerzy Błeszyński. 

Do pierwszego spotkania doszło w styczniu 1953 roku. Wówczas Błeszyński zjawił się w domu Iwaszkiewiczów, w towarzystwie kilku kobiet jako członek lokalnej „delegacji”. Miał zaledwie dwadzieścia lat i był zwykłym robotnikiem. Chodziło o przekonanie Jarosława Iwaszkiewicza do wystąpienia i wygłoszenia odczytu na kongresie wiedeńskim w Brwinowie. Pisarz się zgodził. Spotkali się więc ponownie miesiąc później, ale dopiero Wielkanoc tegoż samego roku uznawana jest za początek ich relacji, najpierw oczywiście na stopniu koleżeńskim. Chociaż prawdopodobnie do ponownej wizyty Jerzego w majątku Iwaszkiewiczów, w drugi dzień świąt doszło całkowicie przypadkowo...

Trwająca sześć lat znajomość to przejście przez wszystkie możliwe etapy uczuć, które tak wstrząsająco zostały opisane w listach, które pisali do siebie mężczyźni. Początkowo spotkania polegały na „przypadkowych” wizytach, a to w majątku Stawisko należącego do Iwaszkiewiczów, a to w Brwinowie, gdzie mieszkał w ubogich warunkach Błeszyński. W swoją pierwszą wspólną podróż wybrali się w listopadzie 1955 roku. To był Kraków, do którego pisarz przyjechał na wieczory autorskie ze swoimi czytelnikami. Zatrzymali się na kilka dni w Grand Hotelu. Ich relacja nabrała tempa, wspólne wyjazdy, a nawet publiczne wystąpienia. Pojawiali się razem na spotkaniach, urodzinach swoich przyjaciół, m.in. przybranego syna Iwaszkiewiczów, Wiesława Kępińskiego. Z Kępińskim często przesiadywali w kawiarni hotelu Bristol, do rana jedli i pili, burzliwie dyskutując. Zupełnie innym miejscem ich spotkań była Alhambra, niewielka, mieszcząca zaledwie 30 osób kawiarnia przy Alejach Jerozolimskich. Zresztą pomimo ówczesnych lat było to miejsce istotne, będące azylem dla młodych, niezamożnych gejów, którzy wpadali tu na kawę, wodę mineralną i ciastko.

W pierwszą zagraniczną podróż wybrali się wraz z przyjaciółmi, Janem i Ireną Parandowskimi, statkiem Batorym do Kopenhagi, by od razu po powrocie spędzić ze sobą jeszcze kilka nocy w Sopocie. Pobyt w Kopenhadze był wielkim przełomem w ich relacji. Pogłębił ją. Ciągle nie mieli siebie dosyć. List gonił list, telefon za telefonem, spotkanie za spotkaniem. To była burzliwa relacja, w której często dochodziło do dramatycznych kłótni – winę na siebie zawsze brał Iwaszkiewicz. Jako ten starszy, ale niestety słabszy, bo bezgranicznie zakochany. W jednym z jesiennych listów w 1957 roku napisał: "Zatelefonuj w piątek rano albo czwartek, albo zaraz. Posłyszeć Twój głos jest mi najwyższym szczęściem. Wybacz staremu wariatowi. Wybacz wszystko”. Pisarz był dla niego w stanie zrobić wszystko. Wynajął mieszkanie, tzw. „melinę”, w której urzędował Jerzy, było to także ich prywatne miejsce spotkań. Mawiał do niego „syneczku”, obdarowywał najczulszymi tekstami, pisał tak, że każde zdanie było przeciągnięte głębokim uczuciem, czasem i erotyką.

Kiedy dogłębnie prześledzimy teksty, jakie Jarosław Iwaszkiewicz pisał po pamiętnym pierwszym spotkaniu, od razu zauważymy, jaki wpływ na jego twórczość miało pojawienie się Błeszyńskiego. Osobista historia, którą Jerzy opowiedział Iwaszkiewiczowi, była inspiracją do napisania opowiadania „Wzlot”, choroba młodego kochanka do napisania „Kochanków z Marony”, a sama relacja do opowiadania „Tatarak”, historii fascynacji dojrzałej kobiety młodym chłopcem. Jarosław Iwaszkiewicz był pijany z tej miłości, non stop myślał o Jerzym. Kiedy w listopadzie 1958 roku wybrał się z żoną Anną do Rzymu, od razu napisał list do kochanka. Wyznał w nim, że rzeźba Chrystusa autorstwa Buonarottiego w Bazylice Santa Maria sopra Minerva przypomina mu jego ciało.

Niestety to, co było silnym, prawdziwym uczuciem Jarosława, nie zawsze miało potwierdzenie u młodszego kochanka. Podobno jego pojawianie się w majątku Iwaszkiewiczów było podstępem okolicznych mieszkańców, którzy doskonale wiedzieli, że pisarz ma spad do młodych, urodziwych chłopców. To miała być zasadzka, nie do końca udana. Ich relacja nieraz przechodziła burzliwe chwile. Błeszyński parokrotnie zdradzał Iwaszkiewicza, także z kobietami. Jedną z nich, Nikę Reisską, nazywał przed pisarzem swoją kuzynką. Ale cokolwiek było pierwszym założeniem, nie miało wpływu na to, co mężczyźni ze sobą przeżyli. Z aktu niewinności, postępku, zrodziła się obsesyjna miłość pełna seksualnych i umysłowych uniesień, którą czekał brutalny koniec.

Na śmierć Jerzego Błeszyńskiego byli wszyscy przygotowani, chociaż nastąpiła tak nagle. Zmarł na gruźlicę, mając zaledwie dwadzieścia siedem lat. Podczas delegacji w Moskwie Jarosław Iwaszkiewicz dostał depeszę informującą o coraz gorszym stanie zdrowia Błeszyńskiego. Postanowił przy nim być, wrócił z podróży wcześniej. 30 maja 1959 roku poranek był niezwykle ciepły. Ciało Jurka zostało przewiezione do kostnicy, chwilę później przez kościelnego starannie obmyte. Ramiona, tors oraz na końcu jego chude nogi. Iwaszkiewicz się temu wszystkiemu przyglądał. Milczał. Wyobrażał sobie tę scenę wielokrotnie, lecz w chwili, gdy nastąpiła, nie potrafił się opanować. Wszystkie wspomnienia wróciły. Szczególnie te ostatnie, kiedy to jeszcze niedawno był w jego objęciach. Chwilę potem został z nim sam w drewnianej kostnicy. Żegnał się z „najukochańszym człowiekiem” – jak napisał do niego w jednym z ostatnich listów. Później wyjął z torby swój wełniany garnitur i nową, białą koszulę, by przebrać swojego partnera. Trzymał go za rękę. Usta zatrzymał na brzuchu. Widział go po raz ostatni. Na pogrzebie się nie pojawił.

Dziś za sprawą wydawnictwa Wilk & Król możemy poznać tę historię dogłębniej. W marcu ukazała się bowiem książka „Wszystko jak chcesz, o miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego”. Znajdziemy w niej kilkaset listów, również te pośmiertne, które pisał Iwaszkiewicz do Jerzego. Listy, które chował do szuflady. Pełne bólu. Szczególnie dużo pisał ich podczas pobytu w Sandomierzu. Były wstrząsające, pokazujące mężczyznę w wielkiej rozpaczy. 18 czerwca 1959 roku napisał tych listów kilka. Oto jeden z jego fragmentów: „Trzy tygodnie bez Ciebie! Ty nawet nie masz pojęcia, jaka to dziura, jaka pustka, jaka nuda. Bez listów, bez depesz, bez telefonów – po prostu żyć się nie chce. Rok temu była wymiana not z powodu przyjęcia dla Rubinsteinów, jazda na cmentarz w Baranowie, jakieś plany, projekty, ruch. A dzisiaj martwota i smutek bezgraniczny. Tak jakby wszyscy razem z Tobą wyjechali do Surabai...”. W tych zebranych listach poznajemy zupełnie inną twarz Jarosława Iwaszkiewicza, najprawdziwszą, najczystszą.

Zdjęcie: Wydawnictwo Wilk & Król

REKLAMA