REKLAMA
Anywhere logo

W SIECI: Koreańskie rozliczenia z Historią

2017-04-29
...

Korea Południowa to obszar wciąż niezbadany przez polską publiczność.  Tymczasem  południowokoreańscy twórcy raz za razem pojawiają się na światowych festiwalach i odnoszą tam niemałe sukcesy. Nazwiska takie jak Boog Joon-ho, Park Chan-wook czy – reżyser „W sieci” - Kim Ki Duk, należą bez wątpienia do najważniejszych autorów współczesnego kina.

Kino koreańskie nie miało tak imponującego startu jak kinematografia amerykańska czy francuska. Na początku XX wieku, gdy w USA i Europie zaczęło rozwijać się kino nieme, a następnie dźwiękowe, Korea pozostawała w konflikcie wojennym z Japonią, a od 1945 roku pogorszeniu uległy stosunki między północą a południem kraju. Pięć lat później rozpoczęła się wojna skutkująca trwałym podziałem kraju. Korea Północna pod wodzą Kim Ir Sena stała się państwem totalitarnym z własną doktryną polityczną opartą na bezwzględnej samowystarczalności. Po upadku Związku Radzieckiego Północ znalazła się w głębokim kryzysie, podczas gdy Południe będące w ciągłej rozbudowie stało się państwem bogatym w nowe technologie i szybko rozwijający się przemysł. Począwszy od lat 90. w dobrej kondycji znalazła się także południowokoreańska kinematografia. Właśnie w tym czasie zaczęły pojawiać się także pierwsze dzieła próbujące dokonać rozliczenia z bolesną  historią. Pionierską produkcją, która tematycznie wiązała się z problematycznymi stosunkami obu państw był, zarazem pierwszy koreański blockbuster, Shiri. Film negatywnie pokazujący braci z północy nie spotkał się jednak z przychylnym odbiorem, gdyż kolidował z prowadzoną  ówcześnie "słoneczną polityką", mającą na celu ocieplenie relacji z dotychczas wrogim sąsiadem. Od lat 2000 koreańskie kino wciąż podejmuje temat konfliktu między dwoma zwaśnionymi narodami, tworząc dzieła wspierające pozytywny dialog pomiędzy nimi, jak I bardziej propagandowe obrazy utwierdzające odwieczne stereotypy między południem a północą. Jednym z reżyserów, który w umiejętny i autorski sposób próbuje przedstawić niekiedy absurdalność tego wieloletniego konfliktu, jest niewątpliwie Kim Ki-duk.

Twórca nagrodzonej Złotym Lwem na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym „Piety” stosunkowo późno rozpoczął swoją przygodę z kinem. Lata spędzone za granicą pozwoliły mu jednak rozszerzyć horyzont spojrzenia i wyróżnić się na tle koreańskich kolegów po fachu. Kim Ki-duk wielokrotnie w swojej twórczości skupiał się na zagubionych w codziennym życiu outsiderach. Reżyser nie stronił nigdy od obrazowego ukazywania przemocy, zmysłowości, czy też formalnej ekstrawagancji nawet przy pozornie “prostych” scenach. W swoim ostatnim dziele Kim Ki Duk nie tylko wprowadza widzów w świat silnie zindoktrynowanego przez politykę człowieka, ale także podejmuje wspomnianą kwestię relacji z sąsiadem z północy. Reżyser “Arirangu” uczynił to już zresztą przed laty w głośnym „Strażniku wybrzeża” (2002).

Bohaterem “W sieci” jest ubogi rybak z małej wioski, znajdującej się tuż przy rzece na granicy obu Korei. Codzienny połów ryb, pewnego dnia zakłóca awaria silnika. Jest to kluczowy moment w spokojnym życiu Nam Cheol-woo. Będąc obserwowany przez uzbrojonych i wystraszonych żołnierzy z północy, wbrew swojej woli przekracza granicę swojej ojczyzny, następnie wzięty za szpiega mężczyzna musi zmagać się z oskarżeniami i walczyć o upragniony powrót do rodziny. 

Twórca “Samarytanki” od samego początku dawkuje widzom informacje o głównej postaci oraz stopniowo przybliża sposób w jaki obca kultura, nieznane miejsca i tajemnicze sytuacje wpływają na zachowanie zindoktrynowanego człowieka. Człowieka, który - choć symbolicznie wypływa na “szersze wody” nowoczesnego świata - nie jest w stanie wykroczyć poza mechanizm “wrodzonego” patriotyzmu oraz posłuszeństwa. Proces ów doskonale ilustrują sceny upokarzających przesłuchań bądź błądzenia postaci po na wskroś nowoczesnym Seulu. Obserwujemy w nich zastraszonego, przerażonego mężczyznę, który wzbudza w widzu litość, aczkolwiek – jak to zazwyczaj bywa w twórczości Kim Ki Duka - pozory mogą mylić. Stolica Korei Południowej, potencjalna mekka kapitalizmu, nie staje się we „W sieci” przestrzenią emancypacji - pomimo rozlicznych pokus jakie pojawiają się na każdym kroku, sama boryka się z własnymi słabościami, pęknięciami w systemie opartym przecież na demokracji i poszanowaniu autonomii jednostki. Jak podkreśla jedna z postaci w Seulu wolność dają tak naprawdę jedynie pieniądze. Warto zauważyć, że w filmie nie ma jednolitego podziału na złych i dobrych Koreańczyków. Kim Ki-duk nie opowiada się po żadnej stronie konfliktu: nie wybiela Korei Północnej, ani nie heroizuje swoich rodaków z Korei Południowej. Aby skłonić widzów do innego spojrzenia na oba państwa, miesza ze sobą ideologie, odmienne perspektywy i sposoby życia. Charakter wytwarzającej się pomiędzy nimi zależności bez wątpienia oddaje myśl płynąca z filmu – tam gdzie mamy silne światło, zawsze pada równie silny cień. 

 

Dystrybutorem filmu „W sieci” jest Aurora Films

Tekst: Paulina Januszewska

 

REKLAMA
REKLAMA