REKLAMA
Anywhere logo

Jacek Górecki: NA AFISZU #23

2017-05-12
...

„Czas barbarzyńców” - Don Taylor

Teatr Współczesny - reż. Jarosław Tumidajski

 

Apetyt był wielki, żeby nie powiedzieć ogromny. Premier w warszawskim Teatrze Współczesnym nie dostajemy zbyt wiele. A jak już coś się pojawi, to raczej szybko uchodzi z pamięci. Gdzieś to wszystko zastygło. Przypomnieć warto, że to scena, na której zarówno obecny dyrektor Maciej Englert jak i legendarny Erwin Axer pisali historię polskiego teatru. Miejsce, które poprzez ciekawą warstwę literacką i poszukiwania języka miało za zadanie komentować to, co dzieje się dookoła nas. Spektakle takie jak „Mistrz i Małgorzata” Englerta czy „Tango” Axera to spektakle-legendy, nie do powtórzenia, ale przynajmniej przez lata próbowano dotrzymać im kroku. Tylko ostatnio właśnie coś się poplątało i z ważnej sprawy wychodzi mało znacząca scena, która tym razem próbowała powrócić na afisz (dopiero druga premiera w tym sezonie) spektaklem „Czas Barbarzyńców” według sztuki brytyjskiego dramaturga Dona Taylora w reżyserii Jarosława Tumidajskiego. 

na_afiszu_25

Sztuka Taylora została napisana w okresie rządów Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii. To opowieść o słabnącej demokracji, o niszczeniu jej przez tytułowych barbarzyńców. Opowieść o niepokoju, jaki rośnie w ludziach w wyniku zmian dokonywanych przez polityków. A oni, jak możemy zobaczyć w spektaklu Tumidajskiego, są nieobliczalni, bez jakichkolwiek zasad, budują obozy pracy, segregują ludzi, wpychają nos wszędzie - nawet w repertuar teatrów, mając chętkę na inscenizację „Ryszarda III” Szekspira. Ktoś to musi posprzątać, a zabierają się za to elity, ludzie zamożni, wydawałoby się myślący, zamykający się w czystych, sterylnych dizajnerskich wnętrzach i knujący od rana jak obalić rząd. Utopia? Nie do końca, można byłoby bardziej potraktować ten spektakl jako ostrzeżenie dla ludu przed nadciągającymi barbarzyńcami. To ich czas. Ale tylko pozornie, bo w spektaklu Tumidajskiego tego nie wyczytamy. Niestety, czas działa tylko na niekorzyść widzów, za co winię przede wszystkim pogubionego reżysera, który zwyczajnie przedobrzył, chcąc na siłę wzbudzić dyskusję o kondycji świata i kraju, którą w innych teatrach już dawno rozpoczęto.

Miał wyjść spektakl zaangażowany, mocny, komentujący, wkładający kij w mrowisko, a wyszedł falstart, który boli przez brak jakiegokolwiek zamysłu. Zwyczajny brak uczciwości. Nie ma tu wyraziście prowadzonych postaci, przez co aktorzy grają niemal na jednym tonie, są mdli. Sceny niestety nużą, a ostry komunikat zwyczajnie śmieszy. Ale chyba nie chodziło nikomu o chichot, a raczej głęboką refleksję, która tutaj nie występuje. Puszczanie do widzów oczka w co drugiej kwestii, dawanie im sygnałów, że teraz właśnie odnoszą się do obecnej sytuacji w kraju, jest zachowaniem niedopuszczalnym. Wręcz barbarzyńskim! Widzowie głupi i trzeba im wszystko wyjaśniać? Tak jeden do jednego, każdą aluzję spłycać tak, by została wyłapana i zrozumiana? Nie rozumiem tak nieczystej zagrywki skądinąd dobrego zespołu aktorskiego, który zasługuje na znacznie więcej. Nie jest ważne, jaki temat się porusza, tylko w jaki sposób się o nim mówi. A ważne, żeby mówić w uczciwy sposób. Tutaj ważne polityczne hasła, obawy, które nas wszystkich trapią, zostały spłycone. Tym bardziej szkoda, bo w zapowiedziach na ten sezon to już na pewno ostatnia premiera sceny Teatru Współczesnego, który pobłądził w bardzo złe rejony. Najwyższy czas spojrzeć w ważne karty historii tego miejsca. Zwyczajnie się przebudzić, bo to już nie jest nawet śmieszne.

REKLAMA
REKLAMA