REKLAMA
Anywhere logo

Magdalena Zawadzka: Mniej znaczy więcej

2017-05-17
...
Przedstawić w skrócie Magdalenę Zawadzką jest niemożliwe. Aktorka legenda! Zagrała niezliczoną ilość ról u najważniejszych polskich reżyserów teatralnych i filmowych. Żona Gustawa Holoubka i dlatego też „pani dyrektorowa” w dwóch warszawskich teatrach. Nas zabiera w podróż po swoim życiu.

Nawiązując do tytułu pani najnowszej książki, czy po tylu latach doświadczeni aktorstwo to wciąż podróż na szczęśliwe wyspy? 

Tak, ta podróż wciąż trwa i jest coraz bardziej interesująca. Dziś z perspektywy czasu wiem, że na początku nie wiedziałam gdzie mnie zawiedzie. Oczywiście marzyłam, żeby być aktorką, później realizowałam się w tym zawodzie. Ale dopiero dzisiaj wiem, jak bardzo to wszystko pomogło mi w życiu. Nie chodzi oczywiście o to, że pracuję, zarabiam, spotykam się z ważnymi, ciekawymi ludźmi i mam do czynienia z wielką sztuką. To są wszystko plusy, lecz najważniejsze dla mnie jest to, że ten zawód pomaga mi uciec, podróżować gdzieś dalej niż zwykła, szara codzienność. Dla mnie podróż w świat sztuki jest azylem. Szczęśliwą wyspą.

Bez narażania się na niebezpieczeństwo?

Ta ucieczka jest tylko wtedy bezpieczna, kiedy ma się gdzie uciec, kiedy dostaje się propozycje. To wcale nie jest takie oczywiste. Wiele osób co roku kończy studia i w tym zawodzie nie dostaje szansy. Z mojego rocznika została niewielka garstka na scenie. Właściwie może trzy osoby... Dlatego tak doceniam to, że wciąż gram. Teraz pracuję nad nowym spektaklem i właściwie nie mam wolnego czasu. Ale przez to ta podróż wciąż trwa, a zrodziła się z nałogowo czytanych w dzieciństwie książek.

zawadzka_2

To zupełnie inaczej niż dzisiaj młodzież...

Dzisiaj wszystkich pochłania Internet. To mnie przeraża. Jako dziecko miałam ograniczoną ilość zabawek. Miałam lalkę masową, którą nazwałam Wojtek, klocki, książki, niewielkiego misia pluszowego i lalkę wypchaną trocinami z porcelanową twarzą o imieniu Rachela. To wszystko. Takie były czasy, że bawiliśmy się pokrywką od garnka i tłuczkiem do kartofli. Ale to nauczyło nas kreatywności, myślenia, radzenia sobie. Ja nie znałam pojęcia nudy. Zresztą nikt wtedy nie znał, ciągle się coś wymyślało. A wie pan, jakie jest moje ulubione powiedzenie? Mniej znaczy więcej... I tego się nauczyłam w życiu. A teraz jest taka podaż, że właściwie nie wiadomo, co kupić dziecku z tego nadmiaru. Dlatego uważam, że miałam szczęśliwe dzieciństwo, ponieważ miałam marzenia, których się nie dało wówczas spełnić z braku pieniędzy. Ale ja żyłam tymi marzeniami. Moi rodzice byli inteligencją pracującą, czyli w mózgu bardzo dużo, pensyjka bardzo mała.

Pierwsze starcie z aktorstwem było dla pani rozczarowaniem.

Miałam może jedenaście lat. Mieszkaliśmy z rodzicami w Szczecinie. Na scenie w teatrze odbywała się wielka gala. Mój tato, który był jej organizatorem poprosił mnie, żebym na zakończenie weszła na scenę i wręczyła kwiaty. Tylko, że jak znalazłam się na scenie, to zrozumiałam, że to wszystko co z daleka dla widza jest takie fascynujące, z bliska okazuje się sztuczne, nieprawdziwe. Zawiodłam się. W tej samej chwili zrozumiałam coś, czego jako mała dziewczynka nie wiedziałam, że ten świat jest wykreowany sztucznie, ale wykreowany. Teatr nie jest życiową prawdą, teatr jest wykreowaną prawdą.

W najnowszej książce wyznaje pani, że jest uzależniona od czystości i porządku. Czy aktorstwo pozwala na czystość w życiu?

To interesujące pytanie. Czystość w tym zawodzie polega na tym, żeby nie wprowadzać aktorstwa do życia, bo grozi to kabotyństwem. Ktoś by powiedział: po co się męczysz, może powinnaś siedzieć w domu i czytać książki albo oglądać telewizję. A ja zasuwam od rana do wieczora. Ale coś za coś. Na szczęście aktorstwo wciąż mnie zaskakuje. Zaczęłam próby do nowego spektaklu i wiem, że ta nowa rola będzie trudna do zagrania, ale to mnie nie zniechęca, tylko prowokuje do myślenia. I tak było ze mną zawsze.

Kiedy czytam wszystkie pani wspominkowe książki, odnoszę wrażenie, że śmiało mogłaby pani podpisać się pod tekstem piosenki Niczego nie żałuję...

Tak jak śpiewała Edith Piaf! Niczego nie żałuję! Oczywiście takie etapy w życiu jak śmierć moich bliskich czy stan wojenny bardzo mocno przeżyłam. I nie chciałbym do tego wracać. Ten straszny czas niepokoju był apokalipsą. Ale czasy przed stanem wojennym były bardzo dobre dla sztuki. Władza PRL-owska kulturę traktowała z szacunkiem i nawet na nią się snobowała. Polska szkoła plakatu, teatr, telewizja, muzyka, estrada, kino, kwitły, bo władza nie żałowała na to pieniędzy. W samym Teatrze Telewizji zagrałam ponad siedemdziesiąt dużych, ważnych ról i co tydzień widzowie czekali na poniedziałkową premierę. Dzisiaj Teatr Telewizji nie odgrywa już tak istotnej roli, bo tworzony jest sporadycznie.

Mimo wszystko trzeba było pamiętać, że nad sztuką ktoś jeszcze stał i patrzył nam, twórcom na ręce.

Zakazy cenzury wyzwalały twórczą inwencję w inteligentnym przemycaniu aluzji i skojarzeń. Znowu ta kreatywność i moje motto na całe życie: mniej znaczy więcej... Widzowie byli bardzo wyczuleni i często doszukiwali się podtekstów w czymś, co nawet nie było naszym zamiarem. Sztuka była wtedy przekaźnikiem prawdy i często jednym łącznikiem ze światem o jakim marzyli. Dlatego kontakt z nią był tak ważny. Zresztą i dziś powinna mieć takie zadanie.

zawadzka_1

Dzisiaj wyciąga się z teatru spektakle, które w mediach ogłasza się jako kontrowersyjne, obrazoburcze, dziwi się, przeklina dzisiejszą sztukę... ale takie rzeczy zawsze powstawały w teatrze. Zygmunt Hübner, Andrzej Wajda, Konrad Swinarski i inni. Albo Jerzy Jarocki, który w latach 80. wystawił w warszawskiej katedrze Mord w Katedrze Eliota z Gustawem Holoubkiem.

Jerzy Jarocki świadomie zdecydował się na tekst Eliota i tak samo postępowali ci najwybitniejsi reżyserzy, o których pan wspomina. Wiedzieli dokładnie, co wpisze się w obecny stan rzeczywistości. Mord w katedrze zagrano tylko sześć razy. Ludzie przychodzili po spektaklu do garderoby i pytali, czy to jest na pewno tylko Eliot, czy przypadkiem nic nie zostało dopisane. Dziś bardzo często oglądam spektakle teatralne i dziwie się, że na przykład z Hamleta zostaje tylko parę fragmentów, a reszta sztuki napisana jest po swojemu przez „twórczego reżysera”. I nagle okazuje się, że Szekspir miał tak niewiele do powiedzenia.

Czuliście, że rodzi się coś niemal historycznego?

My robiliśmy swoje, tak jak napisał Wojciech Młynarski. To publiczność najlepiej oceniała czy to co robimy ma sens. Nikt z nas nie planował sukcesu, chociaż o tym marzyliśmy i tego, że rzucimy widzów na kolana. Uczciwie i rzetelnie pracowaliśmy. Tak wyglądał kiedyś teatr, film czy telewizja.

A gdybyśmy w tych wszystkich podróżach prześledzili pani różne role i znaleźli tę najtrudniejszą?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo zagrałam ich wiele. Ale chyba najtrudniejszymi były dwie diametralnie różniące się od siebie. Pierwsza to wyreżyserowana przez Ludwika René w Teatrze Dramatycznym Iwona, księżniczka Burgunda. Moja Iwona to dziewczyna skazana na zagładę przez otoczenie tylko dlatego, że była inna niż wszyscy. Natomiast druga, Lady Makbet w Teatrze Telewizji, wyreżyserowana przez Andrzeja Wajdę, to okrutna i zbrodnicza kobieta, która nie wytrzymując konsekwencji swoich czynów, popada w obłęd. Ale żeby było zabawnie, uważam, że najtrudniejszą rolą była dla mnie rola „dyrektorowej”. Śmiałam się, że przeze mnie mąż Gustaw Holoubek musi stale pić wódkę, żeby załatwiać mi role, a ja męczę się od rana do wieczora, donosząc jemu na koleżanki i kolegów z teatru. Mąż został dyrektorem Teatru Dramatycznego, a później Ateneum, w których ja już wcześniej pracowałam. Oba zespoły teatralne zabiegały o to, żeby Gustaw Holoubek nimi kierował. A ja zawsze robiłam swoje, na szczęście pod opieką znakomitych twórców.

Tęskni pani za tamtymi czasami w teatrze?

Tęsknię za minioną atmosferą, która się już ulotniła, ponieważ wszyscy się gdzieś spieszą. Dawniej po skończonym spektaklu jeszcze chociaż przez chwilę zostawało się w teatrze, żeby pogadać ze sobą i odreagować przedstawienie. Dziś zaraz po opadnięciu kurtyny wszyscy pędzą do swoich spraw. Ale są inne czasy i widocznie nie może być tak, jak było kiedyś. Wszystko się zmienia, dlatego nie narzekam, bo wciąż jestem szczęśliwa, że moim azylem jest aktorstwo.

To gdzie planuje pani następną podróż, na jakie szczęśliwe wyspy?

Będzie to podróż do Włoch, żeby zobaczyć spektakl w La Scali, gdzie śpiewała kiedyś moja ciocia-babcia Stani Zawadzka. Była wielką operową śpiewaczką. Niestety dziś już nikt jej nie pamięta, nawet może nie wie, że istniała. A przecież była na liście stałych członków La Scali. Ona i Jan Kiepura, jedyni Polacy. Już nie mogę doczekać się tej podróży.

REKLAMA
REKLAMA