REKLAMA
Anywhere logo

Przepis na eklektyczne wnętrze

2017-05-26
...
Eklektyczne wnętrza są cudowne, ponieważ łączą, a nie dzielą. Domy i mieszkania w tej stylistyce nie są muzealne. Po paru latach można wymienić mebel bez obaw, że inna stylistyka kanapy nie będzie współgrała z resztą wnętrza.

Tytuł tego artykułu mógłby zaczepnie brzmieć „Przepis na życie”. Będzie to bowiem przepis na wnętrze, które nie jest pustym hotelowym pokojem, ma wyraźny rys indywidualności, rośnie i pięknie się starzeje. Jednakże projekt takiego wnętrza również warto oddać w ręce doświadczonego architekta wnętrz. Mimo że na pozór mogłoby się wydawać, że zaprojektujemy je samemu łatwiej niż na przykład ultranowoczesne przestrzenie, wcale tak łatwo nie jest. Mieszkanie takie musi mieć spokojną bazę – tło, które pozwoli zaistnieć pozostałym elementom wyposażenia wnętrza. Jednocześnie baza ta powinna już spajać mieszankę kilku stylów tak, aby całość ładnie się przeplatała. Łatwo tutaj o zagalopowanie się, a powrót do harmonii będzie trudny.

>design_1

Architekt wnętrz wiedząc, jak zmieniają się wnętrza z biegiem czasu, od razu podpyta o ewentualne prywatne zbiory dzieł sztuki właścicieli, o odziedziczone po przodkach antyki, pamiątki z podróży czy też prezenty, które powinny znaleźć swoje miejsce w nowym domu. Zapyta też o ich zainteresowania i pasje, aby móc je wyeksponować w projektowanym wnętrzu.

Tym razem nie opowiem o tym, jak poznałam inwestorów i jak przebiegała nasza współpraca, bo opisywane mieszkanie jest moje. Może ono ma dobrze posłużyć jako przykład wnętrza o nieoczywistej stylistyce, gdzie betonowe ściany i sufity przeplatają się ze stylizowaną stolarką drzwiową, gzymsami, nowoczesnymi dziełami sztuki oraz pamiątkami z podróży. Nie wyobrażam sobie tego wnętrza bez wszystkich tych elementów.

Na stumetrowej powierzchni mamy tu sporą dawkę historii jego właścicieli. Począwszy od wejściowego holu, który przechodzi w długi korytarz ciągnący się do salonu, po obu stronach korytarza wywieszone są obrazy, grafiki i plakaty. Grafiki są jeszcze prezentem ślubnym od mojej przyjaciółki ze studiów, graficzki Aleksandry, i podróżują z nami już do kolejnego mieszkania. Plakaty, poza dodatnią wartością artystyczną – tzw. polskiej szkoły plakatu chyba nikomu przedstawiać nie trzeba – ilustrują akurat jedne z moich ulubionych filmów: „Frantic” i „Dziecko Rosemary”. Całości dopełnia aborygeński obraz, który mąż kupił podczas podróży po Australii.

design_2

W pokoju córki powiesiliśmy drugi przywieziony z Australii obraz. Wybraliśmy go wspólnie z nią. To wojownik spod świętej skały aborygenów, Uluru. Obok aborygeńskiego wojownika zawisł obraz młodego polskiego artysty Pawła Słoty – kiedy tylko zobaczyłam ten obraz, wiedziałam, że musimy go mieć. Przedstawiony na nim pies wygląda zupełnie jak nasz pies Pele. Jasne więc było, że zgłoszę się do artysty i obraz zawiśnie u córki nad biurkiem. Czekałam na niego ponad półtora roku, bo podróżował po licznych wystawach w całej Polsce, ale było warto. Drugi obraz tego artysty to mój prezent dla męża – jakiś czas wisiał w gabinecie, ale teraz znalazłam dla niego miejsce na betonowej ścianie w salonie. To właśnie czyni takie wnętrza bardziej elastycznymi; kawałek pustej ściany pozwala zawiesić na nim później zakupione czy zdobyte elementy. Podobnie rzecz ma się z aranżacją każdego skrawka podłogi. Dobrze jest, by powstała baza, tło – kanapa, dywan – reszta powstanie z czasem. Tak jak fotel, absolutny klasyk wzornictwa, który sprezentowałam mężowi, tak jak złoty barek, który kupiliśmy w sklepie z antykami w Krakowie i nieśliśmy, idąc z psem na smyczy przez cały rynek. Tak samo było z hiszpańską szafką, kiedyś służącą jako barek na alkohole, a u nas jako idealne miejsce do eksponowania pamiątek – czajnika z Japonii, świecznika z Izraela i innych. Nad hiszpańską szafką wisi obraz Joanny Woydy – zakup sprzed dobrych sześciu lat. Kojarzył mi się z naszym rodzimym nadmorskim wczesnym latem. Teraz obraz zawisł w gabinecie, robiąc miejsce dla kolejnego zakupu – bardzo klimatycznego zdjęcia pani Soni Szóstak. Kto wie, jakie będą dalsze losy ścian mieszkania. Nasi przyjaciele fotografowie z Sopotu wciąż prezentują nam swoje zdjęcia. Mamy dzięki temu piękne toskańskie cyprysy i zgiełk skrzyżowania na Mea Shearim. Aktualnie przybyło też trochę masek z podróży – jedna tybetańska i dwie weneckie. Znalazły miejsce na betonowej ścianie salonu. Moje zamiłowanie do plakatów to też kilka Młodożeńców w jadalni i dwa plakaty Dawida Ryskiego w pokoju córki. Znalazłam też miejsce na nawiązanie do własnej pasji – pod prysznicem umieściłam zdjęcie z Tatr, z przełęczy Liliowe pod Kasprowym Wierchem zimą. Nie jest może idealne, ale moje własne i wiąże się z miłymi wspomnieniami. Dlatego zawsze namawiam właścicieli – nie musi być idealnie. Ważne, żeby czuli się tam jak w swoim domu.

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA