REKLAMA
Anywhere logo

Kiszyniowski spokój

2017-05-25
...
Trzy lata zajął mi powrót do Kiszyniowa. Jakoś nie było po drodze. Ale wróciłem i muszę to powiedzieć głośno: choć pewne rzeczy się zmieniają, ludzie pozostali tacy sami. Na szczęście.

Jeśli, jak ja, nie możesz zaznać spokoju w miastach zachodu, a odludzia siłą rzeczy cię nudzą, poprowadź swoją ścieżkę do Kiszyniowa. To chyba jedyne miejsce jakie znam, w którym spokój nie łączy się z dojmującą nudą.

kiszyniow_2

O mojej pierwszej wizycie w stolicy Mołdawii opowiadałem znajomym wielokrotnie. Najbiedniejsza stolica Europy, szare zaniedbane bloki, olbrzymie pustostany w centrum miasta, poniszczone chodniki, wiecznie niedokończone gmachy rządowe, ale za to przemili ludzie, świetne wino, fantastyczne jedzenie i dobre ceny. Egzotyka – niby XXI wiek, bo przy hotelu Kosmos (ten hotel to temat na oddzielną opowieść) pną się w górę dwie galerie handlowe, z czego na szczycie jednej znajduje się najmodniejsza (i zapewne najdroższa) dyskoteka w mieście o nazwie Sky Club, ale jednocześnie targowiska porozkładane wzdłuż ulic, babinki z szarymi chustami na głowach i prujące dziurawymi drogami ledwie zipiące autobusy, marszrutki i nowiutkie trolejbusy z reklamami polskich firm. Czy to wszystko brzmi zniechęcająco? Mam nadzieję, że nie, bo ja się w Kiszyniowie zakochałem łatwo i moja kolejna wizyta tylko umocniła moje uczucia.

O Kiszyniowie opowiadałem znajomym tyle, że trochę się przestraszyłem, kiedy pod koniec marca samolot relacji Berlin-Kiszyniów z nami na pokładzie wylądował na lotnisku pod stolicą Mołdawii. Choć nijak mu rozmachem do większych europejskich portów lotniczych, to przywitał nas pachnący nowością terminal i porozstawiane jeszcze dookoła dźwigi i maszyny budowlane. Stary, malutki i szary terminal, który znałem z poprzedniej wizyty, przycupnął sobie obok jak zmęczony starzec. „Czyli nici z potwierdzenia moich historii” – pomyślałem, ale jak się okazało, nieco za szybko. Do miasta dojechaliśmy bowiem marszrutką w postaci busika, za który zapłaciliśmy 30 lejów, czyli jakieś 6 zł, od osoby. Mam wrażenie, że ów busik w Polsce miałby problemy z przejściem przeglądu technicznego, ale im dalej na wschód, tym mniejsze znaczenie mają takie rzeczy. Grunt, że marszrutki jeżdżą, dowożą w zasadzie w każde miejsce miasta i są tanie. Nie mają pasów, nie mają żadnych poręczy do trzymania się, mają za to kilka miejsc siedzących i kilka stojących, a kierowcy zatrzymują się we wskazanych miejscach na trasie. 

kiszyniow_3

Wysiedliśmy więc na rondzie w centrum miasta, pod pomnikiem Grigorija Kotowskiego, radzieckiego dowódcy, który brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Za nim pręży się wspomniany hotel Kosmos, obok zaś owe galerie handlowe. My jednak podążyliśmy popękanymi chodnikami w stronę dzielnicy rządowej. Możliwe, że te popękane chodniki niedługo już takimi będą, bo wzdłuż głównych arterii miasta cały czas trwają prace. Z drugiej strony kostka, która leżała tam wcześniej, nie była stara, a wieczne problemy z ciągami pieszymi wynikały raczej z niedbałego wykonania prac. Pożyjemy, zobaczymy.

W dzielnicy rządowej czułem się, jakbym ostatnio był tam wczoraj. Gmach Ministerstwa Rolnictwa i Przemysłu Spożywczego stał jak stoi – wielki, brzydki, ozdobiony jakimiś niebieskawymi płytami, ale dzięki swojej posępności w jakiś dziwny sposób fascynujący. Przed nim – kolorowa krowa z jakiejś plastycznej masy. Na przeciwko – niedokończony budynek, chyba mieszkalny. Na otaczającym go metalowym płocie znalazłem ten sam napis sprejem, który fotografowałem trzy lata temu. Tak wygląda bezpośrednie sąsiedztwo prawdopodobnie najważniejszego miejsca w Kiszyniowie. To tutaj, zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, po jednej stronie bardzo szerokiej arterii (szerszej niż trzeba – pewnie służy jako plac przy okazji uroczystości państwowych) stoi łuk triumfalny, którego reprodukcje znajdziecie na każdym magnesie z tego miasta. Nie umywa się on do łuków w Paryżu czy Berlinie. Niewielka biała konstrukcja rozpina się nad chodnikiem, a w jej środku powiewa mołdawska flaga. Za łukiem, w głębi uroczego parku, widnieje niewielka dzwonnica i piękna katedra Narodzenia Pańskiego. Jeśli pójdziemy dalej, przejdziemy deptakiem aż do mostu nad niewielką rzeczką, a z drugiej strony przywita nas duży okrągły budynek, który mógłby znaleźć się na okładkach podręczników socrealistycznej architektury. To cyrk, który obecnie wygląda jak ruina – straszą powybijane szyby i zniechęcająca szarość. Ale bannery zapowiadające imprezy każą sądzić, że cyrk wciąż funkcjonuje.

Jeśli jednak pójdziemy w drugą stronę, wzdłuż alei Stefana Wielkiego, przy której stoi łuk, poznamy dwie twarze Kiszyniowa bliżej. Jedna – wystawna, nieco strasząca swoim przepychem, nie zawsze zresztą efektownym, bo i socrealistyczna architektura niespecjalnie lubi zachwycać. Zobaczymy z jednej strony cerkwie pełne przepychu, a jednocześnie jakiegoś podniosłego charakteru, który każe ściszyć głos. Są też wielkie budynki administracji państwowej, choćby parlament z charakterystycznymi rabatami kwiatów układających się w napis „MOLDOWA”. Są piękne parki – wizytówka Kiszyniowa – jak choćby ten, do którego wejścia strzeże pomnik Stefana Wielkiego. Druga twarz to oblicze niedokończone, w którym odbija się stan gospodarki Mołdawii. Pomiędzy budynkami, często zresztą zabytkowymi i o niebanalnej architekturze, straszą walące się gmachy. Są też pustostany, które straszą mniej lub bardziej. Bardziej straszą te betonowe, pozbawione okien, o dziwnych kształtach przypominających nieudane poszukiwania kierunku architektonicznego po poluzowaniu wpływów komunistów. Mniej straszy choćby ten żółto-złoty wieżowiec rządowy.

kiszyniow_4

Ale to wszystko jest tak naprawdę nieważne. Nie wiem, czy to była zamierzona polityka, czy może efekt podejścia do życia Mołdawian, w zasadzie sądzę, że to kwestia przypadku, kiepskiej organizacji i braku odpowiednich funduszy, ale w Kiszyniowie najpiękniejsze jest to, co naturalne. Przecudne są parki (choć w niektórych również znajdziecie dziwne niedziałające fontanny i puste, opuszczone restauracje). Fantastyczne jest wino i jedzenie, które będzie pasować każdemu, kto przepada za typową wschodnią kuchnią, na której oparta jest także kuchnia polska. Fantastyczne i tanie jest wino – w sklepie można kupić butelkę naprawdę dobrego wina za równowartość kilku złotych. Są też ludzie: ciekawi, pomocni, choć przeszkadza im w tym bariera językowa. O ludziach najwięcej dowiedzieć się można z perspektywy ławki w parku. W każdym z nich – dużym czy małym (a w Kiszyniowie są takie naprawdę duże i takie naprawdę niewielkie) pełno jest ludzi. Większość z tych parków w zasadzie należy do matek z małymi dziećmi, których dziesiątki przechadzają się spokojnym krokiem w tę i z powrotem. Ale już na przykład pasaż dookoła jeziora w parku Valea Morilor, do którego prowadzą okazałe, odnowione schody, to domena młodzieży. Tutaj odbywają się pierwsze nieśmiałe randki, podczas których chłopcy jeszcze nie wiedzą czy mogą już objąć dziewczyny, czy jeszcze na to za wcześnie. Głośne, roześmiane grupy przyjaciół przemykają na rolkach czy rowerach pędząc dookoła wody dla samej frajdy jazdy. Nieco młodsze dzieci ekscytują się przestrzenią i wodą, biegając ze swoimi czworonożnymi przyjaciółmi po niewielkiej piaszczystej plaży. Choć kiedy spojrzy się w górę, w stronę miasta, widać z daleka kilka koszmarków architektonicznych, nikogo to tutaj nie obchodzi. Jest normalnie, a nawet lepiej, bo spokojnie i bezpiecznie, a spokój i bezpieczeństwo są już towarem mocno reglamentowanym w dużych miastach na zachód od Bugu.

Aby obie twarze Kiszyniowa zobaczyć z bliska, warto zatem zapuścić się wąskimi popękanymi chodnikami w szachownicę uliczek dzielnicy Centru i powałęsać między budynkami uczelni wyższych i ambasad. Warto odwiedzić Muzeum Historii Naturalnej, gdzie w podziemnym korytarzu powitać was może drzemiąca kustoszka, która – po przebudzeniu – opowie wam o wielkim szkielecie pradawnej bestii, która znajduje się w jednej z sal. Warto także pokusić się o wspięcie na szczyt wieży ciśnień, zamienionej obecnie w muzeum, by popatrzeć na miasto z góry. Nie można zapomnieć o wizycie choćby w La Placinte, rumuńsko-mołdawskiej sieciówce, gdzie za niewielkie pieniądze można najeść się do syta, a potem zapić posiłek naprawdę świetnym winem. Na trawienie zaś pomoże tuika, czyli tsujka – rumuński samogon, którego świetnej wersji można skosztować choćby w uroczej restauracyjce Propaganda Cafe.

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA