REKLAMA
Anywhere logo

Aleksandra Budka

O.S.T.R.: Kiedy kończy się dzień, jakim człowiekiem jesteś?

2017-06-28
...
To pytanie zadaje swoim synom. Chce ich nauczyć, że najważniejsze w życiu to ponosić konsekwencje własnych wyborów, bez względu na to, jak bolesne mogą się okazać. Wychowa ich na odpowiedzialnych facetów. Sam nauczył się tego dopiero jako rodzic. Dziś w walce na priorytety muzyka przegrywa z rodziną. Ale O.S.T.R. jest bezkonkurencyjny – w byciu ojcem i byciu artystą sprzedającym najwięcej płyt w kraju.

Bardzo ważnym słowem w nowej trasie jest słowo „autentycznie”. W przypadku tego rodzaju koncertów w tym miejscu powinno stać słowo „akustycznie”.

„Akustycznie” byłoby odpowiednią nazwą, gdybyśmy rzeczywiście to grali akustycznie. Moim zdaniem „autentycznie” polega na tym, że materiał jest wykonywany na autentycznych instrumentach i na instrumentacji, która bardzo odbiega od wstępnych założeń muzycznych płyty „Życie po śmierci”. Jest to pewnego rodzaju spektakl, który opowiada historię, która mi się przydarzyła ponad dwa lata temu.

To koncerty na dużych teatralnych scenach. Przestałeś grać w zadymionych klubach?

Nie. To w ogóle nie ma związku z tym, jak będzie wyglądać dalsza część trasy. To zwyczajne przełamanie jakichś stereotypów, ponieważ większość uważa, że hip-hop czy muzyka elektroniczna to muzyka, która przynależy do całej tej subkultury klubowej. Nasze zdanie jest trochę odmienne, ponieważ przede wszystkim jest to historia, którą chcieliśmy opowiedzieć, którą ja chciałem opowiedzieć, więc czy może być lepsze miejsce do opowiadania historii niż teatr?

Muzyka klasyczna wchodzi dziś pod strzechy, a muzyka popularna wchodzi w buty muzyki poważnej?

Nie zgodzę się z tym, żeby muzyka rozrywkowa miała jakąkolwiek inną ścieżkę niż muzyka klasyczna, ponieważ za czasów Mozarta, Beethovena czy Bacha, muzyka służyła ludziom do rozrywki tak samo jak dzisiaj. Muzyka rozrywkowa była kiedyś taka a taka, dzisiaj wygląda troszeczkę inaczej, ale gdybyśmy przenieśli się w przód o 500 lat, to my będziemy prawdopodobnie traktowani jako pewnego rodzaju muzyka klasyczna. Dla mnie muzyka jest jedna. Ona służy rozrywce. Jesteśmy dostarczycielami rozrywki dla wszystkich odbiorców, dla tych, co kochają muzykę i nie ma znaczenia, czy ona jest klasyczna, czy rozrywkowa. Liczy się słowo i to, czy muzyka jest dobra.

ostr_1

Podczas ostatniej trasy grałeś nawet dwa koncert dziennie. Miałeś na to siłę?

Tak, oczywiście. Nie jest to wielkie obciążenie dla organizmu. Chociaż wiadomo, moje przeboje zdrowotne były na tyle poważne, że mógłbym się przy tym w jakikolwiek sposób męczyć. Uprawiam sportowy tryb życia, chodzę na basen i na siłownię, dużo ćwiczę z żoną (śmiech), więc jestem przygotowany, żeby zagrać 3-4 koncerty z rzędu. Poza tym jest to dla mnie zaszczyt, że mogę zagrać dwa razy jednego dnia. Jest to tylko definicją sukcesu trasy, a nie obciążeniem dla organizmu.

Gdy składamy sobie życzenia świąteczne czy urodzinowe, to zawsze pojawia się „dużo zdrowia”, które wydaje się tak bardzo oklepane.

Nie znam osoby, która jest w pełni szczęśliwa, a jednocześnie chora. Może z punktu egoistycznego, czyli patrzenia wyłącznie na siebie, choroba nie jest czymś aż tak strasznym, ale z punktu przeżywania choroby swoich bliskich i osób, które kochamy, jest to największy dramat. Pamiętam, jak moja żona przeżywała mój szpital i dla niej był to autentyczny dramat.

Bo jest też przysięga małżeńska: w zdrowiu i w chorobie…

Tak, ale to nie ma znaczenia, bo podejrzewam, że najbardziej stresujące jest to, że chorują dzieci, będące przedłużeniem naszych myśli, naszego serca, naszego związku, naszej miłości. To nasze zwierciadło – coś najpiękniejszego, co może się przytrafić w życiu. Oczywiście szanuję, że ktoś może się decydować, aby ich nie mieć, ale w przypadku rodziców, którzy mają swoje dzieci, największym strachem i największą karą jest prawdopodobnie strata dziecka. Te czasy narzucają nam bardzo szybkie tempo życia. Bezustannie musimy się starać, jesteśmy narażeni na wielki stres, który towarzyszy nam praktycznie od szkoły podstawowej, gdzie już wchodzą elementy rywalizacji. Niektóre dzieci nie wytrzymują tego napięcia, zresztą rodzice też starają się przerzucić swoje ambicje na dzieci. Oprócz tego mamy straszny wzrost zachowań patologicznych. To jest przerażające i jednocześnie też zmusza nas do wzmożonego skupienia, myślenia, jak i pracy nad naszym życiem. Jest to dosyć duże wyzwanie i stąd też bierze się ten stres, a stres ma bardzo wielki wpływ na nasze zdrowie. Większość chorób nowotworowych i nerwowych bierze się z układu nerwowego, z tego, że przez długi okres jesteśmy pod wpływem stresu. Jeżeli nasze dzieci chorują, naprawdę ten stres jest dużo większy niż wtedy, gdy coś nie idzie w pracy. Ja zawsze mówię, że człowiek myśli o sobie, dopóki nie stanie się rodzicem. Wtedy zawsze myśli o dzieciach.

Czy posiadanie dzieci to przygotowanie do śmierci w myśl „nie wszystek umrę”?

To branie odpowiedzialności za ich wychowanie, za ich bezpieczeństwo. Dla mnie bycie ojcem wiąże się przede wszystkim z liczeniem się z konsekwencjami, które mogą nastąpić pod wpływem moich błędów. Więc nie dość, że muszę być czujny jeśli chodzi o ich edukację i wychowanie, to jeszcze muszę patrzeć na siebie, aby być wzorem i nie popełniać takich błędów, za które moje dzieci zbierałyby konsekwencje.

Twoje dzieci też wyniosły lekcję z tego, co przeżył tata?

Moje dzieci zdecydowanie wyniosły lekcję z mojej choroby, gdyż stresowała się nią cała rodzina. Moja żona przyjeżdżała do mnie do szpitala i pokazywała filmiki, jak mój młodszy syn, który nie miał jeszcze wtedy roku i ledwo co zaczął chodzić, stał przy drzwiach, patrzył przez szybkę i mówił – tata, tata, tata. Wydawało im się, że każda osoba, która wchodzi do domu, to będę ja. Mój starszy syn domyślał się, że dzieje się ze mną coś złego, ale pełen zasób informacji dostał po moim powrocie. Pytał: tata, czy ty będziesz mógł oddychać, czy ty będziesz mógł żyć normalnie, czy nie umrzesz za rok, czy wszystko będzie w porządku? Był przerażony, oglądał moje pooperacyjne blizny, nie chciałem tego przed nim ukrywać ze względu na przestrogę, że jednak sposób życia, który przypadł mi do gustu w latach młodości, nie sprawdza się na dłuższą metę.

ostr_2

A co jeśli w przyszłości syn zacznie palić, bo tata też to przecież robił?

Widzisz, bardzo duże znaczenie ma to wychowanie, które następuje teraz. Jestem przede wszystkim jego przyjacielem. Ojcem też, ale i przyjacielem. Walczę o to, ponieważ przyjaciel ma większy posłuch i łatwiej słuchać jego niż ojca. Ojcu czasami chcemy się przeciwstawić, zbuntować, udowodnić, że potrafimy dokonać własnych wyborów, choć nie zdajemy sobie sprawy, że w wieku dorastania czasami decydują za nas hormony. Przyjacielowi powiemy więcej. Przyjacielowi zwierzymy się bardziej. Życzyłbym sobie i mam nadzieję, że tak będzie, że syn przyjdzie do mnie, zanim to zrobi i podzieli się swoimi chęciami.

Naprawdę myślisz, że jest to możliwe?

Jeżeli nie spieprzę tego, co budowałem przez ostatnich 9 lat, odkąd się urodził, jest to jak najbardziej możliwe. Jeżeli w tym momencie syn przychodzi do mnie z różnymi problemami typu, że ktoś go nie rozumie, zakochał się albo jest po prostu wobec mnie szczery, nie jest za to ganiony. Po prostu podejmuję z nim dialog i w takich przypadkach staramy się być partnerami. Oczywiście są momenty, w których ja muszę być ojcem, ukarać czy wynagrodzić, albo wskazać mu drogę, którą ma podążać, ale poza takimi momentami staram się, żebyśmy byli przyjaciółmi. Jest mocno zaangażowany w jego życie, tak samo jak on jest bardzo mocno zaangażowany w moje. Wydaje mi się, że łatwiej jest zranić rodzica niż przyjaciela. Rodzic zawsze wszystko wybaczy. Przyjaciel – nie zawsze. Ja sam pamiętam młodzieńcze przyjaźnie, które naciągały klapki na oczy i człowiek nic nie widział poza kumplami, tylko szedł w zaparte.

Mówiłeś, że podczas choroby nie chciałeś nad sobą ubolewać. Jak w takim stanie nie ubolewać nad sobą i nie pragnąć, aby świat skupił się tylko na tobie?

Nie rozumiem, jak można być takim egocentrykiem, żeby przez chorobę, do której się samemu doprowadziło, zwracać uwagę całego świata. Sam sobie byłem winny. Poza tym, moje nastawienie do życia nie zmieniło się przez chorobę. Ja cały czas byłem tym samym, wesołym człowiekiem, którym jestem na co dzień, robiłem sobie z choroby żarty. Każdy chory, który ma na przykład odmę, wymaga drenażu, czyli rurki włożonej w płuco na głębokość 20 cm, i trzymałem ten dren w ręce. Był zielony, więc śpiewałem: „trzymając w ręce drenik zielony, patrzę, jak wszystko zostaje w tyle”. Moja żona śmiała się przez łzy, bo była załamana i przerażona, ale ja do samego końca nie potrafiłem zachować powagi sytuacji. Może i dobrze. Jestem na drugim biegunie w stosunku do hipochondryków i musieliby mi chyba obciąć nogi, żebym doszedł do wniosku, że nie mogę chodzić, albo ktoś by musiał podciąć mi gardło, żebym mógł stwierdzić – jestem tak chory, że nie mogę mówić. Nie odbieram swoich dolegliwości tak, jak robią to moi bliscy, którzy się martwią. Dla nich rzeczywiście jestem całym światem, ale ja dla siebie nie jestem całym światem. Są nim moja żona i dzieci, moje emocje są zarezerwowane dla nich.

Zastanowiłeś się nad tym, że w takiej samej sytuacji mogą być także twoi słuchacze? Że ich płuca po równie dużej ilości wypalonej trawy narażone są na to samo?

Odpowiadam tylko za swoje dzieciaki i swoją żonę. Nie staram się nikogo wychowywać. Moja choroba była nie tylko wynikiem mojego palenia, nieważne czy trawy, czy papierosów. To był wynik tego, że ja muzyce poświęciłem się od początku do końca, zagrałem olbrzymią ilość koncertów, często nie pilnowałem regularnych posiłków, zarywałem noce. Mój styl życia w domu, po koncercie, wyglądał tak, że z reguły siedziałem w nocy nad muzyką do 8 rano, potem wiozłem dziecko do szkoły czy przedszkola, szedłem spać i budzony byłem wtedy, kiedy to dziecko trzeba było odebrać. Ile tak można pociągnąć? Rok, dwa, trzy. Ja tak pociągnąłem 15 lat, więc było logiczne, że ważąc 74 kg, przy moim wzroście, przy moim trybie życia, przy intensywności, jaka towarzyszyła mojemu życiu, też przy tym, że nie prowadziłem sportowego trybu życia i nie myślałem o tym, czy jakieś używki mogą mi zaszkodzić, czy nie, skończyło się to tragedią. Żyłem muzyką, potem rodziną. To zmieniło się u mnie po chorobie – dziś żyję głównie rodziną. Jest to 99 % mojego życia – tyle zajmuje mi rodzina, a 1% zajmuje mi muzyka. Wcześniej te proporcje były odwrócone. Może byłem nienasycony twórczością, może chciałem coś udowodnić sobie, całemu światu? Teraz sobie gdybam, bo nie pamiętam, co tak naprawdę sobie myślałem o muzyce przed chorobą. Moi znajomi się śmiali, że tak, jak niektórzy ludzie potrzebują w swoim życiu znaleźć czas na muzykę, ja w swojej muzyce nie mam czasu, żeby znaleźć czas na życie.

A czy starość jest dla ciebie zagadką?

Jest takie powiedzenie, że starość się Panu Bogu nie udała, więc podejrzewam, że będę przeżywać wszystko to, co moja babcia, z którą jestem bardzo związany. Artysta boi się, że straci to, na co pracował całe życie. Budujesz swój autorytet, swoje znaczenie w muzyce tylko po to, żeby przyszedł ktoś młodszy i zdmuchnął cię ze sceny. Tego się obawia chyba każdy artysta. Oczywiście, jest nieliczna grupa artystów, jak James Brown czy Czesław Niemen, którzy zostali ikonami przed śmiercią, ale nie nastawiam się na coś takiego, bo bym był zwyczajnie pyszny albo głupi. No więc nie boję się starości, bo wiem, że ona musi nastąpić, że taka jest kolej rzeczy, ale mój strach bardziej dotyczy tego, czy dalej będę mógł realizować swoją pasję i czy będę ją mógł robić w takich szerokich horyzontach, w jakich udaje mi się teraz.

Co może stanąć ci na drodze?

Gdyby artysta mógł decydować o swoim życiu... O naszym życiu decydują słuchacze. To jest fajne uczucie, gdy ludzie uwielbiają twoją muzykę i na każdym kroku podkreślają, że coś dla nich znaczy. Łatwo się do niego przyzwyczaić, trudniej pożegnać, dlatego wydaje mi się, że każdy muzyk, malarz, rzeźbiarz, aktor, reżyser, dosłownie każdy, kto ma kontakt z szeroko rozumianą sztuką, boi się, że przestanie być akceptowany, ponieważ to jest koniec naszej pracy. Możemy sobie ją wtedy robić hobbystycznie, dla siebie w domu, a jednak ten „wielki format” to marzenie każdego z nas. Jak miałem 10, 12, 14 lat, marzyłem o tym, że kiedyś będę mógł stać na scenie, będę miał swoich odbiorców, którzy naprawdę będą chcieli słuchać tej muzyki, którą ja robię. I rzeczywistość prześcignęła te moje marzenia, bo nie spodziewałem się, że będę miał tylu odbiorców. Więc teraz, jak już to wszystko mogłem poczuć, to nie chciałbym kiedykolwiek tego stracić.

ostr_3

A czy dziś głupie wydaje ci się powiedzenie „carpe diem”?

Nie, ponieważ każdy dzień jest tak samo ważny i każdy dzień może wpłynąć na resztę twojego życia. Jeden moment nieuwagi i może stać się dramat albo możesz przeoczyć szansę, która okazała się dla ciebie niepowtarzalna. Poza tym, kiedy ty tracisz dzień, właśnie w tym momencie ktoś pracuje, żeby ten dzień wykorzystać na maksa. Zawsze mówię swojemu synowi – nie sztuką jest mieć 40 lat i myśleć, jak 15-latek, sztuką jest mieć 15 lat, a myśleć, jak 40-latek, bo wtedy możesz do czegoś dojść.

Tłumaczysz swoim synom, czym jest dorosłość?

Tak, oczywiście. Przede wszystkim tłumaczę, że wszystko, co się dzieje w tym momencie, będzie miało swój łańcuch przyczynowo-skutkowy w przyszłości, czyli oni będą brali na swoje barki konsekwencje swoich błędów młodości. Oczywiście mówimy o moim starszym synu, ponieważ mój trzyletni syn jeszcze nie jest w stanie tego zrozumieć. Ale uczę syna brania na barki konsekwencji swoich czynów, jak i odpowiedzialności. Przede wszystkim za to, co mówi, za swoje czyny i za to, kim jest, ponieważ zawsze reprezentuje mnie, jak ja reprezentuję jego. Tak, jak moja żona go reprezentuje. Po prostu to jest symbioza. Żyjemy zależni od siebie. Ja nie będę zły na syna, kiedy przyniesie ze szkoły jedynkę. Bardziej będę zły na niego, kiedy zachowa się niestosownie lub da wyraz swoim negatywnym emocjom i przyniesie sobie wstyd, ponieważ najważniejsze pod koniec dnia jest to, jakim człowiekiem jesteś. Ocenę można poprawić, a jak stracisz twarz, drugi raz jej nie odzyskasz.

W którym momencie twoi synowie staną się dorośli? Co się wydarzy?

Ponoć mężczyźni nie dorastają nigdy – to są słowa mojej żony. Wydaje mi się, że dorosłość jest niczym innym jak właśnie braniem odpowiedzialności za swoje życie. Kiedy będą w stanie wziąć odpowiedzialność za siebie, za swoich bliskich i sami założyć swoją rodzinę, otoczyć ją bezpieczeństwem i wszystkim, co najlepsze, wydaje mi się, że wtedy będzie można uznać, że są dorosłymi ludźmi.

Przyzwyczaiłeś nas do tego, że co roku wydajesz nowy album. Co po „Życiu po śmierci”?

Medialny sukces „Życia po śmierci” troszeczkę przerósł moją percepcję i postrzeganie muzyki. Tworząc nową płytę, pomyślałem sobie, że jednak nie można zabijać tego, czym dla ludzi jest „Życie po śmierci”. W lutym, kiedy miała wyjść nowa płyta, narodziło się największe zamieszanie wokół tej płyty. Zmieniłem swoją politykę chodzenia do mediów – wybrałem sobie parę imprez, na których wypadałoby się pokazać ze względu na ludzi, którzy kupili tę płytę. Nie mógłbym ich zlekceważyć i tam nie pójść, nie podziękować im za to, że to mnie przypadł zaszczyt odebrania nagrody za największą sprzedaż. Zdecydowaliśmy się, że zrobimy prezent wszystkim tym, którzy byli na koncertach i tym, którzy nie mogli na nich być i nagramy płytę unplugged przy patronacie MTV. Jest to powrót klasyki. Czuję się zaszczycony, że mogę to zrobić, ponieważ sam, oglądając koncert unplugged Jay’a Z, marzyłem o tym, że może mi się kiedyś uda tak zagrać. Udało nam się to zrealizować, więc jest to mój osobisty sukces. Jest dopełnieniem tej podróży.

Zdjęcia: Tomasz Sagan

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA