REKLAMA
Anywhere logo

Czerwony żółw: w zgodzie z naturą

2017-06-22
...
Legendarne studio Ghibli rusza w świat za sprawą francuskiej koprodukcji. Wydarzenie niecodzienne, bo bezprecedensowe - to pierwsza tego typu sytuacja w historii wytwórni zwanej japońskim Disneyem. Za sterami Czerwonego żółwia zasiadł holenderski reżyser Michael Dudok de Witt, którego oscarowa ośmiominutowa animacja Ojciec i córka (2000) zachwyciła samego Hayao Miyazakiego, twórcę m.in. oscarowego Spirited away – w kranie bogów (2001).

Cisza mocniejsza niż słowa. Ta autorska strategia obrana przez de Witta fantastycznie sprawdza się w konwencji animowanej robinsonady zagubionej jednostki stawiającej czoło nieprzejednanej Matce Naturze. W przeciwieństwie do rozgadanych i dynamicznych zazwyczaj produkcji Ghibli, Czerwony żółw to spokojny i głęboko humanistyczny film w duchu slow cinema: lapidarna w formie, pozbawiona dialogów proekologiczna animacja, posługująca się rysunkowym, a nie komputerowym projektem postaci. Bezimiennego protagonistę poznajemy podczas sztormu, kiedy niemal tonąc w morskiej otchłani, ratuje się na bezludnej wyspie. Odtąd jesteśmy świadkami jego nieudanych prób wydostania się z „zielonego więzienia” i przepracowania atawistycznego względem otoczenia nastawienia. Bohater zdaje sobie sprawę, że najgorsze co w tej sytuacji może zrobić, to stawiać opór nieprzewidywalnej przyrodzie. Mężczyzna musi spróbować żyć z nią w zgodzie. Nie znaczy to rzecz jasna, że naturę da się okiełznać: może ona zarówno zapewnić nam schronienie, jak i okazać się śmiercionośnym żywiołem. Ta wymagająca poświęceń podległość prędzej czy później zacznie przynosić rozbitkowi korzyści, a my zaczniemy zadawać sobie pytanie, czy na jego miejscu chcielibyśmy za wszelką cenę wrócić na cywilizowany ląd?

czerwony_zolw

Baśniowa opowieść w pełni nabiera tempa za sprawą pojawienia się tytułowego żółwia. Nie zdradzę jaką funkcję czerwone zwierzę pełni w filmie, ale to jeden z najbardziej trafnych przykładów sportretowania ludzkiej symbiozy z przyrodą i pierwotnego kręgu życia, które przypomina dokonania Wernera Herzoga. Przymusowa izolacja staje się paradoksalnie okazją do „lepszej egzystencji”, a sama natura, niczym w Księżniczce Mononoke (1997) Miyazakiego, posiada magiczną moc sprawczą. To niczym żywy organizm, bóstwo, które daje i odbiera, zapewniając w zamian potrzebną harmonię na wszystkich etapach ludzkiego istnienia. Banalne z pozoru prawidła serwowane przez de Witta przeobrażają się za pomocą animacji w uniwersalne, wyzute z pretensjonalności połączenie losów Robinsona Cruzoe i japońskiego anime. W efekcie oba kręgi kulturowe mogą czerpać z tego związku wspólne dobro: europejski realizm dopełniany zostaje azjatyckim oniryzmem.

Z tego powodu Miyazaki może być z pewnością usatysfakcjonowany zaproszeniem de Witta do swojej pracowni. Twórców łączy podobna filozofia artystyczna, jednak holenderski reżyser za pomocą odrębnych od poetyki Ghibli środków filmowych, pozostawił swe autorskie pióro. Natomiast wobec komercyjnego sukcesu De Witt nie ma bynajmniej powodów do smutku: jego pełnometrażowy debiut, prócz oscarowej nominacji, otrzymał specjalną nagrodę prestiżowej sekcji Un Certain Regard w Cannes i zdeklasował konkurencję najważniejszej dla filmu animowanego nagrody Annie, zgarniając aż sześć statuetek.

Wespół z filarami studia Ghibli (Isao Takahata, twórca m.in. słynnego Grobowca świetlików [1988], był producentem artystycznym filmu) Holendrowi udało się uzyskać unikalną mieszankę kulturową zawartą w niekonwencjonalnej animacji. Ta artystyczna i życiowa wymiana myśli rodzi w istocie wyjątkowe kinowe doświadczenie.

Autor: Piotr Szczyszyk

Dystrybutorem filmu „Czerwony żółw” jest GUTEK FILM

REKLAMA
REKLAMA