REKLAMA
Anywhere logo

Jest takie miejsce

2017-06-26
...
Czy wyobrażacie sobie miejsce, które posiada magiczny pierwiastek zarówno dla fanów nurkowania, jak i spacerowania po dżungli? Dla fanów chodzenia po krzakach, ptasiego śpiewu i podglądania dzikiej przyrody? Fanów smakowania lokalnego jedzenia, ludzi chcących zostać choć na moment, tak na niby, archeologami? Tych, co mówią po hiszpańsku i tych, co, znają tylko hola? Jest takie miejsce, jego wschodnia granica oddalona jest o 9313 kilometrów od Polski. To miejsce nosi nazwę, która powoduje uśmiech na twarzy i chęć do tańca. Tak, to właśnie Meksyk. Tak, to właśnie Jukatan.

Półwysep Jukatan stał się modnym kierunkiem podróży. Cancun czy Playa del Carmen pękają w szwach od pięknych hoteli. A gdyby tak spróbować ten nietypowy kawałek lądu zobaczyć inaczej? Niekoniecznie z hotelowego tarasu, ale też nie z namiotu w środku dżungli?

jukatan_3

Tak właśnie zapragnęłam go odkryć – po swojemu. Z własną mapą, aparatem i bałaganem w aucie. Z gotowym projektem trasy, mapami stanowisk archeologicznych, zapasem mleczka do opalania i nachosów na drogę ruszam na przygodę, o której tak długo marzyłam. Dojeżdżam do Valladolid, bo chcę na samym początku spróbować kąpieli w cenote – naturalnej studni krasowej, w której woda jest niebywale czysta (bo przefiltrowana przez podłoże wapienne). Wybrałam rzadko odwiedzane miejsce, w którym jestem kompletnie sama – cenote Samula. Słyszę śpiew jaskółek wylatujących przez otwór nade mną i łapię promienie słońca, które padają na moją twarz w trakcie odprężającej, samotnej kąpieli kilka metrów pod ziemią. Na Jukatanie znajduje się około 10 tysięcy cenotes. Nie wszystkie są dostępne dla turystów, ale przy odrobinie szczęścia i wczesnym budziku, posiadanie takiego tylko dla siebie przez 30 minut nie stanowi problemu. Drugi punkt na mapie to jedno z miejsc, które jest w mojej głowie od zawsze – Chichen Itza i słynne El Castillo. Upał i tłumy turystów z Cancún nie przeszkadzają w staniu i gapieniu się na ten jeden z siedmiu nowych cudów świata. Można go obejść z każdej strony i patrzeć bez przerwy, a i tak nie przestanie zachwycać. Boisko do peloty, obserwatorium astronomiczne, świątynia wojowników, obecne wszędzie symbole prekolumbijskich bogów – żeby zobaczyć to wszystko, trzeba się bardzo skupić, walczyć z upałem i wszędobylskimi turystami, ale jest to zdecydowanie jedno z miejsc na naszej planecie, które trzeba zobaczyć. Nieważne, czy ktoś jest zapalonym historykiem, czy nie.

Dalsza podróż w stronę Zatoki Meksykańskiej obejmuje przystanek w nietypowym miasteczku Izamal, którego kolory to żółty i biały – takie jak Watykanu. W 1993 roku miasto odwiedził Jan Paweł II, na dziedzińcu klasztornym znajduje się jego pomnik jako wyraz szacunku mieszkańców dla tego wielkiego Pielgrzyma, który zapewnił Majów o poparciu kościoła katolickiego. 

jukatan_2

Celestun tuż nad Zatoką Meksykańską to jedno z nielicznych miejsc, w którym od stycznia do kwietnia możemy podziwiać ogromne stada flamingów, ale nawet brak tych długonogich różowych istot sprawia, że warto odwiedzić to miejsce ze względu na ogromną ilość innych gatunków ptaków, często endemicznych. Od pelikanów brunatnych, przez fregaty wielkie, kormorany rogate i oliwkowe, czaple białe czy sępniki różowogłowe i czarne. Przy odrobinie szczęścia (które ja miałam) możemy spotkać też czarnostrzębia leśnego ukrytego w lasach namorzynowych, otaczających Ría Celestún.

Czas płynie tu swoim rytmem i trzeba się do niego dostosować. Jak przykro uzmysłowić sobie, w jakiej pułapce żyjemy, pracując bez przerwy, odmawiając sobie czasu dla siebie kosztem pracy dla innych, pogoni za pieniądzem i wiecznym zmęczeniem. Tam czas płynie dwa razy wolniej. Nikt się nie spieszy, nikt na nikogo nie krzyczy ani go nie pogania. Restauracje otwierają się, kiedy chcą, a zamykają, gdy wyjdzie ostatni klient. Wszyscy są uśmiechnięci i nie chodzi mi o to, że uśmiechają się do mnie. Oni się po prostu uśmiechają.

Kolejne dni podróży to niezwykłe tereny Ruta Puuc -–szlak stanowisk archeologicznych (Uxmal, Kabah, Sayil, Xlapak, Labna), zakończony niesamowitą jaskinią Grutas de Loltún. Przede mną długa droga, 270 kilometrów prosto na południe, aż do miejscowości Xpujil. Stamtąd kolejnego dnia wybiorę się do Calakmul, ale zanim pójdę spać, muszę pozbyć się z pokoju 5-centymetrowego karalucha.

jukatan_1

Dzień zaczynam obudzona śpiewem wilgowronów meksykańskich i szumem liści palmowych uderzających w moje okno. Na rozgrzewkę odwiedzam ruiny miasta Balamku, ale najważniejszym punktem dnia jest Calakmul – jedno z największych starożytnych miast Majów na Jukatanie, leżące głęboko w dżungli w nizinie Petén. Mówiąc „głęboko w dżungli”, mam na myśli drogę pełną dziur o długości 60 kilometrów w głąb lasu deszczowego, przez którą przebiegają niezliczone ilości zwierząt. Po ponadpółtoragodzinnej jeździe docieram na miejsce. Otacza mnie prawdziwa dżungla. Temperatura w samochodzie pokazuje 40 stopni, ale wydaje się, że czujnik się zaciął i jest o wiele goręcej. Zaczynam wędrówkę przez sacbé – majańskie drogi łączące świątynie, place lub inne ważne struktury w starożytnych miastach. Jestem sama, słyszę jedynie śpiew ptaków, nieustający szelest suchych liści i liczę widziane po drodze jaszczurki. Po dwudziestej ósmej tracę rachubę. Mijają mnie radośnie szeleszczące ostronosy białonose, na drzewach wylegują się wyjce, a co jakiś czas obserwuję piękne pawie indyki, które żyją dziko jedynie tu, w lasach tropikalnych Meksyku, Belize i Gwatemali.

 

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA