REKLAMA
Anywhere logo

Aleksandra Budka

Rafał Mohr: Aktorski cyrk

2017-07-10
...
Tak jak role mogą być dobre i złe, analogicznie do nich istnieją także dobre i złe celebryckie ścianki. Rafał Mohr wyjaśnia, na czym polega ten cały aktorski cyrk. Tuż przed reżyserskim teatralnym debiutem opowiada o kulisach zawodu, który pod piękną otoczką, jaką nadały aktorstwu kolorowe magazyny, posiada również ciemne zakamarki, gdzie można i dostać w twarz, i zwątpić w sens ideałów z młodości.

Mówi się, że aby być dziennikarzem, nie trzeba ukończyć dziennikarstwa. Czy podobnie jest w przypadku zawodu aktora?

Naprawdę teraz nie trzeba już ukończyć studiów dziennikarskich, żeby być dziennikarzem?

To taki zawód, który wymaga praktyki, a nie tylko uniwersyteckiej wiedzy. A co z aktorstwem?

Jest teraz taka tendencja nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Czasy się zmieniły, wszystko poszło do przodu… Akurat aktorstwo jest zawodem, który wymaga pewnej mobilności wewnętrznej i uczuciowej, a nie zawsze trzeba to studiować. Niektórzy po prostu z tym się rodzą, mają jakiś dar. Biorąc pod uwagę wszystkie te aspekty, to tak, człowiek może nie kończyć studiów aktorskich i grać. Natomiast wydaje mi się, że aby grać w teatrze, trzeba już skończyć studia. Teatr jest dziedziną sztuki, która wymaga od nas techniki, a tej uczymy się, studiując.

rafal_mohr_1

Czym różni się zawodowy aktor od samouka? Może ten pierwszy, podobnie do absolwenta dziennikarstwa, myśli narzuconymi mu w szkole schematami i postępuje według określonych reguł?

Aktor po szkole teatralnej różni się tym, że ma do głowy nawsadzanych wiele niepotrzebnych głupot. Oczywiście nie zawsze, bo trafiamy w szkole na wspaniałych profesorów. Żartobliwie trochę to określam, ale rzeczywiście jest cała masa zbędnych rzeczy, które zaśmiecają nam głowę. Człowiek wychodzi taki trochę skołowany… Na przykład: Moliera trzeba grać tak, a Szekspira tak, a wiersz to trzeba mówić tak i tak... Są różne szkoły, różni ludzie nas uczą. Ja miałem to szczęście, że trafiłem na fantastycznych profesorów, dzięki którym start w moim życiu aktorskim był o wiele łatwiejszy.

A czy po świetnym starcie u Pasikowskiego w filmie „Słodko gorzki” nie pomyślałeś, że ta szkoła wcale nie jest tak bardzo potrzebna?

Nie, w ogóle. Profesor Jan Englert był opiekunem mojego roku. Dzięki Niemu tak naprawdę zagrałem w filmie, bo wtedy trzeba było uzyskać zgodę dziekana bądź rektora na taką filmową działalność pozaszkolną. Powiedział krótko: „Idź, może się czegoś nauczysz o tym zawodzie, może zmienisz swoje myślenie”. Teraz, po latach, mogę się do tego przyznać – na pierwszym roku miałem totalną depresję. Kompletnie nie mogłem przystosować się do tego miasta, ciężko przeżyłem przeprowadzkę, a to odbiło się na moich wynikach w nauce. Objawiało się to tym, że na przykład chodziłem na zajęcia, ale aktywnie w nich nie uczestniczyłem, czyli siedziałem i obserwowałem, jak inni robią sceny albo mówią wiersz czy prozę, a ja tylko podpisywałem wirtualną listę obecności, siedząc pod ścianą. Nie byłem w stanie zmusić się do pewnych rzeczy i udawać, że jest fajnie, bo tak naprawdę fajnie nie było. Wynikiem tego były dwie oceny niedostateczne na koniec pierwszego roku. Wyjątkowo, jak na tamte czasy, zostałem dopuszczony na drugi rok, właśnie z zastrzeżeniem, że poprawię się i ja, i moja obecność w szkole. Wówczas pojawił się film. Nie muszę mówić, kogo spotkałem podczas pracy, bo wystarczy spojrzeć na obsadę. Grałem z ówczesnymi największymi gwiazdami polskiego kina, co mnie bardzo tremowało, bo tak naprawdę nic nie umiałem. Bo co może umieć człowiek po pierwszym roku, jeszcze z problemem, który miał przez ten cały pierwszy rok? Do tej pory zastanawiam się, jak wygrałem ten casting. Po tych wakacjach właśnie, kiedy nakręciłem film, profesor Englert zapytał: „No i jak, masz jeszcze ochotę studiować tutaj?”. Odpowiedziałem, że tak, a on z wrodzonym wdziękiem na to: „Też zagrałem w kilku filmach, wiem, jak to jest”. Ja trochę się wtedy nastroszyłem i burknąłem: „Panie profesorze, jak pan zagrał w kilku filmach, to doskonale powinien pan wiedzieć, że teatr i film to są dwie różne sprawy”. No i zostałem już w tej szkole i skończyłem studia.

Czy dziś, 20 lat po ukończeniu szkoły teatralnej, zdecydowałbyś się na to samo?

Czy poszedłbym na aktorstwo?

Tak.

Bardzo trudne pytanie. Jestem w dziwnym momencie swojego życia – przed swoim reżyserskim teatralnym debiutem. Jakiś czas temu zacząłem się zastanawiać, czy aktorstwo to jest to, co umiem robić najlepiej, albo to, co chcę do końca robić. Oczywiście doszedłem do wniosku, że tak, teraz już tak. Ale z tą wiedzą, którą mam teraz, gdybym miał taką możliwość, to nie wiem, czy nie zaryzykowałbym jakiegoś innego zawodu. Jednak.

Na przykład? 

Na przykład takiego, który byłby bardziej bezpieczny finansowo. Bo aktorzy ciężko harują, żeby zarobić na chleb. Zdaję sobie sprawę, że ogólna opinia w społeczeństwie jest taka: „gwiazda serialu”, „gwiazda kina”, „gwiazda filmu”. Tak określają nas kolorowe czasopisma i my w tym cyrku uczestniczymy. Jest to samonapędzająca się machina, taki jest po prostu biznes. Ale to, o czym piszą gazety, w wielu przypadkach mija się z prawdą. Doskonale wiesz, że tak jest, wciska się ludziom kit. Oni czytają te kolorowe bzdury i potem panuje jakaś obiegowa opinia, że jak się jest aktorem, to się nie wiadomo ile zarabia. Przede wszystkim, co to kogo obchodzi, kto ile zarabia? A po drugie, naprawdę muszę to sprostować, to nie są takie sumy, o których piszą gazety. Oczywiście, są nazwiska w Polsce, które pewnie wychodzą ponad ten pułap, ale w matematycznym stosunku to jest 1-2% do 99-98%.

Boli cię, że aktorzy zarabiają tak mało?

Oczywiście, boli mnie. Nie dlatego, że się skarżę, tylko mnie boli inna rzecz. Wielką stratą dla nas, jako środowiska aktorskiego, jest brak związków zawodowych. Nawet nie wiem, czy funkcjonuje w Polsce taki system prawny, aby te związki można było założyć. Zdaję sobie sprawę, że mogę sobie narobić wielu wrogów, mówiąc to publicznie, ale tak naprawdę to jest nasza ochrona i dobrze byłoby, gdyby ktoś się tym zajął. W niektórych państwach związki zawodowe funkcjonują tak, że jeśli jakiś aktor należy do związku, a nie ma akurat pracy, bo – umówmy się, ten zawód polega na tym, że praca jest od czasu do czasu – wówczas to związek wypłaca mu pensję, żeby mógł po prostu godziwie żyć. Żeby mógł opłacić swoje rachunki, iść do sklepu, kupić jedzenie na obiad, żeby mógł pozwolić sobie na jakiś wypad do kina. Na normalne życie. Nie chcę nazywać tego zbawieniem, ale wyjściem z tej trudnej sytuacji, która niewątpliwie jest. 

Jak w niewielkim Bytowie, z którego pochodzisz, traktowano młodego chłopaka grającego w filmie zasłużonego reżysera?

Niewątpliwie była to sensacja. W 1995 roku nie było jeszcze tych wszystkich kolorowych magazynów, czy też „magazynków”. Chociaż nie lubię zdrobnień, tak to określam. Nie było też Internetu i tej ogólnie pojętej medialności, która teraz jest, więc takie pojawienie się w filmie wzbudzało sensację, tym bardziej, że każdy mógł zobaczyć mnie w kinie. Nie pamiętam dokładnie, ile ten film miał wówczas widzów, na pewno około 400 tys., to był chyba dobry wynik jak na tamte czasy. Odczuwałem rozpoznawalność nie tylko w Bytowie, bo w Bytowie praktycznie każdy mnie znał, ale też w Warszawie, w tramwajach czy w autobusach. Pojawiały się zaciekawione twarze, które mnie obserwowały. Przeżyłem wówczas okres ekscytacji tym zawodem, tym, że jestem teraz taki rozpoznawany. To było strasznie głupie, ale byłem młody, miałem prawo się tym zachłysnąć. Wtedy nie celebryctwem, ale takim minigwiazdorstwem. 

rafal_mohr_3

Ale jak sam wspomniałeś, na początku nie radziłeś sobie z wielką Warszawą.

Tak, pierwszy rok był potworny. 23 lata temu nie było tu niczego. Warszawa była szara, brudna, stare tramwaje, stare autobusy. To był czas przemiany, tak naprawdę wszystko zaczęło tu wchodzić. Pojawiały się żółte autobusy, nowe składy tramwajowe, zaczęły się przebudowy ulic. Mieszkałem na Jelonkach, w domkach budowniczych Pałacu Kultury. Te domki do tej pory przecież istnieją. Jeździłem autobusem 171 na Plac Bankowy, codziennie rano o 8 czy chwilę po, a wracałem często ostatnim autobusem o 23.35. Ulica Górczewska była dwukierunkowa, ale z pojedynczymi pasami ruchu. Przytłaczała mnie swoją brzydotą. Nic nie ułatwiało aklimatyzacji w tym mieście.

Była jednak wymarzona szkoła. Jaki jest i co myśli początkujący student aktorstwa?

Bardzo wierzyłem w to, że zostanę aktorem i miałem marzenie, żeby zagrać w filmie. To było takie niespełnione pragnienie z dzieciństwa. Pamiętam, jak miałem 9, może 10 lat, w „Teleranku” był ogłoszony casting na rolę do filmu o Panu Kleksie i szukali rudego chłopca z piegami. Z pewnością byłem jednym z nich i usilnie prosiłem moich rodziców, żeby pojechali ze mną do Warszawy. Oczywiście kompletnie nie miałem świadomości, że nie było to możliwe ze względów chociażby finansowych. W końcu nie pojechaliśmy na ten casting. Bardzo to przeżywałem, uroniłem kilka łez i z tym marzeniem dojrzewałem dalej: chcę być aktorem, chcę zagrać w filmie. Złożyłem papiery do szkoły aktorskiej tylko w Warszawie, chociaż nie wiedziałem, że można składać do różnych, że można jeździć i próbować swoich sił i tu, i tu, i tu. Taki byłem.

To jest dzisiaj powszechne.

To dzisiaj jest bardzo powszechne. Kompletnie o tym wówczas nie wiedziałem, więc bardzo grzecznie przyjechałem do Warszawy, bo była w zasadzie najbliżej, złożyłem tutaj podanie i dostałem się. Pierwszy rok był, jaki był, fuksem przeszedłem na rok drugi i moje marzenie się spełniło. Nie dosyć, że dostałem się do szkoły, to zagrałem w filmie główną rolę. No i co teraz? To jest naprawdę dziwne uczucie. Po pierwsze, nie byłem na to kompletnie gotowy. To wszystko wydarzyło się za szybko. W ogóle nie miałem tej świadomości, którą mam teraz, obudziłem się z ręką w przysłowiowym nocniku.

Do końca szkoły nie było już nowych marzeń?

Były, ale przyziemne. To nawet nie były marzenia, to była chęć pracy. Zagrania w jednym, w drugim filmie, bo oczywiście mi się to spodobało.

Rozmawiamy w momencie... 

Kiedy brakuje mi filmu w moim życiu. 

Opowiedz o tym. 

Co tu dużo opowiadać. Po prostu dawno nie grałem. Tak się złożyło, że jakoś bardzo mocno wszedłem w teatr, a nie mam propozycji filmowych. Albo może jestem w wieku przejściowym… Nie wiem, jakie okoliczności powodują, że tych propozycji teraz nie ma albo jest ich po prostu mniej. Może to jest taki czas przepoczwarzania się. Brakuje mi filmu. 

A odpowiada ci rola nauczyciela?

Tak. Prowadzę zajęcia ze studentami pierwszego i drugiego roku w aktoRstudio Romy Gąsiorowskiej. Wcześniej miałem zajęcia w Warszawskiej Szkole Filmowej. Gdy uczę, mówię jedną podstawową rzecz – oczy zawsze mówią prawdę. Jak się ma prawdę w oczach, ma się prawdę wszędzie. W głosie, w ruchu, w mimice, w gestach, wszędzie. To jest potwornie trudne. Sam wiem, że to jest trudne, ale wiem, że to jest klucz do dobrego aktorstwa. 

A czy uczysz ich tego, że świat celebrycki to nie musi być część świata aktorskiego?

Nie, nie uczę ich tego, ponieważ uważam, że to jest część biznesu, a uprawiając zawód publiczny, w pewnym sensie jesteśmy skazani na te ścianki. Ale niech to będą ścianki fajne.

rafal_mohr_2

Są ścianki fajne i niefajne? 

Ja bardzo lubię fotografować się na ściance Teatru Polonia. Uwielbiam.

Dobrze, to jest fajna ścianka. 

Naprawdę to jest bardzo fajna ścianka, przy której często można spotkać bardzo wartościowych ludzi. Ale stawanie na ściance jakiegoś tam produktu mało związanego z aktorstwem tylko po to, żeby dostać kilka próbek albo zapas tegoż produktu na trzy miesiące już niekoniecznie jest fajne. Wolałbym tak naprawdę zarobić te pieniądze i to kupić, zresztą z takiego też założenia wychodzę. Oczywiście, zdarzyło mi się w życiu przyjąć jakiś podarunek w zamian za to, że byłem na imprezie. Nie jestem hipokrytą i nie będę udawał, że tak nie było. Ale gra była warta świeczki, a poza tym nie musiałem wtedy stawać na ściance, tylko wejść i wyjść, więc działanie było mało inwazyjne.

O co warto walczyć w tym zawodzie, jeśli w ogóle warto, a co należy odpuścić?

Do pewnego momentu byłem bardzo impulsywnym człowiekiem i zawsze wydawało mi się, że stuprocentowy i dopięty na ostatni guzik profesjonalizm jest czymś najlepszym. Szedłem do celu po trupach, nie patrząc na to, że po drodze są ofiary w postaci mojego źle odebranego zachowania albo jakiejś przypadkowej kłótni. Tak naprawdę to jest gówno prawda. Źle myślałem. Teraz mam już tę świadomość. O co należy walczyć? Należy walczyć o dobre role, o ludzi i dobre relacje z nimi. 

Czy to ma związek z tym, że skończyłeś czterdzieści lat?

Nie, kompletnie nie.

Przez dwadzieścia lat uprawiana aktorstwa twoje podejście do zawodu na pewno się zmieniło.

Bardzo, na lepsze. Przede wszystkim podchodzę do pracy na spokojnie. Kiedyś stresowałem się tym, jak będę widziany, jak będę oceniany, czy mi wyjdzie, czy mi nie wyjdzie. Co to było w ogóle za myślenie? Może dlatego, że zbyt wcześnie zostałem przyatakowany pracą, że to wszystko zadziało się za szybko. Cały czas czułem się niegotowy, niedostatecznie przygotowany do pracy. Może to powodowało takie myślenie. 

Czy w szkole aktorskiej uczą tego, jak żyć?

Nie. Nie uczą jak żyć. Uczą jak grać.

A tego, jak odpowiadać na pytania o porady życiowe? Bo dziś aktorów nie pyta się o role, a o to, jak żyć szczęśliwie.

Aktorstwo jest po prostu sposobem na życie, ale niekoniecznie szczęśliwe. Może być częścią szczęśliwego życia, ale szczęście życia leży zupełnie gdzie indziej. Istnieje w naszych umysłach, może być w jakiś sposób powiązane z tym, co robimy. Zawód na pewno nie jest bastionem i rzeczą, która warunkuje nasze szczęście. Oczywiście, jestem szczęśliwy, grając. To jest moje życie, ale na scenie jestem dwie czy trzy godziny, a to 1/8 albo 1/10 mojej całej doby. Tak naprawdę nie odczuwam tego szczęścia na zasadzie zmysłowej, takiej, że jestem szczęśliwy i gram. Po prostu robię swoją robotę, wczuwam się w postać, którą odgrywam i jeżeli ta postać jest szczęśliwa, to ja też jestem szczęśliwy. Ale proporcje są takie, że trzeba być szczęśliwym poza sceną.

To dlaczego aktorzy tak chętnie udzielają porad?

Mam z tym problem, dziwi mnie to. Nie wiem, dlaczego moi koledzy i koleżanki udzielają takich rad. Może czują się pewni w tych tematach i pewnie tak jest, ale wydaje mi się, że na tych kanapach w telewizjach śniadaniowych powinni zasiadać specjaliści albo psycholodzy.

Nie siadają.

Wiem, że nie siadają, choć bardzo ograniczyłem włączanie telewizora. Robię to, jeżeli muszę obejrzeć jakiś film na DVD. Ale zdarza mi się, jak jestem raz na jakiś ruski rok w hotelu, zobaczyć jakieś znajome twarze i pod spodem tytuł opisujący problem. Myślę: uuu, nie wiedziałem, niesamowite. 

Problem i ekspresowe rozwiązanie.

Dokładnie. Nie chodzę do telewizji śniadaniowych zbyt często. Mogę porozmawiać o problemie, jeżeli rola lub praca zawodowa, nad którą się pochyliłem, dotyczyła tego problemu. Czyli jak się odchudzałem, to mogłem rozmawiać o odchudzaniu, jak grałem w „Pitbullu”, to o heroinistach i narkotykach, i tak dalej. Można umiejętnie połączyć naszą pracę z bywaniem w mediach właśnie w taki sposób.

Wspomniałeś już o debiucie reżyserskim – to świetne podsumowanie 20 lat pracy.

Bardzo ciągnęło mnie do reżyserii i jednocześnie jestem tego bardzo niepewny. Drżę na samą myśl, można by rzec. Po paru latach udało mi się przekonać niektóre osoby, żeby zaryzykowały. Czy warto, zobaczymy. Wiem bardziej niż 20 lat temu, czego chcę w życiu. Jest to naturalne, żyjemy dłużej i widzimy, jak ten świat jest skonstruowany. Myślę, że będę dobrym reżyserem, w sensie – w pracy. A czy „dobrym dobrym”, to się okaże. 

fot.: Monika Szałek

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA