REKLAMA
Anywhere logo

Rahim: Wartości

2017-07-17
...
Już prawie 20 lat minęło od momentu, kiedy Sebastian Salbert zadebiutował w polskim rapie jako Rahim. Niewiele później ten sam Rahim jako członek Paktofoniki i Pokahontaz został uznany za jedną z żywych legend polskiego rapu. Poprosiliśmy go zatem, żeby dla nas spojrzał na samego siebie z przeszłości i porównał ze sobą obecnym.

rahim_2

Pamiętasz moment, w którym zdałeś sobie sprawę, że od tej chwili będziesz żył muzyką, z muzyki i dla muzyki? Kiedy zdałeś sobie sprawę, że nie będzie to tylko hobby?

To był chyba 2001 rok, kiedy byliśmy z Paktofoniką już po premierze „Kinematografii” i niestety już też po śmierci Magika. Zrobił się wokół naszej płyty wielki boom. Czuliśmy bardzo duży nacisk, żeby zagrać jakieś koncerty. Zupełnie nie wiedzieliśmy, jak sobie z tym tematem poradzić z racji nieobecności jednego z trzech członków zespołu. W końcu zagraliśmy taki testowy koncert w Katowicach, który okazał się totalnym sukcesem – ludzie byli podnieceni, poszło to wszystko PR-owo w świat, a telefony do naszego menedżera posypały się z każdej strony. Zaczęliśmy grać i graliśmy bardzo dużo. Pracowałem wtedy w firmie komputerowej, do tego studiowałem zaocznie, robiłem muzykę i jeszcze jeździłem na te koncerty. Wiadomo, że koncerty w tamtych czasach nie dawały mi jakichś mega gratyfikacji, ale miałem je w miarę regularnie i co tydzień coś przywoziłem do domu. Zaczynałem czuć, że nie daję rady ze wszystkim, że z czegoś muszę zrezygnować. Ze studiów nie chciałem rezygnować z przyczyn edukacyjnych, ale też dlatego, że służba wojskowa była obowiązkowa. Musiałem mieć więc jakiś back-up, bo inaczej moja kariera zostałaby przerwana na co najmniej rok. Wiedziałem, że nie zrezygnuję też z muzyki, bo ją kocham i coś mi zaczyna po iluś tam latach wychodzić. Jedyną rzeczą możliwą do ostrzału, żeby trochę poluzować i mieć czas na życie i produkcję, była praca. Zrezygnowałem z niej. To był więc ten moment. Stało się to samoistnie. Nie było tak, że to zaplanowałem, a wręcz przeciwnie – chciałem to wszystko udźwignąć. Rzeczywistość zweryfikowała moje chęci i możliwości, i powiedziała: „Stary, nie roztroisz się”.

A który moment uznajesz za swój debiut? Płytę Kalibru 44, na której wyprodukowałeś dwa utwory?

Chyba nie. Z jednej strony płyta Kalibru była na pewno moim debiutem, bo tam ukazał się pierwszy utwór ze mną – nie dość, że moja produkcja, to jeszcze moja zwrotka i refren w słynnej „Psychodelii”. Ale wiesz – to był incydent, wyściubienie nosa za kurtynę. Uważam, że moim pierwszym premierowym wejściem była płyta 3-X-Klanu z 1997 roku. To był pełny debiut fonograficzny, z teledyskami, wywiadami, koncertami – może nie było ich dużo, ale były. Wtedy poczułem, że na tę scenę wchodzę. Wiadomo, że ten debiut przy ogromnej popularności Kalibru nie okazał się tak dużym sukcesem, ale zaznaczyłem swoją obecność. Wielu ludzi zaczęło mnie doceniać za produkcję i mój rapowy styl. Odcisnąłem swoje piętno, ale wiadomo, że ogromna skala popularności przyszła dopiero z kolejną płytą, czyli z Paktofoniką.

Kiedy patrzysz na siebie z 1997 roku, nie zastanawiasz się, kiedy ten młody chłopak-buntownik zamienił się w biznesmena i faceta, który musi myśleć odpowiedzialnie o przyszłości?

To myślenie przyszło wiele, wiele lat później, kiedy zmusiła mnie do tego sytuacja. Fakt, który poniekąd został przedstawiony w filmie „Jesteś bogiem”, to że na swojej drodze spotykałem wielu specyficznych wydawców. W filmie przedstawionych jest dwóch, ale te postaci są złożone z kilku, bo Maciej Pisuk musiał ich trochę skompresować. Tam pokazany jest obraz tamtych czasów i niezależnych wydawców. Z jednej strony byli majorsi, którzy jak już kogoś wydawali, to go dość mocno zniewalali i czynili swoją własnością, co nie było w sferze moich zainteresowań. Z drugiej strony byli ci niezależni wydawcy, którzy byli często trochę szemrani. Też chcieli zarobić, ale pod przykrywką swojego uśmiechu i gadania, że będzie super. Było dużo takich sytuacji, że kolejny raz trafiałem na jakiś zawód, że coś nie wyszło, że ktoś mnie wyrolował, że ktoś coś nielegalnie za moimi plecami zrobił. W międzyczasie współpracowałem z taką młodą kapelą z Katowic. Produkowałem ich cały debiutancki album i trochę się pod tym wszystkim podpisywałem. Szukaliśmy jakiegoś punktu zaczepienia i wydawcy dla tego projektu. Dostawaliśmy propozycje, które nie do końca nas satysfakcjonowały. Nie czułem w tym szacunku do tego, co robimy, a raczej chłodny przelicznik. „To możemy zrobić tak, tamto tak. Nie będzie tak, jak wy chcecie, bo my znamy rynek”. Wtedy stwierdziłem, że może to wszystko, co przeżyłem wcześniej, nie było dla mnie tak naprawdę karą, a lekcją tego, co mógłbym stworzyć i tego, jak pokierować wydawnictwem, żeby artyści czuli się u mnie zupełnie inaczej niż ja czułem się u wszystkich wydawców. Postanowiłem, że spróbuję. To był dla mnie zupełnie nowy rynek. Wiedzę na temat ekonomii i biznesu miałem w szczątkach ze swoich studiów, bo studiowałem marketing i zarządzanie. Coś tam wiedziałem, ale nie wiedziałem, jak się prowadzi firmę. Stwierdziłem, że muszę spróbować, bo jak nie spróbuję, to nie będę wiedział. Małymi kroczkami zacząłem wszystko rozpędzać, a z czasem nabierało to większej prędkości. Co więcej, ta moja wizja stworzenia alternatywy spodobała się wielu fajnym utalentowanym ludziom, którzy poszli razem ze mną. Dzięki temu przez ciężką pracę, zaangażowanie, wkładane w to serce i emocje, udało się to wszystko podnieść. Wraz ze wzrostem popularności niektórych naszych artystów wzrosła też nasza ranga, więc wszystko się fajnie rozwinęło. I stało się to samoistnie. Teraz mam tę etykietkę rapera-biznesmena, ale cały czas traktuję to na zasadzie pasji. Jeśli przestanie mi to sprawiać przyjemność, nie będę już czuł muzyki, a zamiast tego będę czuł, że musimy się utrzymać dla pieniędzy, to przestanę to robić. Zamknę wytwórnię albo ją sprzedam i będę skręcał meble.

rahim_3

Pierwsza płyta Paktofoniki była ciosem dla całego rodzącego się polskiego rapu. Wtedy ty między innymi zostałeś wyniesiony na rapowy piedestał. Potem stworzyłeś Pokahontaz, które jest dalej jednym z filarów sceny. Czy tego chcesz czy nie, twoje dokonania stały się inspiracją dla tysięcy ludzi, którzy zaczęli próbować swoich sił w muzyce i jej okolicach – w rapie, w produkcji, w beatboksie, w break dance, w graffiti. Czujesz się przez to wszystko w jakiś sposób odpowiedzialny za scenę? Czujesz ten ciężar na swoich barkach?

Nigdy jakoś specjalnie nie mierzyłem się z presją otoczenia. Nie mówię, że nigdy nie zajrzałem w komentarze pod klipem, ale to nie jest wytyczna dla moich działań. Przede wszystkim chcę być zadowolony z siebie i robić rzeczy, pod którymi się podpisuję. Takie rzeczy, których nie będę się wstydził, kiedy puszczę je sobie za 10 lat. Taki jest mój kierunek. Dopóki robię coś w zgodzie ze sobą, to jest okej. A jeśli do tego dostaję taki feedback, jak wtedy, kiedy ludzie przychodzą i mówią: „dajesz mi kierunek, światło, odpowiedzi, identyfikuję się z twoją muzyką”, to jest to dla mnie najlepsza gratyfikacja, jaką można sobie wyobrazić. Nawet gdybym był totalnie niszowym artystą, nie był jednym z pionierów, nie miał statusu legendy sceny, i robiłbym to bez środków finansowych, ale miałbym taki feedback od ludzi, którzy mnie słuchają i rozumieją moją muzykę, to robiłbym to dalej. To jest kwintesencja wszystkiego. Z drugiej strony gdybym miał kokosy, ale wiedziałbym, że nie trafiam z muzyką do głów, a tylko do tupania nóżką, do stópek, które uderzają o podłogę, to nie miałoby to dla mnie zupełnie sensu.

Kiedy jeździsz na koncerty i masz styczność z tymi młodymi raperami i producentami, którzy mają, powiedzmy, te 20 lat, to jak oni cię traktują? Jesteś bogiem?

Nie aż tak, ale u większości z tych ludzi jest taka reakcja: „O kurczę, za małolata cię słuchałem, a teraz mam szansę z tobą rozmawiać”. To się przejawia nie tylko u artystów, ale w ogóle pośród ludzi. Nawet grywając w FIFĘ po sieci, ktoś czasem orientuje się, że gra ze mną i mówi, że super jest zagrać z legendą sceny. To bardzo miłe, ale zawsze podkreślałem ludziom, że jestem normalnym człowiekiem, takim jak oni. Po prostu zajmuję się rzeczami, które podobają się innym. Nie czyni mnie to lepszym człowiekiem od ciebie, mojego fana, czy tego, z którym gram w FIFĘ.

A nie spodziewają się, że podjedziesz na koncert zajebistą limuzyną, że będziesz otoczony wianuszkiem fanek, że będzie fura, skóra i komóra?

Wydaje mi się, że mimo wszystko większość ludzi wie, jakie są realia. Chodzą na koncerty hip-hopowe, wiedzą, że one nie odbywają się w ekskluzywnych klubach z super produkcjami, a raczej w undergroundowych pubach, gdzie ledwo co powieszą dobre nagłośnienie, o ile w ogóle je przyniosą. Każdy w jakiś sposób zna swoje miasto, lokale, do których chodzi. Myślę więc, że może to wyobrażenie dotyczy tych gwiazd-celebrytów. Oni wokół siebie roztaczają taką aurę. U nas się to nie dzieje i nie ma takiego sztucznego blichtru.

rahin_1

Polscy raperzy nie są postrzegani przez pryzmat amerykańskich teledysków, gdzie jest droga biżuteria, łańcuchy, bling i rzucanie dolarami?

U nas chyba aż tak to sztuczne bogactwo nie jest przeniesione, ale dużo muzycznych schematów – autotune’y, bity, rozwiązania, sformułowania – jest kopiowanych. Kiedy widzę, że ktoś staje się mega popularnym raperem w Polsce i wszyscy małolaci się nim zachwycają, to potem pojawia się drugi, zrobi coś podobnego i wszyscy mówią, że kopiuje tego pierwszego. Ale ci słuchacze nie mają świadomości, że ten pierwszy też żywcem przeniósł to zza oceanu. To jeden do jeden kopia tego, czego możesz posłuchać tam. Wystarczy na chwilę włączyć Trace TV, gdzie latają wszystkie amerykańskie hity i nagle się okaże, że ten pierwszy raper skopiował dokładnie tamten schemat. Myślę, że to przekłamanie jest na tej linii. U nas może nie ma tych pieniędzy, limuzyn, złota, ale są schematy typu impreza, ruchanie, ćpanie, alkohol. I tak sobie pomyślałem: kurde, co to za wartości? Cofnąłem się do wieku młodzieńczego, kiedy miałem naście lat. Też wtedy chciałem z kolegami pójść na imprezę, myślałem o tym, żeby skołować jakąś flaszkę, jakąś fifkę. To były nasze potrzeby w tamtych czasach. Wiadomo – z wiekiem dojrzałem, zmieniły się moje potrzeby, spojrzenie na świat i rzeczy, o których mówię. W związku z czym rozumiem, że gimnazjaliści słuchają i popierają swoich młodych raperów, a nie mnie, czterdziestolatka, który mówi o karmie w życiu albo wartościach, których jeszcze nie rozumieją albo nawet nie potrzebują. Oni chcą żyć tu i teraz, dożyć do weekendu, przeżyć go fajnie, wrócić do szkoły i znów dojechać do weekendu. To ich obecny świat i ja to rozumiem.

Chcesz powiedzieć, że twoja publiczność się zestarzała razem z tobą? Ktoś, kto idzie na koncert Pokahontaz nie spodziewa się raczej jakichś przaśnych kawałków o imprezie, bo wie, że na scenę nie wyjdą przecież siedemnastolatkowie.

I część ludzi, która jednak tego oczekuje, nie przychodzi na te koncerty, bo nas po prostu nie słucha. Wśród nich zawsze są jednak jednostki, które w życiu szukają czegoś innego. Bardziej je rozkminiają, szukają drugiego dna, wielowarstwowości. Oni stają się naszymi fanami, często nawet od młodego wieku. Wydając ostatnie płyty Pokahontaz, zastanawialiśmy się, czy one nie są zbyt poważne. Liczyliśmy się nawet z tym, że na nasze spotkania autorskie i koncerty będą przychodzić tylko ludzie 30 plus. Myliliśmy się. Przychodzą nawet nastolatkowie. Niektórzy piętnastolatkowie są w stanie więcej wykminić z tych naszych numerów, które są niby takie dojrzałe, niż niektórzy nasi rówieśnicy. To nie wiek stanowi, a jakieś mentalne spojrzenie i podejście do życia.

Kiedy po koncercie przychodzą do ciebie ludzie i mówią, że słuchali cię za małolata, bardzo często mają na myśli Paktofonikę. Nie ciąży ci ona teraz? Przecież zrobiłeś mnóstwo innych dobrych rzeczy.

Kiedyś próbowałem z tym walczyć i odcinać się grubą krechą, ale potem zrozumiałem, że to walka z wiatrakami. Przecież to jest część mojej kariery, mojej twórczości i mojego życia, więc dlaczego mam z tego rezygnować? Myślę, że sama opcja, że przestaliśmy z tym materiałem koncertować, była rezygnacją z pewnych rzeczy. Wielokrotnie, kiedy jestem na koncertach kolegów z branży i słyszę hiciory z dawnych lat, które oni cały czas grają, trochę mi się serce kraja, bo wiem, że my wychodzimy za chwilę i nie będziemy grać starych numerów. A przecież gdybyśmy to zrobili, to poniszczylibyśmy publiczność – w pozytywnym sensie oczywiście. Czasami nawet pytam, dlaczego czegoś nie zagramy. Przecież ludzie tego potrzebują, to jest część ich życia i nie muszą rozumieć pewnych naszych wyborów. Ale zawsze tłumaczę sobie jednym faktem – jest mnóstwo znamienitych aktorów, którzy mają na swoim koncie wiele doskonałych ról, a i tak są postrzegani przez pryzmat tej jednej, najsłynniejszej. Patrz – DiCaprio i „Titanic”, Elijah Wood i Frodo. Mogą teraz grać gdziekolwiek, ale dopóki nie zmieni się pokolenie, które spojrzy na tych aktorów jako na kogoś innego – nowe pokolenie może przecież patrzeć na DiCaprio jako na „Wilka z Wall Street” albo „Zjawę” – to etykietka będzie przyklejona. Żyją z tym jakoś, radzą sobie i to im nie przeszkadza. Stwierdziłem więc, że też muszę przyjąć to jako część swojego życia.

Zostawmy przeszłość. Wiemy, że pracujecie nad nowym krążkiem Pokahontaz. Ten zespół miał to do siebie, że na każdej płycie był inny, łamał jakiś schemat. Co połamie nowa płyta? Jest już choćby tytuł?

Tytułu jeszcze nie ma, ale prowadzę sobie taką listę pomysłów i jest ich sporo.

Wszystkie zaczynają się na „Re-”?

Dużo, ale pojawiło się w naszych głowach pytanie, czy może nie zrobić płyty nie na „Re-”, żeby przełamać schemat. Przede wszystkim różnica jest taka, że zmęczyliśmy się trochę tym progresywnym zmierzaniem w nowoczesność. Poczuliśmy tęsknotę za tymi naszymi korzennymi bitami, nie połamanymi, a takimi, że siedzisz i godzinę bujasz głową. Chcemy trochę zatoczyć koło i wrócić do klasycznych bitów. Puściliśmy singiel „Nowy rozdział”, który się naszym fanom spodobał, ale pamiętam, że przy poprzedniej płycie puściliśmy singiel „Habitat”, który też był oldskulowy i spodobał się ludziom, a potem odpaliliśmy całą płytę i wszyscy oszaleli i powiedzieli: „Co tu się wyprawia?!”. Niektórzy byli dość mocno zawiedzeni tym faktem, poczuli się nawet nieco oszukani. Teraz uspokajam, że nie będzie oszukaństwa. Płytę dla nas produkują White House Records, też oldskulowcy, te same roczniki co my. To najsensowniejszy wybór w tej materii. Chcemy polecieć korzennie, brakuje nam tego. Dużo jest jakichś nowoczesnych brzmień, cykaczy, trapów. Fajnie, dobrze, że to jest. Ale my czujemy potrzebę powiedzenia czegoś w stylu klasycznym i taki album właśnie konstruujemy. Mam nadzieję, że fani też się z tego ucieszą.

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA