REKLAMA
Anywhere logo

Poniedziałek niezwyciężony

2017-07-15
...
Noc była fatalna. Byłem jakiś niespokojny, więc strasznie się wierciłem. Na dodatek wiało, jakby się kto powiesił, i lało tak, że mało nie powybijało mi szyb. Co tu dużo gadać, nie wyspałem się.

Byłem spóźniony jeszcze zanim zwlokłem się z łóżka. A zwlokłem się zły. Był poniedziałek.

Na przystanku SKM jakaś kobieta robiła awanturę facetowi. W pociągu jakaś baba zaczęła wrzeszczeć na faceta, że się nie przesunął, jak chciała przejść. W sklepie dziadek awanturował się ze sprzedawczynią, bo poprosiła go, żeby zostawił koszyk przed kasą, a on przecież chciał wrzucić do niego zakupy, żeby je zawieźć do samochodu na parkingu. Na przystanku autobusowym facet wyzywał kogoś przez telefon, najwyraźniej swojego podwładnego. W autobusie kolejna kobieta pokłóciła się z kierowcą o drobne, a oboje byli wyjątkowo opryskliwi. Ludzie się przepychali, patrzyli na siebie krzywo i generalnie mieli ochotę się pozabijać. Złapałem się na tym, że sam miałem ochotę nawrzucać jakimś wyrostkom, którzy weszli do autobusu i stanęli zaraz w drzwiach, uniemożliwiając wejście reszcie pasażerów. Ale tego nie zrobiłem, bo uświadomiłem sobie, że coś jest nie tak.

Może to kwestia poniedziałku, może pogody, bo było jakoś dziwnie parno, choć przecież lało całą noc. Może jakaś uboga polska wersja Jokera dosypała coś do wody i nagle wszyscy stali się dla siebie totalnymi mendami. Wszystko jedno. Skoro już zauważyłem prawidłowość, postanowiłem nie dać się ponieść, a przecież mi się udzielało. Żadnych środków uspokajających w autobusie raczej nie dostanę, a przecież uspokoić się jakoś trzeba, bo jak mi ktoś jeszcze raz nadepnie na stopę na zakręcie to i ja wybuchnę. Do dyspozycji mam tylko słuchawki i Spotify, bo książka, którą akurat czytam na Legimi, jest tak do dupy, że to też mnie denerwuje. No dobra. Skoro mogę używać muzyki na przykład na siłowni, żeby sobie podnieść adrenalinę i ciśnienie, skoro mogę dobrać sobie odpowiednie utwory do pracy późno w nocy albo wcześnie rano, żeby nie usnąć, to pewnie znajdę i takie, które mnie zamienią w oazę spokoju w tym zafajdanym autobusie.

„Enya” – pomyślałem. Kto jak kto, ale ta to potrafi człowiekowi obniżyć nerwa. Pamiętam, jak kiedyś moja starsza siostra, wtedy uczennica ogólniaka, przyniosła do domu dwa albumy Enyi na CD. Była zima, za oknami ciemno, w domu cieplutko i przytulnie, światło przygaszone. Odpaliliśmy pierwszy krążek i tak nas rozmiękczyło, że pospaliśmy się jak leniwce po imprezie. Jeśli Enya nie da rady, to nikt nie da rady. Próbowałem znaleźć pośród albumów Enyi na Spotify znajomą okładkę, ale nie pamiętałem już, jak wyglądała. Uświadomiłem sobie tylko, że Enya nie ma raczej ręki do grafików i stylistów. Jej problem. Odpaliłem zatem „A Day Without Rain” z 2000 roku. Przecież ten pogodny radiowy hit „Wild Child” musi mi poprawić nastrój, nawet jeśli na co dzień tego typu rzeczy do mnie nie trafiają. Ten drugi hicior „Only Time” musi mnie trochę ukoić. Liryczny „Deora Ar Mo Chroi” musi sprawić, że ciśnienie wróci do normy. „Flora’s Secret” wyprowadzi moje myśli na jakieś pogodniejsze rejony. Dzieła zniszczenia mojego fatalnego humoru dopełnią nieco filuterny „The First Of Autumn” i ciepły „Lazy Days”.

Ze zdziwieniem stwierdziłem, że to wszystko mi się nawet podoba. Chyba się starzeję. Choć najbardziej podoba mi się mroczny i posępny „Tempus Vernum”, to reszta utworów wchodzi jakoś podświadomie. Enya to ostatnia deska ratunku, totalna desperacja z mojej strony. Musi zadziałać, musi... Jeśli ktoś mi jeszcze raz przejedzie materiałowym wózkiem na zakupy po stopie to uśmiechnę się tylko miło i odpowiem, że nic się nie stało... Tak zrobię, bo Enya ukoi moje nerwy.

...

Nie zadziałało. Poniedziałki są silniejsze od Enyi.

REKLAMA
REKLAMA