REKLAMA
Anywhere logo

Dawid Dróżdż

Mężczyzna imieniem Ove: Hipertrofia zranionego serca

2017-07-14
...

Nominowany w dwóch kategoriach do Oscara „Mężczyzna imieniem Ove” po długim oczekiwaniu dociera do polskich kin. Ekranizacja szwedzkiego bestsellera o tym samym tytule podejmuje próbę atrakcyjnego przetworzenia powieści Backmana na ekran, nie obnażając jej przy tym z wyrafinowanego humor i wrażliwości. Czy jednak filmowy przekład okaże się w ciekawy sposób łączyć estetykę Holma i poetyckości Backmana?

W prologu filmu poznajemy zgorzkniałego sześćdziesięciolatka, którego pedantyzm i upierdliwość dręczy sąsiadujących z nim mieszkańców małej dzielnicy. Autor spieszy jednak z wytłumaczeniem stetryczenia Ove. Rekonstrukcja życia tytułowego bohatera odkrywa przed widzem kolejne doświadczone przez niego traumy. Czy samobójstwo okaże się jedyną ucieczką od ciążącej na nim przeszłości? Nadzieją na otworzenie skamieniałego serca mężczyzny jest nowa sąsiadka, jako jedyna znajdująca z nim wspólny język.

Prolog filmu przedstawiający zdziwaczałego Ove przypomina nieco szwedzką wersję „Dnia świra”. Holm jednak umiejętnie dawkuje sceny humorystyczne i niosące ogromny ciężar emocjonalny. Żonglerka filmowymi gatunkami wprowadza uczucie ambiwalencji względem Ove, który z czasem okazuje się ciepłym i wrażliwym mężczyzną. Mimo eksperymentów z formą filmową poprzez m.in. achronologię czy zacieranie czasoprzestrzeni, Holm nie potrafi uniknąć schematyzmu. Film staje się w pewnym momencie kopią obrazów znanych nam z innych tekstów kultury w szczególności zaczerpniętych z kina hollywoodzkiego. Przewidywalne zwroty akcji czy budowanie dramaturgii poprzez przesyt tragicznych sytuacji napotykających bohatera sprawiają, że film traci na swojej nieprzewidywalności i oryginalności.

Ove

Nie bez powodu w roli sąsiadki autor osadza imigrantkę. Współczesny symbol obcości jest w dziele szwedzkiego twórcy uosobieniem dobra. Powierzchowne postrzeganie przybywających do Europy uchodźców okazuje się bowiem dużym uproszczeniem, tak jak w przypadku głównego bohatera. Obmierzłość dostrzegana przez innych jest jedynie dystansującą od krzywdzącego go świata tarczą. W kontekście „Mężczyzna imieniem Ove” warto przywołać inne skandynawskie dzieło  „Wilbur chce się zabić”. Samobójstwo jako jedyna ucieczka od egzystencjalnego bólu jest szczególnie w kinie północnoeuropejskim często wracającym motywem.  Pełniła jednak ona zazwyczaj funkcję zmaterializowania cierpień bohaterów. W „Mężczyzna imieniem Ove” zostaje sfunkcjonalizowana jako łącznik między rzeczywistością a iluzją lub wspomnieniem tworzących achronologiczny ciąg narracyjny. Autor rysuje etapy ludzkiego losu z uwzględnieniem sytuacji burzących ich prostolinijność. Dowodzi, że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość tworzą nierozerwalny szlak, którego ścieżka zasypywana jest kolejnymi kamyczkami w postaci wyrządzanych krzywd, chorób, niespełnionych miłości czy śmierci bliskich. Czy Ove będzie potrafił odgarnąć z nich swoją drogę i postanowi kontynuować życiową podróż, czy jego noga na zawsze ugrzęźnie w kamieniach z przeszłości?

Jak mówi opiekująca się Ove lekarka, główny bohater ma za duże serce. Graniczne momenty napotykane przez nas w życiu pozostawiają kolejne przykre wspomnienia, żale i smutki. Co jednak, gdy w naszym sercu nie ma już miejsca na kolejne rozczarowania? Czy może pęknąć? Z pewnością serce tytułowego bohatera balansuje na granicy tego momentu jednocześnie powodując niejednokrotnie podczas seansu silne ukłucie w klatce piersiowej widza. 

 

Dystrybutorem filmu jest Aurora Films

REKLAMA
REKLAMA