REKLAMA
Anywhere logo

"Gra o tron": Z sensem do samego końca?

2017-07-21
...
Znają Państwo „Eurobiznes”? Albo „Monopol”? Chodzi mi o taką grę planszową, w której kupujemy miasta, domki, sprzedajemy hotele, udzielamy pożyczek. Całkiem dobra i pouczająca zabawa, tyle tylko, że z każdym kolejnym kwadransem temperatura rozgrywki topnieje, a gra kończy się, gdy ktoś, ziewając, orzeka: „dobra, nie ma sensu już grać”, spotykając się na ogół z ospałą aprobatą pozostałych graczy. Czy podobne zwieńczenie czeka jedną z ikon telewizji naszych czasów?

„Gra o tron” powróciła właśnie z siódmym swoim sezonem, podobno przedostatnim. O rozpoczętym w 2011 roku serialu słyszał chyba każdy – swoją popularnością przebił on i tak już uchodzący za kultowy cykl powieściowy „Pieśń lodu i ognia”, na którym jest oparty. Telewizyjne fantasy w wersji dla dorosłych zdobyło sobie miliony wiernych sympatyków, również takich, których nigdy nie ekscytowały zbytnio opowieści o smokach, królach i magii. Przysłużyły się do tego z pewnością hektolitry gęsto tryskającej krwi i liczne śmiałe sceny aktów lubieżnych, choć stwierdzenie, że całą siłą serialu jest seks i przemoc, byłoby mocno niesprawiedliwe.

gra_o_tron_3

Produkcja od pierwszych odcinków urzekła widownię wartką akcją, imponującymi plenerami, efektami specjalnymi, genialnymi wręcz scenami batalistycznymi oraz ciekawie wykreowanymi postaciami – niektóre spośród nich stały ikonami popkultury, a odgrywającym je aktorom utorowały drogę do kariery. Elementem zaskakującym publiczność (przynamniej tę niezaznajomioną z książkami) było konsekwentne „wycinanie” kolejnych głównych bohaterów, którzy w „Grze o tron” padają jak muchy, i to zawsze w najmniej spodziewanym momencie. 

Poza uwielbieniem fanów, serial zbiera również pozytywne recenzje wśród krytyków, a ci najbardziej entuzjastyczni dopatrują się w sadze wielu projekcji lęków dręczących współczesny świat. Rzeczywistość „Gry” to wszakże ciągle czająca się wojna i wszechobecny zanik wiary w spokojną przyszłość. Potężne niszczycielskie smoki, służące w serialu z pozoru łagodnej, ale i władczej księżniczce Daenerys Targaryen, mają być metaforą broni nuklearnej, z kolei nieumarłych „białych jeźdźców” szykujących się do ataku na mur oddzielający ich od bogatych królestw południa, niektórzy utożsamiają z... uchodźcami klimatycznymi.     

gra_o_tron_2

Sam fakt, że serial wzbudza tak daleko idące interpretacje świadczy o jego sukcesie. Tyle tylko, że w ostatnich sezonach „Gra” napotkała poważny problem. Pisarz George R. R. Martin, autor „Pieśni lodu i ognia”, przestał nadążać z pisaniem kolejnych książek w rytm produkcji, wskutek czego sezon szósty musiał już być oparty na scenariuszu, stworzonym niejako ad hoc na potrzeby telewizji (show must go on…). W efekcie twórcy zafundowali nam choćby... zmartwychwstanie jednego z głównych bohaterów, co – umówmy się – jest chwytem dość ryzykownym. Inną kontrowersyjną zagrywką było nagłe ucięcie ciekawie rozwijającego się wątku tajemniczej sekty, która wskutek politycznych intryg podporządkowała sobie młodego króla Siedmiu Królestw, czyli najwyżej postawionego władcę w całym świecie „Gry”. Aby uniknąć spoilerów nie wchodźmy w szczegóły, powiedzmy tylko, że cała plejada intrygujących postaci została wymazana jednym „bum”. I choć samo „bum” było nawet efektowne, to zaserwowane w ten sposób klasyczne deus ex machina pozostawiło pewien niesmak.

Jak wypadnie więc sezon siódmy? To ciekawe pytanie, zwłaszcza, że serial i opisana w nim historia niechybnie zbliżają się do punktu kulminacyjnego – wielkiej bitwy, w której oprócz ludzi, brać będą udział smoki, lodowe zombie i Bóg jeden wie, kto jeszcze.

A Bóg to w Westeros 69-letni korpulentny brodacz z New Jersey, George Raymond Richard Martin, który stworzył potężne uniwersum tak jak niegdyś John. R. R. Tolkien, czy George Lucas. Oby był w formie przy wieńczeniu swojego dzieła.

REKLAMA
REKLAMA