REKLAMA
Anywhere logo

M(ł)oda Polska

2017-07-28
...
Katarzyna Rosłaniec od początku swojej filmowej drogi idzie pod prąd – czy to w tematach, które porusza, czy w sposobie opowiadania. W swoim najnowszym filmie Szatan kazał tańczyć po raz kolejny dzieli widzów. Tym razem zaglądając w świat pokolenia bez zasad, żyjącego wieczną kreacją.

Jakbyś mogła przenieść się w czasie do epoki, w której chciałabyś żyć, to co to byłyby za lata?

Wspaniale byłoby, gdyby każdy miał taką możliwość i moce, by przenosić się w czasie jak Woody Allen wraz z bohaterami swoich filmów. Ale on ma na to budżet. Moja rzeczywistość jest inna i żyję tu i teraz. Nie zastanawiam się nad tym, gdzie byłoby lepiej, nawet w swoich filmach trzymam się teraźniejszości. Ona mnie ciekawi, lubię ją obserwować i wcale nie uważam, że jest taka zła jak się słyszy dookoła. Ale przyznaje się, że kino historyczne pojawia się w moich marzeniach.

Kiedyś marzyłaś o Młodej Polsce?

To był czas, kiedy myślałam o zrealizowaniu filmu o Stanisławie Przybyszewskim. Później dowiedziałam się, że jednak ktoś taki film ma zrealizować. Tamta epoka bardzo mnie pociągała, ich otwarty styl życia. Ale szybko o niej zapomniałam, bo doszła do mnie realność, że na takie filmy potrzeba dużo pieniędzy. W ogóle zastanawiam się, jak to będzie w niedalekiej przyszłości z tym zawodem. Mogę rozważyć zrobienie filmu z małym budżetem, albo próbować zrobić film za granicą. Mam jednak nadzieję, że nie będzie takiej potrzeby, bo robienie filmów bez pieniędzy bardzo te wszystkie filmy krzywdzi. Natomiast robienie filmów poza Polską, w oderwaniu od codziennej rzeczywistości, w jakiej się żyje, krzywdzi je jeszcze bardziej.

mloda_polska_1

Mimo wątpliwości nakręciłaś film, formalnie trudny w odbiorze.

Po pierwszych pokazach okazało się, że widzowie największy problem mają z formą. I nie winię ich za to, po prostu większość z nas jest wyedukowana na kinie, które powinno wyglądać tak, a nie inaczej. A ja zaproponowałam im obraz, który składa się z dwuminutowych scen, które nie tworzą klasycznej historii. To od widza zależy, w jakiej kolejności będzie chciał je sobie zmontować. Bo po co kręcić film bez konkretnej historii. Przez rok czekaliśmy, aż któryś z dużych europejskich festiwali zdecyduje się pokazać ten film. Nikt się nie zdecydował. Dopiero festiwal South By Southwest w Stanach nas zaprosił do programu. To festiwal, który na tamtym kontynencie pokazuje filmy, które w przyszłości wyznaczają trendy. Na otwarcie tego festiwalu pokazywany był Song to Song Terrence’a Malicka. Byłam kilka dni temu na tym filmie i bardzo dziwnie czułam się wychodząc z kina. Song to song oznacza życie od piosenki do piosenki. Bez większego celu i konkretnej drogi. A twórczość to według głównej bohaterki daje nam iluzje istnienia. Ten film nie ma historii, za to są wspaniałe sceny. To jak sfilmowane, zmontowane i ile emocji dają aktorzy sprawia, że ten film chłonie. A przynajmniej ja go chłonęłam, bo po 15 minutach z sali zaczęły dochodzić głosy: kiedy w końcu zacznie się coś dziać. A po ostatniej scenie okrzyk: No w końcu. No cóż... 

Dzisiaj każdy temat może być poruszony, istotniejsze jest, w jaki sposób będzie pokazany. A my wciąż o tym zapominamy.

Dokładnie! My wciąż do kina chodzimy na konkretną historię, to nas interesuje, drugorzędną sprawą jest to, jak to jest zrobione. Mnie interesuje sposób opowiadania, świat wykreowany, a nie to, kto zabił i czy będzie na koniec napis happy end. W moim filmie nie ma początku i końca, ja pokazuję skrawki z życia mojej bohaterki.

Ten brak zasad w twoim sposobie opowiadania łączy mi się ze światem bohaterów tego filmu. Oni, pozbawieni jakichkolwiek zasad i wartości, żyją dokładnie takimi skrawkami.

To świat pokolenia, które zaobserwowałam, pokolenia, o którym bardzo często słyszę na pokazach, że jest nieprawdziwe. Ale właśnie często mówią to ludzie, którzy styczności z takimi ludźmi nie mają albo nie chcą mieć. To taka nowa Młoda Polska pokolenia, które żyje bez zasad, bo tak też jest modnie. Żyje chwilą, bo tak jest im wygodniej, nie musząc tylko pozornie ponosić żadnych konsekwencji. Przeczytałam w jednej recenzji, że główna bohaterka neguje świat celebrycki, ale z drugiej strony się nim fascynuje. Tylko że my jesteśmy dokładnie tacy. Niby to krytykujemy, a gdy przyjdzie co do czego, sami łapiemy się na tym, że śledzimy ten pudelkowy syf. Trudno się nam do tego przyznać.

Pokolenie, o którym opowiadasz w filmie, ulega różnym modom, także na bycie artystą.

Często to słyszę, że jak chcesz być artystą, to wystarczy, że pojedziesz do Berlina. Dzisiaj każdy „fajny” chłopak czy dziewczyna muszą coś tworzyć. Jedni kręcą filmy, inni śpiewają, projektują ubrania, robią zdjęcia, od razu nazywając się artystami. Bo przecież jak powiesz w towarzystwie nowo poznanych ludzi, że jesteś artystą, to stawia cię to znacznie wyżej, niż gdybyś powiedział, że pracujesz w banku. Straszne, ale niestety tak jest. Dlatego nakręciłam ten film, żeby zwrócić uwagę nie na problem ludzi, którzy nie mają styczności z takim pokoleniem, tylko właśnie tych, którzy tak żyją na co dzień, nie zauważając swych ułomności i destrukcji. Im się wydaje, że przecież tak wygląda spełnienie, przecież jak nie wyjdzie mi z chłopakiem, zawsze mogę znaleźć innego, tak samo ze znajomymi czy karierą.

mloda_polska_2

Co było impulsem do opowiedzenia tej historii?

Usłyszałam reportaż radiowy o dwudziestoparoletniej Koreance, która jeździła po Europie, szukając facetów, z którymi mogłaby uprawiać seks. A przyjechała tylko dlatego, że uważała, że jest brzydka i w Korei nikt na nią nie zwracał uwagi. Problem polegał na tym, że cały czas nosiła ze sobą przyklejony aparat, który utrzymywał przy życiu jej serce, ale do tego potrzebowała emocji, więc dostarczała sobie ich poprzez przypadkowy seks. To wszystko łączy się z imprezami i używkami. Ten egoizm mnie przeraża. Nie wiem, jak było kiedyś, ale dzisiaj obserwuję, nawet wśród swojego otoczenia, jak bardzo narkotyki stały się normalnością. Nikt nie dziwi się, że na imprezie większość chodzi naspeedowana. Tylko po co, skoro później takie spotkania nic nam nie dają, przecież i tak nikt nas nie słucha, ba, my o sobie nic nie wiemy. 

Rozmawiamy o pokoleniu bez zasad. Jaką najważniejszą zasadę wyniosłaś z domu?

Żeby nie krzywdzić ludzi. Udaje mi się to, chociaż jest to piekielnie trudne. Wiadomo, łatwiej jest żyć, kiedy patrzysz tylko na siebie, żeby tobie było wygodniej. Ja mam to bardzo mocno zakodowane, nawet do tego stopnia, że jak przychodzą do mnie ludzie naprawić pralkę, to myślę, czy aby na pewno nic im nie potrzeba i czy się komfortowo czują w pracy. Staram się być z ludźmi jak najbliżej, szczególnie z tymi najbliższymi.

No dobrze, to dlaczego zdecydowałaś się na bycie reżyserką, żeby nie powiedzieć artystką?

Bo nie wiedziałam, co mam robić (śmiech). Czyli jestem jak moi bohaterowie? A tak poważnie, wiedziałam, że nie będę potrafiła się utrzymać w jednym temacie - pracy. Skupianie się codziennie na jednej rzeczy sprawiałoby mi problem. Chociaż wcale nie mówię, że kręcenie filmów jest łatwiejsze. Wkładam w to dużo pracy, nie mam za wielu znajomych, bo też nie miałabym czasu dla wszystkich. Tym bardziej że w moim życiu pojawił się mój syn Ernest i to z nim dzielę teraz ten czas. Znam takich „artystów”, którzy są bardzo płodni i potrafią stworzyć coś w zawrotnym tempie, od razu wrzucając to do internetu, tylko z tego internetu to bardzo szybko znika. Ja każdemu kolejnemu filmowi poświęcam swój czas i celebruję to, poznaję swój pomysł, klaruję go. To mi się w tym zawodzie podoba najbardziej.

Wolny zawód?

To kolejna idiotyczna moda. „Chcę być wolny i wykonywać wolny zawód.” Ale przecież to nic nie oznacza. Bycie reżyserem, projektantką ubrań czy malarzem nie daje nam wolności, tylko to, w jaki sposób żyjemy ze sobą i przede wszystkim z innymi ludźmi.

Gdybyś miała skomentować kondycję dzisiejszego świata jednym z dwuminutowych kadrów twojego najnowszego filmu...

To chyba byłaby moja ulubiona scena. Mówi bardzo dużo o nas wszystkich. Karolina, główna bohaterka, żeby zwrócić uwagę ludzi, żeby coś zmienić w swoim życiu, które z czasem zwyczajnie staje się nudne, wkłada pod bluzkę nadmuchany balon, udając, że jest w ciąży. Właśnie, ciągle traktujemy życie jako zabawę, zapominając, że najważniejszy do szczęścia jest człowiek, nie kreacja. I może to banalne, co powiem, ale nie ma nic piękniejszego niż mieć poczucie, że nie jest się samotnym, posiadając drugą połówkę.

REKLAMA
REKLAMA