REKLAMA
Anywhere logo

Tomasz Sobierajski

Marcin Czarnik: NOMADA

2017-08-14
...
Każdy - nawet lekko obyty z teatrem człowiek - ma aktora swojego pokolenia. Takiego, który niemalże za rękę prowadzi widza po coraz bardziej zawiłych teatralnych ścieżkach. Dla mnie takim aktorem jest Marcin Czarnik, którego brawurowa rola Hamleta sprzed kilkunastu lat w spektaklu „H.” w reżyserii Jana Klaty nakazała mi dorosnąć. Ale Marcin nie spuszcza z tonu i łapie za ręce kolejne pokolenia. Kiedy w spektaklu „nie-boska komedia. WSZYSTKO POWIEM BOGU” śpiewa piosenkę „Jeremy” z repertuaru Pearl Jam, czuję, jak pociąga za sobą dziesiątki licznie przybyłych do teatru, nastoletnich widzów. Wierzę, że część z nich będzie mu oddana na zawsze.

W serialu „Artyściˮ znanego duetu Strzępka i Demirski grałeś dyrektora teatru. Wiele osób z okołoteatralnego środowiska śmiało się, że nikt przy zdrowych zmysłach, kto widział twoją niezwykle sugestywnie zagraną rolę, nigdy nie wystartuje w konkursie na dyrektora teatru. Zdawałeś sobie sprawę z tego, że twoja rola będzie miała tak duży wpływ na tzw. środowisko? I że może zdarzyć się tak, że nie będziemy mieli kim obsadzać dyrektorskich stanowisk w teatrach w Polsce?

Jak się okazuje, autobus z potencjalnymi dyrektorami teatrów w Polsce jest dosyć spory. Oczywiście tacy ludzie jak Marcin Konieczny, mój bohater, którego racji chciałbym bronić, chce dobrze i chce zmienić teatr na lepsze. Tak, żeby było to miejsce poszukujące, a nie odgrzewające stare schematy. Takich ludzi jest niewielu. Często mają problemy z tym, żeby dostać teatr i móc go prowadzić. Albo myślą, że nie mają na to siły, że im się nie uda, że to jest bez sensu. Wrażliwy i ambitny zawsze ma trudniej.

czarnik_3

Dyrektorem teatru powinien zostać ktoś...

Kto jest ciekawy rzeczywistości, w jakiej żyje i potrafi przełożyć to na sztukę, czasem używając tekstów, które powstały dawno temu. Ktoś, kto nie liczy tylko pieniędzy i nie myśli tylko o sobie. Trochę szaleniec, trochę święty.

Dopytuję o to dyrektorowanie z tego powodu, że trudno nie kojarzyć ciebie i twojej zawodowej kariery z twoim obecnym dyrektorem, Janem Klatą, który przewodzi Narodowemu Staremu Teatrowi. Uważam Jana Klatę za genialnego reżysera, z mojego punktu widzenia najlepszego w Polsce, jeśli nie w Europie. Wiem, że to za Janem Klatą podążyłeś z Wrocławia do Krakowa. I zastanawia mnie, jaką cechę albo zestaw cech musi mieć człowiek, żebyś chciał za nim podążyć?

Z Janem dużo nas łączy, na przykład wrażliwość na muzykę. Pierwszy raz spotkaliśmy się przy półce z płytami…
Rzuciliście się w sklepie do tej samej, ostatniej płyty i próbowaliście ją sobie wyrwać?

Nie, Jana spotkałem w swoim pokoju, gdy odwiedzał kolegę, który mieszkał wtedy ze mną w teatralnym mieszkaniu. Nagle widzę, że ktoś stoi przy półce z moimi płytami. Zdziwiłem się, bo Jan wygląda… dość groźnie. Potem zaczęliśmy gadać i tak się zaczęło. Ja podziwiam Jana, nie tylko za to, że jest wspaniałym reżyserem, ale też za to, że jest wspaniałym dyrektorem. Sytuacja Narodowego Starego Teatru w Krakowie jest bardzo stabilna i mamy frekwencję widowni na poziomie 107% (naszą rozmowę prowadziliśmy chwilę przed zaskakującym odwołaniem Pana Jana Klaty ze stanowiska dyrektora Narodowego Teatru Starego – przypis TS).

Znakomite spektakle, znakomici aktorzy.

Ludzie kupują bilety nawet na schody. Moje spotkanie z Janem sprawiło, że poczułem się w teatrze potrzebny. Jak mówiłem, Jan, podobnie jak ja, jest bardzo czuły na muzykę, którą często inspiruje aktorów i która potem często towarzyszy akcji, którą widzimy w spektaklu. Dzięki Klacie zobaczyłem, że materiał ludzki, jakim jestem, te cechy, które posiadam jako aktor w połączeniu z nim jako reżyserem oraz muzyką, która jest dla nas tak ważna, mogą się spotkać i stworzyć coś dla nas ważnego, coś co ludzie będą chcieli oglądać. Poczułem wiatr w żaglach i stwierdziłem, no dobra, rzucam się w to. Czego efektem był chociażby „Hamlet” z muzyką między innymi The White Stripes.

Czy to było wasze pierwsze spotkanie?

Nie, to było nasze drugie spotkanie. Najpierw zagrałem u Jana gościnnie w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu w „Lochach Watykanu” André Gide’a.

Wróćmy jednak do „Hamletaˮ. Przyznam ci się, że to był szalenie ważny dla mnie spektakl.

Dla mnie najważniejszy.

Przypomnijmy, że spektakl był grany na terenie Stoczni Gdańskiej, wtedy już upadającej, co też dawało klimat temu spektaklowi. Był bardzo wymagający dla aktorów i dla widzów, którzy przemieszczali się z miejsca na miejsce po stoczniowych halach. Ten spektakl przeorał mi głowę. Pamiętam dokładnie te wakacje, w czasie których go widziałem, ten dzień, ten wieczór. A to z tego powodu, że ten spektakl był końcem mojej młodości, rozumianej jako naiwność i patrzenie na świat tylko w czarno-białych barwach. Mnie ten spektakl nauczył wybaczać. Czego ty się nauczyłeś, grając w tym spektaklu?

To był dla mnie przełom pod każdym względem, również życiowym. Moje dziecko było w drodze. Też gdzieś tam kończyłem z młodością w głowie. W ten spektakl były wplecione bardzo osobiste rzeczy, łącznie z tym, że Hamlet czytał w nim w nim moją książeczkę z I komunii świętej. Jestem osobą o dużych potrzebach religijnych, niespełnionych niestety. I nie chodzi tu tylko o to, że mam problem z tak zwanym personelem naziemnym, który generalnie uduchowiony jest… mało. Zatem osobiste wątki, kwestia wiary i to, że ten spektakl był grany w stoczni, na cmentarzu „Solidarności” i jej ideałów wolnej i sprawiedliwej Polski, sprawiły, że to było moje najważniejsze doświadczenie zawodowe.

czarnik_4 

Stocznia dogorywała, pracowali w niej jeszcze ostatni robotnicy...
Tak. Naprzeciw „naszej  hali” budowano jeszcze samotny statek.

Miało się przez to wrażenie, że jest to praca na żywym organizmie. Widzowie musieli przejść przez bramę stoczni i nią wyjść po spektaklu.

Patrząc przy okazji na ptasie łajno pod suwnicą Anny Walentynowicz. Brud, syf, zanikające miejsce i Klaudiusz, który w pierwszej scenie wymienia listę wspaniałych win…

Beneficjent systemu.

I człowiek, który brał udział w zmianie tego systemu i wymianie wartości. A w tym młodym człowieku, w Hamlecie, jest brak zgody na kompromis. Jest za to wiara w Boga, w dobro, w sprawiedliwość.

I tęsknota za wartościami, które – o czym wtedy już było wiadomo – straciliśmy.

Dokładnie! W tym ptasim gównie to wszystko się tarzało, łącznie z nami, fizycznie. W białych strojach szermierczych, polewanych krwią lub winem, w metafizycznym planie stoczni… Przy okazji tego spektaklu zauważyłem, po raz pierwszy chyba tak mocno (byłem wtedy jeszcze dość młodym człowiekiem), że pewne rzeczy są takimi, jakimi są, a nie takimi, jakie chciałbym je widzieć.
Ten spektakl był przełomem w twojej karierze zawodowej?

Myślę, że tak. Jeżeli któryś aktor mi powie, że nie chciałby się zmierzyć z tą rolą, to mu nie uwierzę. W tym spektaklu, co pewnie pamiętasz, nie mówiłem monologu Hamleta. Mówiłem go wiele razy w życiu po angielsku, po węgiersku, po polsku, ale nie wtedy. Kiedyś Jan Englert powiedział, że w pewnym wieku mężczyzna nie zadaje sobie pytania: „Być czy nie być?”. Jest dla niego oczywiste, że trzeba być. Ja się z tym nie zgadzam. Myślę, że człowiek (właśnie człowiek – bez podziału na płeć) powinien je sobie cały czas zadawać. Być czy nie być? Walczyć czy się wycofać? Uczestniczyć w czymś, na co się nie godzę, czy powiedzieć sobie dość, popełniając samobójstwo, albo powiedzieć sobie dość i zaprotestować.

Być może – spróbuję tutaj obronić pana Englerta – chodzi o to, żeby nie postrzegać świata na zasadzie czarno-białej, tylko zauważać że są szarości?
Może...
Oprócz uczestnictwa w spektaklach Jana Klaty, współpracujesz również bardzo chętnie z duetem Monika Strzępka i Paweł Demirski.

Tak, to są dla mnie równie ważni ludzie. Dzięki nim – w innym momencie mojej drogi – moje życie znów zaczęło się na nowo.

Niektórzy aktorzy lubią o sobie myśleć, że są aktorami jakiegoś reżysera. Czy ty myślisz o sobie w ten sposób? „Aktor Klaty” lub „Aktor Strzępki”?

Nie. Myślę, że ani Jan, ani Monika nie potrzebują takich deklaracji. Radzą sobie świetnie beze mnie.

czarnik_8

Ale radzą sobie lepiej z tobą. 

Tego nie wiem, natomiast wydaje mi się, że specyfika ich teatru polega na tym, że nie potrzebują takich deklaracji. I ja też chyba nie byłbym w stanie takiej deklaracji złożyć. Jestem teraz na etapie, na którym chciałbym zmierzyć się z kinem. Zagrać w filmie coś porównywalnego z tym, co grałem w teatrze. Coś równie ważnego.

Masz w sobie teraz na to przestrzeń? Czujesz to?

Myślę, że to się rodzi. Nie chciałbym zdradzać za dużo, ale o jednej rzeczy mogę powiedzieć na pewno, bo to nie jest chyba tajemnicą, że będę grał ważną i bardzo atrakcyjną rolę w nowym filmie László Nemesa, reżysera filmu „Syn Szawła”, który dostał Oscara i który nagrodzono Grand Prix w Cannes.

To ogromne wyróżnienie. 

To prawda, choć trochę się dziwię, bo nie jestem Węgrem, a będę grał Węgra po węgiersku.

Jesteś bardzo dobrym aktorem, więc co to za problem zagrać Węgra!

Zobaczymy. Ale myślę, że dam radę. Kredyt zaufania mam taki, jakiego w polskim kinie nie miałem nigdy, więc jest to dla mnie nobilitacja. I pracuję bardzo mocno nad tym, żeby to, co mam w tej produkcji do zrobienia, zrobić dobrze.

Pracujesz z reżyserami, którzy są bardzo silnymi osobowościami. Czy praca z nimi to nieustanne chodzenie na kompromisy? Jest tam miejsce na zachowanie odrobiny wolności?

To jest zawsze starcie charakterów. Uwielbiam reżyserów, którzy lubią aktorów mających coś do powiedzenia, nie będących tylko wykonawcami. Z tego powodu tak lubię pracować z Janem i z Moniką, bo oni dają przestrzeń. Zadaniem reżysera jest inspirowanie, a nie wydawanie poleceń.

Kilka tygodni temu widziałem cię po długiej przerwie na scenie w „nie-boskiej komedii. WSZYSTKO POWIEM BOGU” w Narodowym Starym Teatrze. Ucieszyłem się, że masz nadal to, co miałeś kilkanaście lat temu w „H.”, co jest dość rzadkie w teatrze. Wchodzisz na scenę i obserwujesz publiczność, masz z nią kontakt. Każdemu z nas wydaje się, że spoglądasz na nią, na niego z osobna, „dotykasz” wzrokiem, przeciągasz na swoją stronę. Nie mizdrzysz się, nie odgradzasz światłami rampy. I kiedy w spektaklu dochodzi do kulminacyjnych, rozstrzygających momentów, publiczność stoi za tobą jak wojsko.

To bardzo miłe co mówisz, natomiast dla mnie to jest naturalne. Dialog z widzem. To jest podstawa. Jeśli nie wejdę w ten dialog, to nie ma sensu wychodzenie na scenę. Muszę mieć widzom coś do powiedzenia. Choć nigdy nie wiem, ile jest na widowni osób, z którymi się komunikuję, a ilu przyszło po to, żebym ich usatysfakcjonował, zabawił. Nie umiem tego robić. Nie potrafię zadowolić widza. Nawet kiedy mówię monolog, to wchodzę z publicznością w dialog.

Czy masz czasami ochotę na to, żeby na scenie popłynąć, dać się porwać emocjom?

Oczywiście! Zdarza się przeszarżować, ale zawsze można się wycofać. Od pewnego czasu zastanawiam się nad różnicą między filmem a teatrem. I dochodzę do wniosku, że w teatrze wspaniałe jest to, że jesteś absolutnym panem czasu i przestrzeni.

Co to znaczy?

Chodzi o to, że reżyser nie wykopie cię ze sceny, kiedy mówisz na przykład jakiś duży monolog. Widzowie mogą buczeć, wychodzić, ale to jest twój moment. Jesteś tu i teraz.

Jesteś panem sytuacji?

Tak. A w filmie? Robisz coś, z kimś rozmawiasz, masz za partnera czasem tylko kamerę. Obok jest reżyser, operator, robisz duble, reżyser ciągle coś zmienia.

A potem jeszcze montaż... 

W którym, na podstawie tego samego materiału można opowiedzieć kilka zupełnie różnych historii.

I oglądasz to potem i mówisz: „W czym ja grałem?”.

No tak, to mi się zdarzyło, i to u wspaniałych artystów.

To, o czym mówisz jest bardzo ciekawe. Po obejrzeniu „nie-boskiej komediiˮ zdałem sobie sprawę, z jakiego powodu wolę teatr od filmu. Dla mnie kluczowe jest to, że pomimo, że premiera tego spektaklu była kilka lat temu, to jest on niewiarygodnie aktualny. Teatr, właśnie przez to, że wy, aktorzy decydujecie o tym, na które słowo położycie akcent, gdzie postawicie pauzę, sprawia, że spektakle są ciągle „na czasie”. Film jest płaski, tam tego nie ma.

To prawda, ale warto pamiętać, że mówimy o bardzo dobrym tekście Pawła Demirskiego. To, że to, co mówimy, jest aktualne, to ogromna zasługa autora. Grając na dobrym tekście, mamy świadomość tego, że uczestniczymy w czymś, co było aktualne wtedy, jest aktualne teraz i będzie aktualne za dekadę. W czymś, co trwa już jakiś czas, ale to jest głównie zasługa świetnych nut.

W czasie pracy zawodowej byłeś aktorem Teatru Wybrzeże w Gdańsku, Teatru Polskiego we Wrocławiu, Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Patrząc na tę twoją teatralną ścieżkę, pomyślałem sobie, że jest w tobie coś z nomady, którego ciągle coś uwiera w bucie i szuka co jakiś czas nowych przestrzeni… 

Na pewno. Natomiast teraz będzie mi się najciężej przenieść ze względu na Jana, Monikę, Pawła, no, i zespół Starego – takie zwierzę nie istnieje – ciężko będzie mi znaleźć lepsze miejsce. A pewnie się przeniosę…

Może na Węgry?

Nie wiem. Trudny język. Od pół roku próbuję się go nauczyć. Natomiast jeśli zdarzy mi się ciekawa propozycja filmowa, to być może będę musiał się na jakiś czas pożegnać z teatrem. Może to kwestia charakteru, że nie mogę być w jednym miejscu za długo?

To gdzie będziesz za 10 lat, drogi nomado?

Nie wiem...

A gdzie chciałbyś być?

Chciałbym zrobić trzy filmy, które są dla mnie równie ważne, co spektakle, w których brałem udział, czyli „Hamletˮ, „nie - boska komediaˮ i „Sprawa Dantonaˮ.

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA