REKLAMA
Anywhere logo

Grzegorz Kapla

Filip Łobodziński: I’m a poet, I know it

2017-08-21
...
Filip Łobodziński, dziennikarz, muzyk, aktor, tłumacz, dżentelmen w każdym calu. Człowiek, który imponuje wiedzą o świecie i skromnością, dzięki której nie przytłacza swoich rozmówców. Nie mogliśmy porozmawiać o wszystkim, co ważne. Najważniejsze, że od słowa do słowa poszliśmy w kierunku rewolucji.

Tłumaczysz poezję, a do tego trzeba przecież być poetą. Dlaczego nie tworzysz własnych światów?

Myślę, że to nie jest prosta zależność. Warto być poetą, żeby tłumaczyć poezję, ale to nie oznacza, że musisz mieć legitymację poety w postaci własnych tomików poetyckich. Można mieć po prostu swojego wewnętrznego poetę, który odzywa się momentami i wtedy zaprzęgasz go do roboty, a on pracuje na twój przekład poetycki. Tak jest w moim przypadku, bo ja tłumaczę nie tylko prozę tak zwaną piękną, ale też publicystyczną, tłumaczę lirykę. Piosenki przede wszystkim. Wierszy tłumaczę mniej.

FilipLobodzinski_1

 

Piosenki to trudne zadanie, bo musisz liczyć metrum, brzmienie determinuje słowo. Musisz zmieniać sensy.

Tak. Metrum jest ważne. I, co jest niezwykle istotne przy śpiewaniu, brzmienie. Kiedy tłumaczysz wiersz, na przykład biały wiersz, nie przejmujesz się za bardzo, czy jest dużo spółgłosek, czy mało. Poezję bardzo często staram się czytać na głos i teksty, które tłumaczę, też staram się czytać na głos, żeby usłyszeć coś, czego najczęściej nie da się zobaczyć. Widocznie literat, który we mnie siedzi, uruchomia się tylko w tej postaci. Bo rzeczywiście, ja nie mam, właściwie bardzo rzadko miewam pomysły na własne historie. Ale od bardzo wczesnego wieku pasjonował mnie język jako taki, język obcy też, ale i polski, interesowały mnie różne pokłady znaczeń, to, jak różne słowa zderzone ze sobą wpływają na siebie nawzajem. W liceum bardzo się zainteresowałem gramatyką generatywno-transformacyjną, czyli poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, jaka jest struktura głęboka języka, co sprawia, że pewne słowa mogą wspólnie tworzyć sensy. Jest słynne zdanie Chomsky’ego „tamte bezbarwne zielone idee wściekle śpią”. Zdanie jest gramatycznie poprawne, wszystko niby się zgadza, tylko sensu nie ma.

Dziś by może już miało...

Dziś by może już miało.

Słowa nabrały nowego kontekstu.

Tak, ale chodzi właśnie o podejście naukowe czy wręcz matematyczne spojrzenie na zjawisko czysto naturalne. Próbę ogarnięcia czegoś, co się tworzyło samo, w sposób absolutnie dziki i nieskrępowany, bo tak kształtował się język, a gramatyka próbowała znaleźć w tym jakiś model...
Porządek.
Tak, porządek, który mógł przyczynić się do stworzenia w przyszłości maszyn do tłumaczenia. I oczywiście, na razie skończyło się na Google Translator, który...

Jest poetą, nie ma co kryć (śmiech).

Tak. Tłumaczenie bywa mocne. Jest poetą. Bardzo specyficznym. Niektórzy go bardzo lubią. Wracając jeszcze raz – ja jestem poetą, ale prawdopodobnie „I’m a poet, I know it", jak śpiewał Dylan.

Potrzebujesz inspiracji?

Tak, ale dla mnie musi zaistnieć coś, z czego się weźmie mój tekst, i tym czymś jest tekst oryginalny. Ja rzeczywiście na podstawie oryginału często piszę własny, bo nie da się inaczej. Choć oczywiście zdarzają się teksty, które można przełożyć w sposób wierny oryginałowi.
Być może z rosyjskiego, wątpię czy z angielskiego.

Zdarza się, że są w miarę wierne w warstwie treściowej, inne powodują, że trzeba napisać własny tekst, który będzie przełożeniem atmosfery, przełożeniem ducha. Wiesz, czegoś takiego, co tkwi gdzieś głębiej, nawet jeśli słowa się nie zgadzają.

No tak, Dylan wymaga znajomości amerykańskiej kultury, historii, bieżących problemów. Jesteśmy zupełnie daleko od tego, więc jeśli się bierzesz za tekst Dylana, musisz uczynić go takim, żeby był czytelny dla słuchacza w Polsce.
No tak, na tym to polega. Nie tylko zresztą z Dylanem tak jest. Chyba z każdym tekstem, który się tłumaczy na inny język.

No, jeśli tekst jest o miłości, to chyba łatwiej?

Trzeba go po prostu umieścić w takim kontekście, w takim środowisku, w którym będzie zrozumiały dla odbiorców. Ideałem jest stworzenie takiego tekstu po polsku, żeby odbiorcy polscy przeżywali go mniej więcej tak samo, jak przeżywają odbiorcy oryginału. To jest oczywiście rzadko wykonalne, ale trzeba próbować się zbliżyć, tak asymptotycznie się tam staram do tego zbliżyć. I czasami to się udaje w sposób bardzo prosty, a czasami trzeba znaleźć jakiś „wytrych”, przy czym za każdym razem ten „wytrych” jest inny. To nie jest tak, że przy czterdziestej piosence mam opanowanych dość sztuczek i mogę swobodnie z nich korzystać. Każdy kolejny tekst jest kolejnym zagadnieniem i nie ratuje mnie moje doświadczenie, choć z pewnością mi pomaga. Pierwszy przekład napisałem w 1979 roku.

Zacząłeś jako dziecko.

No nie, w 1979 roku miałem 20 lat. Dziećmi jesteśmy pewnie całe życie, powiedzmy więc, że byłem już dzieckiem pełnoletnim.

FilipLobodzinski_2

 

I to był Lluís Llach?

Nie, to był Bob Dylan właśnie. Pierwszą piosenką, jaką w życiu przetłumaczyłem, była „Don’t Think Twice, It’s All Right”. To był marzec 1979.

Przetłumaczyłeś ją po to, żeby grać?

Tak, tak. Chciałem sprawdzić, czy to się da, ponieważ dwa miesiące wcześniej, kiedy kończył się już pierwszy semestr mojego pierwszego roku na iberystyce, nasz majster od literaturoznawstwa, z czasem mój wielki mentor, Carlos Marrodán, zaproponował nam, studentom: „Słuchajcie, a może byście potłumaczyli poezję współczesną hiszpańską? Zrobimy wieczór poezji hiszpańskiej, bo tego się w Polsce w ogóle nie tłumaczy”.

Zrobił nam jednogodzinny wykład, „sprzedając” podstawowe zasady, których on sam się trzyma. I właściwie ten godzinny wykład to podstawa, która towarzyszy mi do dzisiaj. Pierwsza zasada, żeby posłuchać tekstu, który się tłumaczy, druga, żeby polubić tekst, który się tłumaczy, bo jeżeli się go nie lubi, to z dużym prawdopodobieństwem dobry przekład nie wyjdzie. Byliśmy zaskoczeni tym zadaniem, bo dopiero zaczynaliśmy się uczyć hiszpańskiego. Raptem pięć miesięcy nauki. Po pięciu miesiącach – co my umiemy? Ale współczesna poezja daje ten luksus, że nie jest rymowana, nie jest rytmiczna. W związku z tym można swobodnie się w wierszu poruszać i próbować.

To tylko pozór. Jest rytmiczna, tylko na innym poziomie.

No dobra, ale my, studenci pierwszego roku iberystyki Uniwersytet Warszawskiego pomyśleliśmy, że...

Czuliście ulgę, że nie musicie rymować.

Jeśli już pojawiał się rym, to reszta patrzyła - o kurczę, temu się dostał rymowany wiersz, cholera. Ale sami wybieraliśmy, więc wybieraliśmy te najłatwiejsze.

Nie wiem, jaka jest brzmieniowa odległość tych języków, bo nigdy nie myślałem o hiszpańskim w ten sposób, żeby szukać tych współbrzmień. Wiem, że angielski i polski to zupełnie inne planety.

Pewne sytuacje mogą być podobne. Jeżeli jest nagromadzenie samogłosek „u” w wersie, to i Hiszpan, i Polak będą mieć podobne wrażenie, że to jest coś głuchego, ciemnego, jakaś jaskinia, może jakiś dół, studnia… Na takie rzeczy zwracaliśmy uwagę, ewentualnie, jeżeli jest dużo słów rozpoczynających się na tę samą literę czy inne eufoniczne historie, to też staraliśmy się je oddać po polsku. Dwa miesiące później, ponieważ od roku próbowałem grać na gitarze, postanowiłem sprawdzić, czy te zasady da się zastosować do piosenki Dylana, za którym wówczas już przepadałem. Tyle, że z piosenką to oczywiście oznaczało, że trzeba się zmieścić we frazie bardzo rygorystycznie, trzeba pomyśleć o rymach, nie tylko o treści.
Właściwie powinno być tyle samo sylab, podobne akcenty.

Tak, chociaż akurat Dylan tutaj jest o tyle wygodny, że on nie jest jak Georges Brassens na przykład, który bardzo ściśle przestrzega wersyfikacji i że to jest zawsze ta sama liczba sylab w wersie...

I te same tropy.

Tak, te same akcenty. Natomiast Dylan pisze wierszem tonicznym, liczy się liczba akcentów, ale w wersie mogą być różne liczby sylab. Pod tym względem jest łatwiejszy od innych poetów, natomiast trudniejsze jest zrozumienie zasady, wedle której pisze, stylu i rzeczywistości, do jakiej się odwołuje. Rzeczywiście, to wymaga...

Studiów.
Tak. Wiedzy, oczytania, osłuchania się, zrozumienia, skąd czerpie inspiracje, dlaczego pisze taki tekst, a nie inny, dlatego też, że jego inspiracje są bardzo różne. Zdarzają się pieśni wzorowane na trzech innych źródłach naraz. W związku z czym po latach z mojego przekładu sprzed 38 lat „Don’t Think Twice, It’s All Right” został dziś tylko tytuł i jeden wers. Kiedy przeczytałem go po latach na nowo, odkryłem, że jechał młodopolszczyzną.

To nie jest złe, młodopolszczyzna była szczera.

Ale nie dylanowska. Jego pieśń musi być prosta. Odwołuje się do pewnej łobuzerskości, do wzorca wagabundy, który mówi „cześć, jadę dalej, do innego miasta, nie wyszło, zmarnowałaś mi czas, dziewczyno”, więc przybyszewszczyzna się kompletnie nie sprawdza. Dylan nie chciał być napuszony w tej piosence. Zrozumiałem, że muszę odnaleźć jego bardzo skomplikowaną, erudycyjną prostotę.

FilipLobodzinski_3

 

Musiałeś... dojrzeć.

Tak naprawdę złapałem chyba oddech dylanowski dopiero jakieś dwadzieścia lat temu. Już rzeczywiście w tych przekładach, które powstały w ostatnich dwudziestu latach, najmniej zmieniam. Od Tomka Beksińskiego nauczyłem się, że trzeba zmieniać. Kiedy on tłumaczył „Bonda” czy „Monty Pythona”, też bez przerwy poprawiał, bo ciągle wpadał na jakiś fajny pomysł, którego wcześniej nie wykorzystał. Więc zmieniał.

Albo się zmieniła sytuacja kulturalno-geopolityczna i pojawiały się nowe kody, które warto było wykorzystać.

W przypadku Dylana tym się nie muszę specjalnie przejmować. Te piosenki mają sens dlatego, że są wieczne, były aktualne i w latach sześćdziesiątych, i teraz.

To znaczy, że nie są ani lewicowe, ani prawicowe, bo ma taką łatkę troszkę, że jest lewicowym bardem.

A to jest jedno z większych przekłamań na jego temat. On nigdy nie był w swojej twórczości postępowy, wręcz odwrotnie.

Pod względem muzycznym jest konserwatystą, bezwzględnie.

To, co robi od kilku lat, przypominając piosenki Sinatry, i to jeszcze w wersjach odartych naprawdę z blichtru orkiestracji, sprowadzonych, że tak powiem, do zupełnej podstawy i esencji, przypomina też o tym, co zabiła popkultura – że tamte piosenki miały swój czar, swoją intymność...

No i też były historiami.

I były historiami. To jest kolejna rzecz. Niektórzy mi przypisują pewną misję w tłumaczeniu Dylana i w jednym mogę się zgodzić: można pisać historie, a historii w polskiej piosence jest bardzo mało. Kiedy Muniek napisał „Kinga”, nie krył, że…
To dylanowska piosenka.

...że to była piosenka, do której zainspirowała go „Hurricane” Dylana. Opowieść jako model, który Dylan przeszczepił ze świata folku, świata pieśni ludowych...

Dlatego to właściwie konserwatywna…

Tak, to jest rewolucja konserwatywna, a nawet reakcyjna, można powiedzieć.

A jednak dostał Nobla. Właśnie on. Choć słychać, że sztuka musi być lewicowa, bo tylko lewicowa sztuka może być postępowa, zmienia świat, podczas gdy konserwatywna korzysta z tego, co już jest.

Dlatego Dylan jest taki nieoczywisty. Nie jest ani lewicowy, ani prawicowy, zmienia świat, a w każdym razie daje grunt do tego, żeby świat się zmienił, bo żaden muzyk nie zmienił chyba nigdy świata, ale... W każdym razie daje materiał do przemyśleń. Pisze o rzeczach ponadczasowych. Grzechy, które nam towarzyszą od lat i których nie potrafimy się przez stulecia wyzbyć. Czy to jest rewolucja? Może tak. W tym sensie Jezus Chrystus też jest rewolucjonistą. To jest właśnie niesamowite w wybitnych postaciach, że nie przemijają, że one nie były, nie będą, tylko one są.

Że musimy się do nich jakoś odnieść.

Przynajmniej wypadałoby, jeśli chcemy być świadomymi ludźmi. 

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA