REKLAMA
Anywhere logo

Aleksandra Budka

Jarek "Jarex" Kowalczyk: Gna mnie do tego, co za rogiem

2017-08-22
...
Spotykamy się podczas Ostróda Reggae Festival, gdzie Bakshish koncertował wielokrotnie. 35 lat od założenia zespołu wokalista i lider Jarek „Jarex” Kowalczyk jest w znakomitej formie, a kondycja zespołu wydaje się najlepsza od lat. Bakshish tworzy nie tylko historię polskiego reggae, ale i całej polskiej muzyki. Jednak Jarexa nie interesuje przyjmowanie gratulacji i zaszczytnych tytułów. On już planuje kolejną płytę i z ciekawością czeka na to, co wydarzy się jutro.

Czy w zespole opadły już emocje po urodzinowym koncercie?

Nie chcę nikogo rozczarować, ale tu w Ostródzie, nie graliśmy koncertu urodzinowego. Obchodzimy w tym roku 35-lecie, a koncert urodzinowy graliśmy w Opolu. Nie należę do tych, co wyprawiają swoje urodziny kilka razy. Są zespoły, które grają urodzinową trasę koncertową i rodzą się codziennie w innym mieście.

35 lat na scenie postrzegacie w kategorii „niewiarygodne” czy tak zakładał plan?

Nie wszystko było robione w ramach planów czy projektów. Od samego początku był to zespół młodzieżowy, czterech czy pięciu chłopaków wpadło na pomysł, że chcą grać i mają swoją wizję. To, co działo się później, to efekt kuli śnieżnej, ale i tego, że jeden koleś się uparł i nie chce odpuścić. Dziś 35 lat to nie jest ciężar i żaden pretekst do bycia „wow”. Patrzę na to, co mam do zrobienia przed sobą, a nie na to, co już zrobiłem. Oczywiście, potrzebna jest historia, ale wolę iść do przodu. A raczej biec i gonić plany!

jarex_2

 

Historia zespołów takich jak Bakshish rodzi się z prostego marzenia – wyrwania się z małego miasta, z potrzeby wykrzyczenia swoich pragnień, z potrzeby - po prostu – życia inaczej.

Ale też potrzeby pokazania ludziom z tego samego miasta – popatrzcie, byliśmy tam i tam, chcą nas słuchać. Jednak odcinam się od tego, że jesteśmy zespołem z Kluczborka – to zespół z Opolszczyzny, szeroko pojętej, zahaczającej nawet o Częstochowę. A czy to było wtedy, czy teraz – zawsze chodziło mi o to, żeby stale mieć coś do zrobienia. Nie chcę skupiać się na ekscytowaniu nad tym, co było, nawet jeśli to sukces.

Wspomniałeś, że bieda komuny zmuszała nawet do tego, że perkusista na jednym z koncertów zagrał drążkami wymontowanymi z krzesła.

To prawda. Były też problemy z gitarami – byliśmy dzieciakami z liceum, nie dostawaliśmy przecież kieszonkowego, skąd mieliśmy dostać te gitary? Wypożyczaliśmy je z domu kultury. Z drugiej strony pamiętam, że nie byliśmy roszczeniowi. Wiedzieliśmy, że się nie kupuje, że nie ma, tak po prostu.

Czy wtedy w latach 80. wiedzieliście w ogóle, co to znaczy być rasta?

Początki były bardzo intuicyjne, natomiast szybko staliśmy się neofitami, musieliśmy mieć dredy, ubierać się na zielono, żółto i czerwono, mieć namalowaną gandzię. Potrzebowaliśmy tego, czego neofici pragną najbardziej - zewnętrznej ekspozycji siebie. (śmiech) Kiedy już wiedzieliśmy, że to jest to, szliśmy w stylistykę – a aby być w stylu, trzeba przecież znać kanony. Chcieliśmy więc, żeby nasze kompozycje były jak „czyjeś”. Zawsze śmieję się, że na pewnym poziomie koncertów reggae trwa nieświadomy konkurs „kto zagra najlepiej Marleya”. Nie chodzi o muzykę, tylko jak ktoś swoją postacią stworzy postać właśnie Boba Marleya.

Początki zespołu Bakshish to nawet dziesięcioosobowy skład na scenie.

Byliśmy zespołem podwórkowym – czyli grupą ludzi, która się ze sobą spotkała, graliśmy w piłkę, chodziliśmy razem na dyskoteki, jeździliśmy rowerami, byliśmy ekipą z kilku bloków.

A królowała zasada – ten, kto lepiej gra na gitarze, zostaje gitarzystą solowym, ten słabiej grający – basistą.

To stara zasada, która działa chyba do dziś. Basista wciąż trochę ustępuje technicznie gitarzyście solowemu. A wtedy, na początku istnienia Bakshish, myśmy w ogóle nie potrafili grać. Były nędzne instrumenty, choć nie chcę nikomu i też sobie ujmować – ale mniej było tam świadomości. Był większy efekt zespołowy – to były czasy, kiedy zespoły zakładało kilku kolesi, wiadomo było, który jest bardziej „do przodu”, a my – byliśmy wypadkową. Dziś więcej jest mojej świadomej dyrygentury i obranego kierunku działania kapeli, nie tylko muzycznie.

Dziś masz w zespole muzyków, którzy tych 35 lat nawet nie ukończyli.

I grają lepiej niż my wtedy. Są młodsi od zespołu, są rówieśnicy. Należało się tego spodziewać, bo ludzie, z którymi ja grałem wtedy, nie zostali muzykami. Był to dla nich epizod, co szanuję i oczywiście dziękuję im za wspólne chwile.

jarex_1

Masz klucz, według którego dobierasz sobie muzyków?

On na pewno istnieje, choć ja go nie znam. Lubię grać z ludźmi, którzy dobrze się ze sobą czują, bo wtedy ja także czuję się z nimi dobrze, a zarazem bezpiecznie. Muzycy to wsparcie dla wokalisty i lidera, to zwierciadło, w którym można się odbić. Dobrze jest mieć zaufanych ludzi. W tym składzie stawiałem czasem bardziej na lojalność niż na walory techniczne. Są ludzie w zespole, w miejsce których można byłoby znaleźć na pewno dużo lepszych warsztatowo, ale są świetnymi ludźmi – są lojalni, pracowici. Zacząłem to bardzo cenić w sytuacjach, kiedy muzycy zostawiali mnie z dnia na dzień. Ci lojalni okazują się efektowniejszą decyzją.

A muszą czuć reggae?

Nie, ja ich tego nauczę. Zresztą nie wiem, czy koniecznie reggae. Nauczę ich tego, co ja czuję jako to moje reggae, ten miejski folk, który tworzę.

Pamiętam, kiedy w rozmowie kilka lat temu przyznałeś, że do dziś nie wiesz, o co chodzi ani w reggae, ani w muzyce w ogóle.

Jestem muzykiem intuicyjnym, poddawałem się edukacji muzycznej, ale potem to nauczyciele się przy mnie poddawali. Mówiono, że jestem przed nutami, a ja myślałem – po co mi nuty?

To nie było idealnych 35 lat. Jak przetrwać kryzysy?

A kto miał idealnych 35 lat życia? Życie to podróż – możesz planować, ale nie przewidzisz. To nasza zdolność, którą musimy opanować – czyli umieć się rozczarowywać. Ale nie po to, żeby się załamywać, lecz po to, żeby motywować do dalszych działań. Żeby za każdym razem zrobić coś lepiej, szerzej, dalej, wyżej, inaczej.

Czujesz, że dziś jest lepiej niż 35 lat temu?

Dziś to prawdziwy zespół.  Oczywiście cały czas słyszę niedociągnięcia, ale Bakshish jest dziś dobry warsztatowo, a ja cały czas zapominam chwalić ludzi. Tak też traktuję siebie – dużo wymagam i nie oczekuję laurów. Ciągle mam wizję, którą przekuwam w rzeczywistość. Ciekawi mnie przyszłość, oglądanie się za siebie pozostawiam innym. Mam do zrobienia nową płytę i całą masę pozamuzycznych rzeczy. Co tam przeszłość, ona już była. Bo nawet jeśli robię coś w danym momencie, jestem już z przodu. Nie umiem przeżywać chwili właśnie w tej chwili, być tu i teraz, bo gna mnie do tego, co za rogiem.

 

Zdjęcia: Materiały organizatora/ Fot. Jacek Piech

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA