REKLAMA
Anywhere logo

Recenzja: "Uciekaj!" (reż. Jordan Peele)

2017-08-27
...

– Nie widziałem. Ja nie oglądam horrorów, bo nie lubię się bać – odpowiedział mi jeden z najzdolniejszych i najpłodniejszych krytyków filmowych młodego pokolenia, zapytany o „Uciekaj!”. No, szczęściarz, pomyślałem sobie: to inteligentny człowiek, więc niewiele czasu mi zajmie, bym przy kilku piwach wytłumaczył mu, jak niemądrze (by nie rzec: nieprofesjonalnie) jest horrory ignorować. Chłopak rzuci się do odrabiania zaległości i po raz pierwszy zobaczy całkiem spory pakiecik dzieł wybitnych lub co najmniej znakomitych. Powinien zacząć właśnie od debiutu Peele’a: to film dla tych, którzy nie lubią się bać; straszy tylko pod koniec, wcześniej po prostu umiejętnie zagęszcza niepokój. Chyba że kogoś przeraża mężczyzna trenujący wieczorami biegi sprinterskie pod domem (mnie przeraził). Pierwsze spotkanie z rodzicami narzeczonej to jest wydarzenie wysoce elektryczne, o tym się da zrobić tylko horror lub komedię. A jeśli biała dziewczyna przedstawia swoim starym czarnego chłopaka, to już w postobamowskiej tudzież trumpowskiej Ameryce spotkanie podwyższonego ryzyka, porównywalne chyba tylko do sytuacji, w której przyszły zięć jest od swoich teściów wyraźnie starszy. Biali są dziwni, czarni jeszcze dziwniejsi – powiedzieć, że postaci w filmie Peele’a nie są tymi, za kogo się podają, byłoby niezręcznym eufemizmem. Oprócz ewidentnej inspiracji nieco zapomnianym klasykiem Johna Frankenheimera „Twarze na sprzedaż” z 1966 roku, twórca „Uciekaj” czerpie bowiem także z nurtu hipermakiawelicznego w amerykańckim kinie lat 70. – owej dusznej grozy, przygniatającej bohatera, który stopniowo odkrywa, że jedynie on nie jest udziałowcem wszechobecnego spisku. Przy zachowaniu reguł kina gatunkowego – raczej thrillera niż horroru, którym film staje się dopiero, gdy niesamowite staje się elementem dystopii – „Uciekaj” jest niezwykle zmyślnym głosem przeciw rasizmowi czy raczej nieśmiertelnej mentalności postkolonialnej. I choć wszystko zmierza do bez mała tarantinowskiej jatki w zwieńczeniu, groza jest tu zrównoważona humorem wysokiej próby. Poza tym uwielbiam w kinie popularnym te sceny, w których czuje się „pomysł za milion dolarów”, nad którym głowił się sztab scenarzystów, zanim jeden z nich nie krzyknął „Eureka!”. Sposób, w jaki bohater uwalnia się z fotela w „poczekalni” przed zabiegiem, czy raczej ten detal, który sprawia, że opiera się hipnozie, jest taką właśnie perełką.

REKLAMA
REKLAMA