REKLAMA
Anywhere logo

Grzegorz Kapla

Gruzja jakiej nie znacie

2017-08-26
...
Gruzja. Jeden z najczęściej wybieranych przez Polaków wakacyjnych, a nawet wyprawowych kierunków. Nasz publicysta, Grzegorz Kapla, napisał o niej książkę. „Gruzja. Na Kazbek i z powrotem” ukazała się ze znakiem National Geographic.

Staliśmy w błocie, a przed nami dolina Truso otwierała ramiona szeroko, tak szeroko, jakby właśnie na nas czekała. Wiatr szedł od gór, mroźny i wartki. Marszczył wodę i niósł w sobie groźbę zimy. Pewność, że przyjdzie śnieg. Tyle śniegu, że cała dolina utonie w nim jak w potopie, razem z osetyńską granicą, starymi krzyżami, gównem owczym i zburzonymi domami. A potem wszystko zetnie mróz. I tylko gorące siarkowe źródła będą miały dość sił, żeby go przeniknąć. Stanie się żółty, a później, bliżej koryta rzeki – czerwony. Niczym rdza.

gruzja_14

Kościół Cminda Sameba, najczęściej fotografowana budowla w całej Gruzji, stoi wysoko nad Kazbegi. Trzeba do niego iść pod górę dwie godziny. Za Sowieckiego Sojuza zbudowano kolejkę linową na szczyt. Do samego kościoła.

– No i gdzie ta kolejka? – w duszy zrodziła mi się nadzieja.

– Zburzyliśmy przy pierwszej okazji – pan taksówkarz pociągnął papierosa.

– Jak to?

– Im trudniejsza droga, tym silniejsza wiara –  pokiwał głową.

gruzja_13

Nie wiem, jak długo to trwało, ale w końcu rozpoczęliśmy karkołomny podjazd stromym zboczem i pan kierowca powiedział, że wkrótce zrobią tu park narodowy i dodał jeszcze, że jeśli nie będzie mgły, to może uda nam się zobaczyć Uszbę. Wyglądała jak tatrzański Kościelec, ale była od niego dwa razy wyższa i o wiele straszniejsza.

– A co znaczy jej nazwa? – zapytałem.

– Schody do nieba – mrugnął do mnie.

Z tyłu zaczęli piszczeć, żeby się zatrzymać, więc wysiedliśmy.

– Ech, żeby tak mieć więcej czasu – rozmarzyłem się całkiem po cichu. Może gdybym nie był sam?

gruzja_12

Stepy na granicy Gruzji i Azerbejdżanu. Łada skręca w lewo i zaczyna mozolnie piąć się w górę. Szeroki zielony step zostaje coraz niżej pod nami, a na zboczach wzgórz gubią liście pojedyncze, schorowane drzewa. Ciekawe, czy kiedyś rósł tutaj prawdziwy las, czy to po prostu jakieś zabłąkane nasionka los rzucił między skały, w których nie miały szans, ale miały nadzieję. Z ludźmi jest dokładnie tak samo.

gruzja_11_1

Ławra w klasztorze Dawid Garedża. Sarkofag Dawida przykryty jest złotą kapą, a nad głową świętego pali się oliwna lampka. Kościółek jest maleńki i tonie w dziwnej, błękitnej poświacie, choć wymalowany jest na biało, a szyby w oknach ma całkiem zwyczajne. Prosty ikonostas mieści ledwo kilka obrazów. Przy wejściu wisi ikona ze Świętym Słupem. A na pulpicie leży ikona ze wszystkimi sześcioma tysiącami mnichów. Stoją niewzruszeni jak rzeka i patrzą na swoich braci, którym Persowie odrzynają głowy. Głowy spadają, ale złote nimby wokół nich wcale nie gasną. Nawet po śmierci.

Dawid Garedża. Przystawałem na każdym zakręcie zadyszany i pełen niepewności. Gdyby jednak udało mi się dotrzeć do Kazbegi, to czy mam jakiekolwiek szanse, żeby wejść na szczyty Kaukazu? A potem znowu biegłem. Nie chciałem, żeby na mnie czekali. Najgorzej jeśli w drodze każesz komuś czekać. Tymczasem słońce przedarło się przez chmury i jego promienie wycinały w piaskowcu barwne plamy. Zupełnie jakby wzięło w dłonie ten kawałek planety i zaczęło obracać go w palcach we wszystkie strony.

 

gruzja_10

Pomnik króla Wachtanga Wilczej Głowy przed kościołem Metekhi. W 1937 roku Beria wydał rozkaz zburzenia kościoła, który stoi na klifie w wąskim gardle rzeki Mtkvari. Malarz, Dymitr Szewardnadze, wówczas dyrektor Muzeum Narodowego, zaprotestował publicznie. Beria wezwał go i obiecał, że nie zburzy kościoła przez siedem dni, żeby malarz, jako rzetelny komunista, mógł wykonać model kościoła i ustawić go w muzeum.

– Miejsce tego kościoła nie jest w muzeum – odparł malarz.

Beria wezwał strażników. Zawieźli dyrektora do więzienia i tam zastrzelili po katyńsku.

gruzja_9

Nocna panorama Tbilisi. Widziałem już brzeg rzeki. I jak most Europa zaczyna mrugać iluminacją pomiędzy kasynem a wysokim brzegiem, który dzielą między sobą Pałac Prezydenta i nowa, wielka katedra.

– Katedra, pałac, kasyno i most między nimi – uśmiechnąłem się do poetyckiego talentu, z jakim Gruzini układają swoją przestrzeń w metafory.

gruzja_8

Tianeti. W górę doliny jechaliśmy w kolumnie samochodów. Wyglądało na to, że na Laszarobę ciągnęli ludzie z całego kraju. Niektórym wiodło się lepiej, innym gorzej i ich samochody tonęły w strumieniach. W krainie, w której nie ma asfaltu, nie są potrzebne mosty, ale kierowcy o mężnych sercach i porządny zapas lin holowniczych.

gruzja_7

Cminda Sameba. Dolina rozlała się po same brzegi. Grube blizny lodowców, parchate liszaje piarżysk, łąki pomarszczone żyłami strumieni i kilka garści domów o blaszanych dachach. Jeśli Bóg patrzy z góry na całe Kazbegi, skąd wie, który dach kryje modlitwę, który miłość, a który tylko strach i zgrzytanie zębów?

Szedłem już godzinę i wciąż z szerokiego grzbietu, który opadał gdzieś spod Kazbeku, widziałem ten kościół. Jakbym się w ogóle nie posuwał do przodu.

gruzja_6

W drodze na Kazbek. Z głodu chciało mi się wymiotować, a lodowiec wyciągał ku mnie swój brudny szary jęzor. Ciągnął z niego chłód. Obcy. Nieludzki. Do szpiku kości. Chmury siedziały tam okrakiem, jak tatarscy jeźdźcy o krótkich białych brodach i złych duszach, więc nie widziałem góry. Zniknęła. Ale tu, gdzie leżałem, wciąż docierało słońce. Jak przyczółek szczęścia. Jak tęsknota, żeby zostać. I syreni śpiew. Bo gdzieś tam, po drugiej stronie lodowca jest schronisko. Ciepło. Sucho. Jedzenie.

gruzja_5

Kaukaz. Zmierzch przyniósł spadek temperatury. O jakieś dwadzieścia stopni. Wiatr przewiał chmury w dół, ku ludziom, lodowiec pokazał swoje trupie, blade cielsko. Miał nagą, bladą skórę i był pomarszczony jak mumia. Słońce było już za Kazbekiem, ale ściany nad lodowcem wciąż lśniły na pomarańczowo i złoto. To będzie straszna noc. Głód, chłód i brudna prycza dzielona na trzech. Ręce mi zmarzły na kość i zapragnąłem wyciągnąć rękę i nawinąć na palec chociaż jeden promień. Pochuchałem w dłonie. Polar z supermarketu nie miał kieszeni.

gruzja_1

Tuż przed oczyma miałem już raki Johanna. Cięły lód jak siekierą. Szedł wolno, ale mocno uderzał czubkami butów. Thomas też nie był daleko. Pomyślałem, że jesteśmy niebezpiecznie blisko siebie, gdyby któryś się potknął, lecimy. Żaden nie zdąży się ustawić, żeby wyłapać resztę.

Ale dlaczego mielibyśmy polecieć? Przecież stok nie był bardziej stromy niż karkonoska Śnieżka. To znaczy, że dotarliśmy do przełamania, że jak podniosę oczy, zobaczę wreszcie lodową ściankę.

W brzuchu mam węzeł, strasznie, strasznie chce mi się jeść. Aż do samej żółci. Przełknąłbym choćby ślinę, ale przecież nie mam już nawet śliny. I wtedy usłyszałem.

– Hoho! – krzyczał Thomas. Podniosłem oczy. Zobaczyłem cały Kaukaz.

Byliśmy na Kazbeku.

gruzja_4

Zanim dotarłem do połowy lodowca, słońce znikło i rozpętała się burza. Przez burzę pobłądziłem i zamiast na ścieżkę po prawej stronie wyszedłem wprost na seraki. Byłem zmęczony, więc nawet tego nie przemyślałem i przez kilka pierwszych, półmetrowych szczelin przeskoczyłem, żeby oszczędzić na czasie. Wydawało mi się, że idę w poprzek lodowca, kiedy wiatr na chwilę rozegnał chmury i zobaczyłem, że stoję na krawędzi lodospadów. Nie czułem już nóg, żołądka ani serca. Moje poodmrażane kiedyś ręce zaczęły swędzieć, potem palić, a potem stały się jak drewno. Stałem na nagim jęzorze lodowca jak dupa w środku pustyni, a gromy waliły dookoła, prawdopodobnie po okolicznych wierzchołkach, ale w gęstej mgle nie umiałem zobaczyć nic i wydawało mi się, że spadają tuż obok mnie.

GRUZJA_1

REKLAMA
REKLAMA