REKLAMA
Anywhere logo

Anna Dziewit-Meller: Chciałabym być jak moja babcia

2017-08-28
...
Dziennikarka, pisarka, propagatorka literatury, założycielka portalu BukBuk.pl. Jeszcze niedawno rockmenka, dziś dojrzała kobieta, która odważnie wyraża swoje opinie, między innymi w „Tygodniku Powszechnym”. A nie zawsze jest to łatwe.

Spotykamy się z okazji festiwalu Miasto Słowa w Gdyni, w sobotę o 8:30. Będziemy rozmawiać o literaturze. Myślisz, że ktoś będzie nas czytał?

Ja o 8:30 raczej nie zajmuję się literaturą, ale życzmy sobie tego.

dziewit

Patrząc na kolejny raport o stanie czytelnictwa można by przypuszczać, że nie będzie zbyt wielkiego odzewu.

Niestety, te badania są dosyć dramatyczne. One nie pogarszają się na przestrzeni lat, ale trwają na tym jakże strasznym, kiepskim poziomie. To jest załamujące z różnych względów. Dla ludzi takich jak my, zajmujących się literaturą w ten czy inny sposób to jest fatalna wiadomość, bo jeśli nie wychowamy sobie czytelników, nie wiem, co będzie za lat dwadzieścia. Trzeba działać systemowo, żeby ten trend odwrócić.

Co można zrobić?

Oczywiście najważniejsze jest to, żeby wychować sobie nowe pokolenie, które będzie czytało. Nie wiem, czy do uratowania są ludzie dorośli, którzy po prostu nie zostali wychowani w taki sposób, że książka jest czymś istotnym, natomiast niewątpliwie to, co można zrobić, to zarażać czytaniem młodych ludzi, dzieciaki, udowadniając im, że książka może być tak samo dobrą rozrywką, która w dodatku ma tę bazę (nie tylko nadbudowę), która może im coś w życiu dać. Niestety w dzisiejszych czasach książka musi rywalizować z serialem, filmem, grą komputerową czy innymi aktywnościami. Wydaje mi się, że bez przekazu, że książka jest czymś atrakcyjnym, a nie tylko smutnym obowiązkiem ucznia, który musi „odwalić” Mickiewicza i Sienkiewicza w podstawówce, gimnazjum i liceum, to się może nie udać.

A inicjatywy skierowane do dorosłych, typu „czytanie jest sexy”, „Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka!”?

Ja mam ambiwalentny stosunek do takich wykluczających akcji promujących czytelnictwo. Łatwo jest powiedzieć komuś, kto nie czyta, że jest od nas głupszy. To jest proste, natomiast trochę wysiłku już będzie wymagało zachęcenie go do tego, żeby dołączył do tej naszej grupy, żebyśmy stali się grupą nie ekskluzywną, a inkluzywną. Należałoby zmienić wektory – włączać, a nie stygmatyzować. A tak trochę jest, że w większości akcji promujących czytelnictwo przekonujemy przekonanych. Przekonajmy nieprzekonanych, to jest wielkie wyzwanie. Nie jestem specjalistką od czytelnictwa jako takiego, z Ministerstwa Kultury ani Biblioteki Narodowej, nie dam tu żadnych złotych rad, ale wydaje mi się, że refleksja powinna iść w tym kierunku – jak włączać, a nie jak odcinać się od tych, którzy po książki nie sięgają.

W dobie Internetu nawet czytającym trochę trudniej czytać.

Skupić się?

dziewit_meller_2

Tak, ciągle coś bzyczy.

Trzeba wyłączać Facebooka (śmiech). W dobie Internetu jesteśmy otoczeni literami, pytanie tylko, jakie przekazy będziemy wybierać. Jak długo będziemy się w stanie skupić na blasze tekstu, którą mamy w książce czy większym tekście w tygodniku czy miesięczniku. Wydaje mi się, że to ważne dla samego rozwoju mózgu, żeby umieć się skupić na chwilę dłużej niż piętnaście sekund czytania lidu czy podpisu pod obrazkiem. Jeśli myślimy o przyszłości – kurczę, zabrzmi górnolotnie – naszych dzieci, to naprawdę pozwólmy im sięgać po rzeczy trochę bardziej skomplikowane. Pozwólmy mózgowi pracować na nieco bardziej skomplikowanych treściach. To strasznie ważne.

Ty sama działasz w Internecie, promując książki. Internet, książki, nie widzisz tu zgrzytu? Czy może wręcz przeciwnie, tak powinno się robić?

Kto wie, to jest pytanie, na które nie znam odpowiedzi. Ciężko być twórcą i tworzywem. Promuję książki w Internecie głównie poprzez rozmowy z ich twórcami. Poza tym bardzo dużo i często prowadzę spotkania autorskie i właściwie to, co robię w sieci, to przełożenie spotkania autorskiego do Internetu. Zazwyczaj spotykam się tam z autorami i rozmawiam o ich ostatnich książkach, ale także o tym, co oni czytają. Zawsze wydawało mi się to interesujące. O dziwo, nie tylko mnie to ciekawi i ludzie to oglądają. Jest jakaś grupa ludzi w Polsce, która książki kupuje i się nimi interesuje i warto nie skazywać ich na wyginięcie, tylko czasem trochę pogłaskać po głowie (śmiech) i dać im do zrozumienia, że są ważni. Bo naprawdę są. To są ludzie, którzy w bardzo świadomy sposób dokonują pewnych wyborów – politycznych, konsumenckich. To niezmiernie interesująca grupa właśnie dlatego, że świadoma, a świadoma dlatego, że czyta i w związku z tym ma bardzo szerokie horyzonty.

Od jakiegoś już czasu jesteś też felietonistką „Tygodnika Powszechnego”. Uderzył mnie tam twój pierwszy tekst, w którym napisałaś, że kobiety boją się wyrażać swoje opinie. Naprawdę tak uważasz?

Tak. To zostało nawet naukowo udowodnione i ma swoją nazwę, „impostor syndrome”, czyli syndrom oszusta. Polega on na tym, że kobiety (choć mężczyźni również, jednak znacznie częściej dotyczy to kobiet) mają poczucie, że ich kompetencje są niższe niż są w rzeczywistości. Wynika to z wielu kulturowych uwarunkowań. Ja sama się z tym spotykam, zresztą jestem ofiarą myślenia o sobie w kategoriach oszustki, osoby, która nie powinna robić tego, co robi, bo na pewno się na tym nie zna. Bardzo mnie zaskoczyło, że po publikacji tego tekstu strasznie dużo osób go udostępniło. Stał się on niemalże „viralem”, w „Tygodniku Powszechnym” był nawet jakiś problem techniczny z serwerem, bo tak dużo osób zaczęło go udostępniać. To z jednej strony było dla mnie jako dla debiutującej felietonistki świetne, z drugiej strony dla mnie jako dla kobiety było to przerażające. Nagle okazało się, że takich jak ja jest bardzo dużo, i że (jako że widziałam, kto wśród moich znajomych udostępniał ten tekst) były wśród nich kobiety, które zawsze traktowałam jak kobiety sukcesu, synonim odwagi. One pisały: „Napisałaś o mnie”. To wcale nie było przyjemne, tylko dosyć smutne, bo świadczy to tylko o systemie, w jakim funkcjonujemy.

dziewit_meller_3

Czy mogę zapytać o to, czy ty sama tak się czujesz w kontekście tego, że jesteś żoną znanego dziennikarza?

No tak, wiadomo. Bycie żoną znanego męża jest jakąś tam rolą, w której przyszło mi funkcjonować. Wychodząc za mąż za kogoś, kto jest znany, zdawałam sobie sprawę, że pewnie tak będzie, zwłaszcza że wówczas, gdy zaczynaliśmy być razem, pracowaliśmy w podobnym segmencie. Oboje zajmujemy się podobnymi rzeczami, więc siłą rzeczy tkwiłam w jego cieniu. I nadal tak jest, bo Marcin jest rzeczywiście popularny i rozpoznawany w Polsce. Natomiast dla nas we dwoje to nie stanowi żadnego problemu. My się wspieramy i życzymy sobie nawzajem sukcesów, bo uważamy, że sukces jednej osoby bardzo wpływa na drugą i to jest świetne. Rzecz jasna to są irytujące sytuacje, kiedy jesteś bezimienną żoną swojego męża. Czasami irytuję się bardziej, czasami mniej, czasami po prostu to olewam, staram się robić swoje jak najlepiej umiem. Jakoś to chyba wychodzi. Natomiast oczywiście w Polsce tak jest, że niezależnie od tego, co robisz, to, czyją jesteś żoną (lub nie jesteś i dlaczego) ma znaczenie. Uważam, że nie powinno mieć.

Z drugiej jednak strony pojawiają się głosy, że to mężczyźni są teraz w odwrocie. Że są zagrożeni przez wyemancypowane kobiety.

Zgodzę się z tym o tyle, że ten nieprawdopodobny backlash, ten zwrot w stronę konserwatywnego modelu rodziny, myśleniu o rozmnażaniu człowieka, o płodności kobiety, niewątpliwie jest efektem emancypacji kobiet. Tworzy się zupełnie nowy model i jedna ze stron prawdopodobnie nie potrafi sobie jeszcze z nim poradzić. To taki moment przepoczwarzania się, bardzo trudny dla obu stron, bo mężczyźni też muszą na nowo sformułować swoją rolę w społeczeństwie, w którym kobiety są świadome swoich praw, domagają się należnego im szacunku, równego statusu, płacy, podziału obowiązku domowych, i rzeczywiście dla bardzo konserwatywnego jednak społeczeństwa, jakim jest społeczeństwo polskie, to jest jakoś szokujące. Myślę, że akcja rodzi reakcję i wszystkie czarne protesty, to, co się teraz dzieje, są efektem wyemancypowania kobiet i strachu przed tą emancypacją. To prawdopodobnie zrozumiały mechanizm psychologiczny. Niemniej jest mi przykro, że tego doświadczamy i musimy walczyć o rzeczy, które wydawało się, że dawno są już wywalczone. O to, że trzeba znowu mieć receptę na tabletkę Ella One, że dyskutuje się o takich rzeczach, które dawno już zostały przedyskutowane. To mnie przeraża, raz że sama jestem kobietą w wieku reprodukcyjnym, a po drugie dlatego, bo mam córkę i życzyłabym sobie, żeby nie musiała kolejny raz wyważać otwartych drzwi i przeżywać tego wszystkiego od nowa. To jest dla mnie jakimś smutnym absurdem.

Czujesz się wojującą feministką jako była już rockmenka?

Och, ten zespół niespecjalnie wyrażał feministyczne treści, nie śpiewałyśmy piosenek o konieczności równouprawnienia...

...ale kobieta z gitarą...

Tak, tak... To, że byłyśmy zespołem wyłącznie złożonym z dziewczyn, i to jeszcze wówczas, jakieś piętnaście lat temu, budziło ogromne zainteresowanie, często niezdrowe. Często doświadczałyśmy różnych zupełnie fatalnych sytuacji ze strony mężczyzn. Świat rocka jest bardzo machoistowski i cztery bardzo młode dziewczyny, w okolicach wczesnej dwudziestki, które przychodzą i chcą grać koncert i które czasem mają jakieś wymagania... No, to była walka o ogień i nieustające tłumaczenie tym facetom, że naprawdę wiem, co ja robię, nie potrzebuję wujków dobra rada, którzy podłączą mi gitarę do prądu. To było cholernie irytujące. Bycie wokalistką w zespole męskim to jedno, ale bycie w zespole całkowicie żeńskim w świecie akustyków, inżynierów dźwięku, panów technicznych to była niezła próba wytrzymałości.

Tęsknisz za tymi czasami? Będzie reaktywacja zespołu Andy?

Byłoby to oczywiście wspaniałe. Miałyśmy nawet plan, żeby zebrać się na piętnastolecie, ale to jakoś się nie udało. Mieszkamy teraz w różnych miastach, a nawet krajach i to jest niemożliwe. Muzyka jest jak sport, trzeba ćwiczyć. Trzeba naprawdę regularnie spotykać się i grać. Na razie to niemożliwe, ale może kiedyś. Wspólne tworzenie, granie muzyki jest bardzo fajne, to moja wielka pasja.

dziewut_meller_4

Pomówmy o twojej działalności pisarskiej. W zeszłym roku ukazała się twoja powieść „Góra Tajget”. Dlaczego zainteresowałaś się tematem zbrodni, które miały miejsce na Śląsku podczas II wojny światowej? Sama jesteś ze Śląska.

To moja druga powieść i druga opowiadająca w jakiś sposób o Śląsku. Ten temat przyszedł do mnie trochę przez przypadek. Kiedy napisałam pierwszą książkę, która została dobrze przyjęta, mój wydawca bardzo chciał, żebym pisała kolejną. Zupełnie nie miałam do tego głowy, tym bardziej, że urodziłam pierwsze dziecko, zaszłam w drugą ciążę, miałam swoje punkty ciężkości gdzie indziej. Wydawca namawiał mnie do tego, żebym szukała sobie jakiegoś śląskiego tematu, w związku z tym, że jestem Ślązaczką i w Polsce to jest trochę terra incognita. Natrafiłam więc na historię szpitala w Lublińcu, akcję T4 i mordowania dzieci i chorych psychicznie osób w czasie wojny i przed wojną na terenie Rzeszy. To był taki moment w życiu, że bardzo mnie to poruszyło, zaczęłam szukać więcej, trochę obsesyjnie, jak na to patrzę dzisiaj. Nie wiedziałam, co z tego wyjdzie, nie pisałam z założonym planem ani gotowym konceptem. Powstało to, co powstało. Cieszę się, że ją napisałam, chociaż teraz, już ponad dwa lata po tym, jak nad nią pracowałam, mam poczucie, że to już obce ciało i jestem w zupełnie innym momencie swojego życia. Nie zaglądam do tej książki. Chociaż często o niej rozmawiam, jeżdżąc na spotkania po różnych częściach Polski. Ludzie chcą o niej rozmawiać i widzę, że to dla nich ciekawe i potrzebne. Natomiast ja jestem już zupełnie gdzie indziej.

W takim razie gdzie teraz jesteś?

W Gdyni (śmiech). To są takie ciężkie pytania dla wszystkich pracujących twórczo, bo zawsze ma się poczucie, że pracuje się za mało albo za wolno. Teraz pracuję, robiąc Bukbuka, czyli tę moją stronę o książkach, o których rozmawiałyśmy, i to rzeczywiście bardzo mnie absorbuje. Miałam pisać kolejną powieść dla dorosłych, ale po tym, w sumie ciężkim, doświadczeniu, jakim było pisanie „Góry Tajget” nie chcę pisać teraz nowej powieści. Pracuję za to nad książką dla dzieci, która ma się ukazać jesienią. To nie był mój pomysł, to wydawnictwo zgłosiło się do mnie. Pracuję nad książką, będącą odpowiedzią na słynną książkę „Rebel girls” o fantastycznych postaciach kobiecych w historii świata. Ja znalazłam bardzo fajne, niesamowicie inspirujące postaci w historii Polski. Piszę książkę, która może posłużyć jako taki zbiór „role modeli”, jak to się mówi po angielsku, dla polskich dzieciaków, żeby wiedziały, że w historii Polski – polskiej polityki, nauki, literatury – były fantastyczne kobiety, które troszeczkę zostały zapomniane, a niesłusznie.

Co to za kobiety?

Od takich oczywistych jak Emilia Plater po trochę mniej oczywiste, od Stefanii Wilczyńskiej przez Magdalenę Samozwaniec, Magdalenę Będzisławską, która była pierwszym polskim chirurgiem w kopalni soli w Wieliczce w XVII wieku, po królową Jadwigę, Elżbietę Drużbacką, zapomnianą poetkę barokową, i tak dalej, i tak dalej. Piszę tę książkę dla dzieci, które mają dziewięć, dziesięć lat, więc znalezienie języka było dla mnie dosyć dużym wyzwaniem. Nigdy wcześniej nie pisałam dla dzieci, więc mam nadzieję, że podołam. Sprawia mi to ogromną przyjemność i mam nadzieję, że moja córka po to sięgnie, gdy będzie miała dziewięć lat.

Jesteś w temacie dziewczyńskości. Nie kobiecości. Ty sama czujesz się bardziej dziewczyną czy kobietą?

No nie, kobietą, umówmy się, ja mam trzydzieści sześć lat! Bardzo lubię swój wiek i właściwie im jestem starsza, tym lepiej się ze sobą czuję. Takie istotne z mojego punktu widzenia doświadczenie jak ciąża i macierzyństwo, to nawiązanie kontaktu z własnym ciałem – bo będąc w ciąży, jesteś głównie organizmem – to jest bardzo ciekawe i bardzo wiele mi to dało. Owszem, wiem, że się starzeję, wiem, że będę miała zmarszczki, ale mi się to podoba. Oczywiście moja babcia, która jest wspaniałą kobietą i ma ponad osiemdziesiąt lat, mówi, że też tak miała, mniej więcej do lat siedemdziesięciu pięciu, potem zaczyna już być tylko kiepsko, bo starość jest czymś absolutnie nieudanym. Ale to znaczy, że mam jeszcze trochę czasu, żeby czuć się ze sobą fajnie. Jeśli mam genotyp babci, a chyba mam, to pociągnę długo.

Kim w takim razie chciałabyś być po siedemdziesiątym piątym roku życia?

Chciałabym być niezależną, wolną kobietą, która nie boi się głosić kontrowersyjnych poglądów, jest przykładem dla swoich wnuków i dzieci, jest odważna, bezkompromisowa, ale też bardzo czuła. Chciałabym być taka, jak moja babcia.

 

Zdjęcia: Tomasz Sagan

Video: Jakub Sobótka

Więcej na www.anywhere.pl

Dziękujemy Centrum Filmowemu w Gdyni za udostępnienie przestrzeni na potrzeby wywiadu i sesji zdjęciowej.

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA