REKLAMA
Anywhere logo

Aleksandra Budka

Reggaenerator: Granie muzyki to nie wojna

2017-09-01
...
Ich obecność na Ostróda Reggae Festival to już kilkunastoletnia tradycja. Vavamuffin w Ostródzie po prostu nie może zabraknąć. Nieważne, czy grają późno w nocy, czy – tak jak podczas tegorocznej edycji – tuż przed zachodem słońca, przyciągają pod scenę tylu słuchaczy, ilu zagraniczni headlinerzy. Wizualizacje podczas koncertów to żadna nowość, są przecież dobrym uzupełnieniem muzycznego show. Ale gdy pojawiają się sylwetki prezenterów TVP, zdjęcia z letnich protestów w obronie Konstytucji lub hasła walki o Puszczę Białowieską –tło przestaje być tłem. Bo obraz działa czasem silniej niż słowo. Z Reggaeneratorem, wokalistą Vavamuffin rozmawiam nie tylko o polityce.

Nie oberwie się wam za te wizualizacje?

Oberwało nam się w zeszłym roku.  A może nie oberwało, ale te wizualizacje TVP ocenzurowała i nie wyemitowała. Nasz koncert był w programie telewizyjnym, a ja nigdy go nie widziałem, bo zawsze w miejsce Vavamuffin emitowano koncert innego artysty. Trzeba tu wspomnieć, że nie wszystkie wizuale były z nami uzgodnione i stało się to niestety po raz kolejny. My chcemy zwracać uwagę i pokazywać ludziom problemy tego świata, ale bez epatowania jednoznacznymi symbolami stricte politycznymi, bo to dla nikogo nie jest dobre. Przecież „każdy ma prawo decydować o swym losie, każdy ma prawo żyć tak jak chce”. Nie pchamy się na monitor, więc jeśli ktoś nie chce nas puszczać, niech nie puszcza. Dziś nie zależy mi na tym, żebym leciał w Jedynce, wręcz przeciwnie.

A czy to nie tak, że jakakolwiek telewizja zaszkodzi takiemu festiwalowi i tej konkretnej muzyce?

Nie może jej zaszkodzić, tak jak i niespecjalnie może pomóc. Muzyce może pomóc tylko telewizja muzyczna, a każda inna kombinuje tak, żeby to jej się opłacało, a artystów ma w nosie. Ja w ogóle - gdybym nie musiał – najchętniej nie płaciłbym abonamentu, bo TVP nie oglądam.

vavamuffin

Obserwuję w tym roku artystów bardzo dokładnie i mam wrażenie, że czasem w niedosłowny, ale momentami też bardzo wymowny sposób mówi się tu o walce z wrogiem. Te hasła pojawiają się dużo częściej niż w poprzednich latach.

Jeśli chodzi o scenę reggae, to mamy takie pojęcia jak Babilon, który jest symbolem wszelkiego zła. Nawet twój zły humor to Babilon i wszystkie inne rzeczy, które nie służą twojemu dobru też. Więc tego wroga, czasem także wyimaginowanego można pod to podłączyć i walczyć z nim, jak Don Kichote walczył z wiatrakami, bo może dla niego one też były Babilonem. Ja wrogów nie szukam, wolę mieć przyjaciół, a jeżeli coś mi się nie podoba, staram się o tym mówić.  Teraz nie podoba mi się to, co dzieje się z Puszczą i z tym mam ochotę walczyć. Mam nadzieję, że kiedyś ktoś za to dostanie po dupie.

Ale jak z tym walczyć?

Trzeba przede wszystkim o tym głośno mówić – taka jest rola muzyki. Nie pojadę tam i nie przywiążę do harwesterów, ale biorę udział w akcjach, które sytuację nagłaśniają. Nie jestem propagatorem ani piewcą przemocy, pięść nie jest istotą walki, chyba że to ekstremalna sytuacja bez wyjścia. Jako muzycy możemy o tym mówić, bo niektórzy może nawet nie wiedzą, co się dzieje, a jeśli im się to powie w piosenkach lub ze sceny, to bardziej do nich dociera. Zresztą to jest w zgodzie z naszą drogą Vavamuffin, bo nagrywaliśmy utwory na temat ochrony przyrody, np. „Amazonian Recall” lub „Rzeka” z ostatniej płyty.

Nigdy wcześniej w ogólnopolskich pozamuzycznych mediach nie mówiło się tyle o chociażby o Woodstocku. Muzyka i artyści weszli w pole zainteresowania polityków.

Średnio interesuję się polityką i raczej nie będę, ale to, co się teraz wyprawia, jest złe. Mogę mówić, co czuję i co widzę, a takiego burdelu jeszcze nie widziałem, choć żyję 48 lat i widziałem końcówkę komuny. Ten rozgardiasz niczego dobrego nie wróży, jeśli tak to się będzie toczyło, nie będzie fajnie w tym kraju. Mam nadzieję, że nie będzie wojny domowej, chociaż wyznawców złej strony mocy jest sporo, co mnie dziwi i załamuje. Myślałem, że żyję w państwie, które zamieszkuje 40 milionów myślących ludzi, a okazuje się, że przynajmniej połowa to ludzie bezrefleksyjni politycznie.

Ale przyjeżdżamy do Ostródy po to, żeby trochę zapomnieć o rzeczywistości i się zjednoczyć. Jaki sens ma dziś organizacja festiwali nastawionych na jeden gatunek muzyczny, kiedy w Polsce powołuje się do życia festiwale bardzo eklektyczne muzycznie?

Ostróda to propozycja dla tych, którzy lubią reggae, tak jak Dolina Charlotty jest dla tych, którzy słuchają rocka, a Off Festival dla fanów muzyki ambitnej i trochę hipsterskiej. Potrzebne są i festiwale jednorodne, i eklektyczne. Gramy z Vavamuffin na Czad Festiwal, gdzie są zespoły z różnych parafii. I znowu spotkamy się z Offspring – chłopaki kiedyś nawet pozdrowili nas ze sceny, bo słyszeli nasz koncert! Lubię ich, bo to jedna z niewielu kapel z kalifornijskiego punka, których kiedyś słuchałem.

Choć jesteście bardzo związani ze środowiskiem reggae, to możecie równie dobrze zagrać i na Open’erze, i na Woodstocku, i w Ostródzie. Jeśli nazwę was zespołem uniwersalnym, będzie to komplement czy przytyk?

Jak najbardziej komplement, bo słowo „uniwersalny” jest bardzo ładne. Wolę to niż „weterani reggae”, jak niektórzy próbują nas tytułować. Ale dopóki będziemy weteranami, będzie ok, ważne, żeby nie zostać „emerytami”. (śmiech) Weterani kojarzą mi się z wojną, tak jakbyśmy odnosili rany…

Kazan (Daddy Raffi – gitarzysta Vavamuffin) na scenie został porażony prądem.

A Emil (Emili Jones – basista) przedwczoraj wybił sobie palec, ale i tak dzisiaj grał koncert. Po koncercie w Gdańsku przyszła nawałnica, zalało nam instrumenty, a my uciekaliśmy, bo scena waliła się na naszą garderobę. Do tego skrzynia ekipy technicznej wjechała nam w samochód i wybiła szybę. Ale to i tak nie ma nic wspólnego z „weteranizmem”. Reggae i granie muzyki to nie wojna, a deszcz i wichura to nie kule.

vavamuffin_2

 

Ale weteranami Ostródy jesteście, bo graliście tu już kilkanaście razy z rzędu.

17. edycja ORF, a my jesteśmy tu chyba po raz 14. To zawsze był festiwal z fajnym klimatem. Z roku na rok organizatorzy poprawiali swoje błędy, wiem, że jeździły delegacje na festiwale w Europie po to, żeby podpatrzeć jak to robi się na Zachodzie. Brakuje mi dziś tego, co było podczas pierwszych edycji, kiedy festiwal odbywał się w centrum Ostródy – wszyscy w kolorowych beretach, całe miasto żyło tym wydarzeniem. Teraz jest tak, że Czerwone Koszary to reggae-miasto w mieście. Masz wszystko, możesz rozbić namiot, jest piwo i jedzenie, nigdzie nie trzeba wychodzić. To rozwiązanie podpatrzono oczywiście na innych imprezach. Ale w tym wszystkim Ostróda Reggae Festival ma dobrą sławę zagranicą. Bo przyjeżdżają artyści z Jamajki, Nowej Zelandii czy Francji, okazuje się, że jest dobrze, więc wracają do siebie i mówią, że w Polsce warto zagrać. Każdy koncert tutaj to dla nas święto. Gdy wchodzę tu na scenę, czuję się superdobrze. Koncert trwa półtorej godziny, a mi przelatuje to jak 15 minut.

W tym roku znowu zjawili się twoi rodzice?

Byli w pierwszym rzędzie, jak zwykle! Znają się już trochę na tej muzyce, ja im mówię na jaki koncert warto iść, oni sobie to odhaczają na papierowym line-upie. Na Vavamuffin oczywiście też byli, nawet zeskoczyłem ze sceny, żeby się z nimi przywitać.

Ja, jako weteran - może nie taki jak Vavamuffin - ale wciąż weteran festiwalu w Ostródzie obserwuję innych oraz siebie. I zastanawiam się, czy na festiwalach dziś muzyka już nie schodzi na kolejny plan. Ważny jest ubiór, zdjęcia na Instagramie i hasztag na dowód, że się na danym festiwalu zameldowało.

Takie mamy czasy. Kiedy nie było Internetu, było tylko radio i płyty, a przyjeżdżał jakiś zespół – odbywało się święto lasu i wiadomo było, że wszyscy idą na koncert. Dziś muzykę mamy wszędzie, mamy Internet, smartfony, przyjeżdża pięć tysięcy zespołów rocznie i nie wiesz, na jaki koncert iść. Całe szczęście, że są jeszcze takie festiwale, które potrafią skupić parę tysięcy ludzi. Wiem, że niektórzy przyjeżdżają na takie imprezy po to, żeby posłuchać muzyki, a inni po to, żeby tylko być na festiwalu i czuć atmosferę. To też jest ok.

Bakshish w tym roku obchodzi swoje 35-lecie. Po tych wszystkich koncertach w Ostródzie 35-lecie Vavamuffin będzie trwało co najmniej 35 godzin.

To za 20 lat? Będziemy leciwi, więc raczej 35 minut. (śmiech) Byłoby super – tak grać przez tyle lat. A pierwszy raz na Bakshish byłem w 1983 roku, znam ich od samego początku. Obok Izraela i R.A.P., Bakshish zawsze był dla mnie bardzo ważnym zespołem. Za małolata chodziło się wszędzie, jak tylko grała gdzieś jakaś kapela, biegło się na koncert.

Ale 35-lecie zamierzacie obchodzić.

Oby było zdrowie! Jeśli się uda, to oczywiście.

 

Zdjęcia: Materiały organizatora/ Fot. Jacek Piech, Dawid Szczygielski

Galeria zdjęć


REKLAMA
REKLAMA